„Pytanie, czy lepiej jest jak było, czy nie jest lepiej jak było" - to stoczniowiec, który uczestniczył w konkurencyjnych obchodach „S". Zwolenniczka opozycji: ”Od '89 roku każde kolejne wybory, to kolejna nadzieja. Dla nas skończyła się w 2015 r. Wcześniej miałyśmy chociaż poczucie, że jesteśmy częścią tego długiego procesu przemian” - reportaż z 4 czerwca

Jak to było 30 lat temu? „To było wszystko romantyczne, bo to nie mogło się wydarzyć”, „Przeżywaliśmy wielką nadzieję, że nareszcie będziemy mogli coś wspólnie zbudować”, „Oczekiwania były ogromne”, „Nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, że to są właśnie WOLNE wybory”, „To dla mnie taka radość, jaką czułam tylko przy urodzeniu dziecka”  – wspominają lato ’89 uczestnicy obchodów 4 czerwca w Gdańsku. 

Zorganizowano je z rozmachem. Trzynaście wielkich namiotów zastawionych stoiskami 200 organizacji społecznych z całego kraju, ponad 500 spotkań, warsztatów i debat w Strefie Społecznej, Europejskim Centrum Kultury i przy Okrągłym Stole. Do tego wystawy i koncerty w centrum miasta. 

W programie (niemalże) wszystko, co wyznacza 30 lat dorobku wolnej Polski: samorządność, siła organizacji społecznych, państwo prawa, polityka historyczna, europejskość. Na „drugą nóżkę” rozmowy o nierównościach i wykluczonych.

Samorządowcy, politycy partyjni i ikony „Solidarności” ramię w ramię ze zwykłymi obywatelami. W jednym namiocie Leszek Balcerowicz, w drugim Agnieszka Holland. Katolicki publicysta Szymon Hołownia w Hali Debat opowiada o polskiej szkole czytania ewangelii, a przed wejściem zbierane są podpisy pod projektem ustawy „świeckie państwo”. Taki gdański „hyde park”. 

fot. Anton Ambroziak

Pomimo upałów, codziennie bramy ECS (i bramki strefy społecznej) przekraczają dziesiątki tysięcy rozentuzjazmowanych ludzi. Część z nich przyjechała z najodleglejszych krańców Polski, by wspólnie świętować epokowe wydarzenie. Ale świętowanie to nie jedyny cel spotkania. Bardzo szybko w rozmowach wychodzi, że ludzie szukają tu wytchnienia od codziennej polityki, wsparcia i zrozumienia. „Chcemy poczuć się wspólnotą” – mówią mi wielokrotnie.

Od przyjazdu do Gdańska (2 czerwca) nie mogłem oderwać się od dwóch myśli: czy każdy może czuć się tu „u siebie” i co jest pod tą (być może pozorną) ekscytacją?

Transformacja i co dalej?

„Redystrybucja”, „zapomnieliśmy o najsłabszych”, „myśleliśmy o infrastrukturze, a nie jakości życia” – pada na wszystkich panelach podsumowujących spuściznę transformacji po 1989 roku. 

„Wszyscy dziś krzyczą, że reformy Balcerowicza były złe, ale to był chyba jedyny sposób, żeby wyjść z kryzysu” – mówi mi Krystyna.

Spotykamy się pod gdańskimi „krzyżami”. Oboje szukamy wytchnienia w 30 stopniowym upale. „Gospodarka była zacofana, wszystko z dnia na dzień drożało, trzeba było zrobić cięcia i jakoś do przodu jechać. Były zwolnienia, było bezrobocie. Ciężko było ludziom, ale niech Pan spojrzy, dziś mamy piękną Polskę. Jesteśmy w Unii i NATO. Dumna? Tak jestem. Bardzo” – dodaje nie bez wzruszenia. 

Na obchody 4 czerwca przyjechała z Sochaczewa. Dlaczego? Bo nie podoba jej się to, co się dziś dzieje.  

fot. Anton Ambroziak

Bernardę (na zdjęciu niżej) zauważam przed wejściem do Strefy Społecznej, gdzie ciężko przedostać się bez kolejki. Opowiada, że pracowała w przemyśle włókienniczym w Zduńskiej Woli. „W czerwcu ’89 roku skakaliśmy do góry z radości, ale potem było ciężko” – mówi.

„U nas zakład przetrwał, ale w pobliskiej Łodzi wszystko się pokończyło, a ludzie zostali na lodzie. Z każdym rokiem wkoło było coraz piękniej, ale zamożniej? Niekoniecznie. Z mężem pracowaliśmy na wyższych stanowiskach zakładowych, więc nie było tak źle, ale mieliśmy czwórkę dzieci. Ostatnie – dziecko transformacyjne – urodzone w 1988 roku. Przez pierwsze półrocze słyszało tylko o wyborach – non stop – na zmianę radio i telewizja. Może dlatego ta młodzież taka dziwna się zrobiła?” – żartuje. 

fot. Anton Ambroziak

„Transformacja to długotrwały proces, który polega także na zmianach mentalności. Nam – obywatelom – zabrakło cierpliwości, a władzy – poszanowania ludzi” – opowiadają mi gdańszczanki, przedstawicielki zawodów medycznych, które brały udział w tworzeniu Kas Chorych (reforma rządu Akcji Wyborczej Solidarność w 1997 roku).

„Gdańsk jest inny niż cała Polska: to nasze okno na świat. Zawsze byliśmy otwarci, tolerancyjni, różnorodni. A prezydent Adamowicz tylko nas w tym wzmocnił” – tłumaczą mi z przejęciem. Z obchodów zorganizowanych 30 lat po wyborach są równie dumne.

„Szczerze mówiąc mnie poniosła atmosfera tych obchodów. Proszę spojrzeć, mimo że to dzień pracy to są tu tysiące osób. Organizacja jest fantastyczna”. 

Ale tak jak w każdej rozmowie: po radości przychodzi czas na refleksję: ”Od ’89 roku każde kolejne wybory, to kolejna nadzieja. Dla nas skończyła się w 2015 roku. Dla innych pewnie wcześniej”.

Dopytuję, co dla nich personalnie zmienił wynik wyborów parlamentarnych sprzed czterech lat. „Wcześniej miałyśmy chociaż poczucie, że jesteśmy częścią tego długiego procesu przemian”.

fot. Anton Ambroziak

„Czy lepiej jest jak było?”

4 czerwca 2019 roku o 09:00 Europejskie Centrum Solidarności przypomina dworzec pierwszego dnia wakacji. Na teren obchodów ściągają dziesiątki tysięcy ludzi. Czeka na nich wspólne śniadanie wydawane przez wolontariuszy i wolontariuszki.

Przy open-micu (otwartym mikrofonie) można podzielić się wspomnieniami. „Miałem 18 lat, po prostu poszedłem oddać głos. Dla mnie świat zmieniał się w trakcie strajków. Wtedy zrozumiałem siłę buntu, a ’89 to był początek długiego procesu” – mówi Wojtek.

Inni zapraszają do swoich miejscowości na wydarzenia i wystawy. Kwadrans przed 10:00 pod ECS z hasłem: „bieg wolności” na ustach docierają biegacze.

fot. Anton Ambroziak
fot. Anton Ambroziak

Atmosferę pojednania i radości – na chwilkę – przerywa pochód stoczniowej „Solidarności” pod gdańskie „krzyże”. Świętują osobno, a z nimi przedstawiciele Kościoła i ponad setka mieszkańców Gdańska.

„Nie wyobrażamy sobie spotkania bez krótkiej modlitwy, ale też bez wspomnienia tych, którzy przelali krew, żebyśmy wszyscy mogli żyć w wolnej demokratycznej Polsce”.

fot. Anton Ambroziak
fot. Anton Ambroziak
fot. Anton Ambroziak
fot. Anton Ambroziak 

Na telebimach włącza się transmisja z obchodów w Europejskim Centrum Solidarności, gdzie trwa debata byłych prezydentów. Do zgromadzonych za bramą stoczniowców i Gdańszczan przemawia Lech Wałęsa: „W ludziach dzisiaj znów widać tę siłę reformowania…”.

A choć obraz szybko gaśnie, to słychać pomruk niezadowolenia. „Głupi stary dziad” – mówi do mnie 60-letnia kobieta. „Pan zrobi zdjęcie arcybiskupowi” – pokazuje mi abp. Leszka Głódzia. „No, co? W Warszawie mówią, że zły?” – dopytuje widząc moje zawahanie. „No zrobi Pan, tak ładnie słońce świeci”.

Wracający spod Pomnika stoczniowcy zatrzymują się przy poczęstunku pod ECS-em. „Świeckie państwo? Kurwa, co tu się dzieje?” – komentuje jeden z nich.

Zagaduję drugiego, Darka (na zdjęciu niżej). Ma 49 lat. Nie chce odpowiedzieć, czy czuje się zaproszony na obchody organizowane przez prezydent miasta. „Wie pan, ja i tak muszę wracać do pracy. Pytanie polega na tym, czy lepiej jest jak było, czy nie jest lepiej jak było? O stoczni i polityce nic nie powiem. Ale to całe moje życie, no, ciężkie”.

fot. Anton Ambroziak

Radość i co pod nią?

”Przyjechaliśmy tu z Nysy, żeby być razem z ludźmi, którzy czują i myślą tak ja my”. A choć w tłumie czuć duże podniecenie i radość to w rozmowie wszystkim ulewają się żale na to, co teraz. 

”Mój ojciec wspierał stoczniowców chlebem, rozdawał im go za darmo. To wszystko dla mnie – każdy kamień, każda brama – jest żywe. Jestem bardzo w emocjach. Ludzie są dla siebie bardzo życzliwi” – mówi mi Maria (na zdjęciu niżej), gdańszczanka, psycholożka. Historia z chlebem wraca w rozmowie kilkukrotnie. „Przemyciłam ten wątek do filmu Wajdy o Wałęsie. Pisałam listy wszędzie, bez odzewu. W końcu zdobyłam jego maila. Po kilku dniach dostaję odpowiedź: bez takich ludzi jak pani ojciec, to wszystko by się nie udało”. 

fot. Anton Ambroziak

Przez 15 minut stoimy w pełnym skwarze (na zegarkach godzina 13:00). Maria opowiada więcej o strajkach, bo w czasie wyborów była z ojcem na leczeniu w Niemczech. „Dopiero mąż mi powiedział, co właściwie się stało”. Wspomina gazetki stoczniowe i ulotki. „Poetyka tych komunikatów była romantyczna. To wszystko było romantyczne, bo to było takie, że nie mogło się wydarzyć” – dodaje.

„Ale przecież świętuje tu tylko część społeczeństwa. To przykre, że zostaliśmy podzieleni na dwa wrogie plemiona, które nie potrafią ze sobą rozmawiać” – mówi mi na odchodne.

Podobne refleksje słyszę wszędzie: na panelu o młodych, debacie o samorządności, pod budką z piwem, w kolejce do strefy społecznej, od obrońców państwa prawa, działaczy KOD, przedstawicieli organizacji społecznych i wszystkich tych, którzy chcą żeby było po prostu „normalnie”. 

fot. Anton Ambroziak

„Nowy początek”?

„Smutasy nie wygrywają wyborów” – mówi 4 czerwca Donald Tusk do kilkudziesięciotysięcznego tłumu na Długim Targu w Gdańsku. Jest godzina 18:00, a słońce smaży tak, że ze sceny trzeba kilkukrotnie wzywać pomoc medyczną do potrzebujących. To kulminacyjny moment całych obchodów: powaga miesza się z ekstazą. Ludzie skandują na zmianę: „Lech Wałęsa”, „Donald, Donald”, „Zwyciężymy”. Z uwagą słuchają długiego wywodu, który miał tchnąć w nich nadzieję, po którą wielu i wiele z nich tu przyjechało.  

fot. Anton Ambroziak

Przemówienie Tuska było też zwieńczeniem politycznej ofensywy Koalicji Europejskiej. Bo obchody 4 czerwca, poza wymiarem wspólnotowym, były też partyjną konwencją. 

„Nowe otwarcie” – tak mówiono o tym przedsięwzięciu na korytarzach i ze sceny. „Stąd program ułożony tak, żeby można było już domknąć te 30 lat. Nie możemy ciągle rozmawiać o tym, co się nie udało. Musimy iść dalej i pokazać, że mamy pozytywny program” – mówi mi jeden ze sztabowców PO w niedzielę 2 czerwca.

Jeszcze wtedy nie było jasne, jaki program zaprezentuje KE. Na rynku pomysłów były m.in. ewentualne wspólne listy całej opozycji do senatu i projekt decentralizacji kraju.

Dopiero w poniedziałek 3 czerwca jasne stało się, że do jesiennej kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu mogą dołączyć liderzy samorządu terytorialnego, którzy będą tuzami koalicji w swoich wspólnotach.

Na twarze tego mariażu wybrano: prezydent Gdańska Aleksandrę Dulkiewicz (dla mieszkańców Gdańska po prostu „Ola”), prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka i prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka.

fot. Anton Ambroziak

Gdy pytałem ludzi co sądzą o tym pomyśle, odpowiadali przekazami ze sceny: „Faktycznie są bliżej ludzi”, „wyborca głosuje na człowieka, nie na partię”. Ale nie było w tym krzty emocji.

Jedyne momenty, które rozpalały tłumy, to spotkania z politykami. Nieformalne rozmowy, wspólne „selfie” – ludzie niewątpliwie to doceniali. Podobało im się też to, że ze sceny padały słowa o „wzajemnym szacunku”, „podawaniu dłoni”, „uśmiechach”, „debacie bez nienawiści”.

Ale naprawdę zawrzało dopiero, gdy na scenę wszedł Donald Tusk. Po jego wystąpieniu na Długim Targu kordon kilkuset ludzi odprowadzał przewodniczącego Rady Europejskiej do samochodu. „Donald, wróć!” – krzyczeli. „Spokojnie, kochani, jestem do waszej dyspozycji” – uśmiechał się Tusk.

fot. Anton Ambroziak
fot. Anton Ambroziak

***

„Dopóki bida do garnka nie zajrzy, nic się zmieni” – mówi mi Piotr, 30-latek z biografią Kuronia pod pachą spotkany w „Strefie Społecznej”. „Nie przekonuje Pana to, co mówią politycy: że trzeba zakasać rękawy, zedrzeć pięć par butów, zmobilizować tych, którzy nie poszli do tych wyborów i osiągnie się zwycięstwo?”.

„Nie. To wszystko towarzystwo wzajemnej adoracji. Widział pan jak się klepią po ramionkach i zapewniają, że zrobili wszystko co mogli, a dzień później dają nam receptę na wszystko: uśmiechajcie się do siebie i podawajcie sobie dłonie? To niepoważne” – odpowiada Piotr i idzie dalej.

Oburzonych – takich jak Piotr – też nie zabrakło. Można było ich znaleźć z dala od oficjeli – najczęściej w Strefie Społecznej. Pomimo koncyliacyjnej atmosfery: rygor większości czasem dawał się we znaki „myślącym inaczej”.

Tak było, gdy 4 czerwca ekolodzy postanowili dać wyraz niezadowoleniu z tego, że ich strefę odwiedza były minister Radosław Sikorski. Po kilku nieprzyjemnych słowach w kierunku ministra, zostali zdyscyplinowani (zakrzyczani) przez tłum. Podobne sceny rozegrały się podczas spotkania z Leszkiem Balcerowiczem: krytyka dzikiej prywatyzacji lat 90. spotkała się z buczeniem.

fot. Anton Ambroziak

Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym