Jarosław Kaczyński rozumie, że wniosek Zbigniewa Ziobry o zbadanie zgodności uchwały Sejmu z konstytucją to prawniczy nonsens i kompromitacja dla PiS. Prezes - wydając Trybunałowi polecenie ukręcenia sprawie głowy - bezwzględnie upokorzył Ziobrę za to, że nie skonsultował z nim pomysłu


Mogę powiedzieć jako prawnik, że Trybunał będzie musiał przyjąć stanowisko, że nie ma możliwości oceniania decyzji Sejmu. Ta decyzja być może była wadliwa z punktu widzenia formalnego, ale TK takiej decyzji nie ocenia. To przekracza jego kompetencje.

Jarosław Kaczyński, Konferencja prasowa - 13/01/2017

Konferencja prasowa

fot. TVP Info


półprawda. Półprawda. "Jako prawnik" prezes powinien wypowiadać się precyzyjnie.


Wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego jest nieprecyzyjna i świadczy o tym, że prezes mało swobodnie porusza się w prawie. Wypowiadając się „jako prawnik” lider PiS powinien stwierdzić, że – wbrew temu, co napisał Zbigniew Ziobro we wniosku do Trybunału Konstytucyjnego – uchwały Sejmu o wyborze sędziów Trybunału Konstytucyjnego nie są aktami normatywnymi, a tylko takie akty prawne podlegają kognicji polskiego sądu konstytucyjnego.

Ponadto prezes popełnił w wypowiedzi błąd, twierdząc, że uchwała Sejmu z 2010 roku była wadliwa formalnie. Nie była – to Zbigniew Ziobro napisał nieprawdę we wniosku do Trybunału Konstytucyjnego twierdząc, że „głosowanie nad wyborem tych osób odbyło się łącznie”, podczas gdy każda z kandydatur była oceniana przez posłów osobno.



Po co prezes publicznie łaja ministra

Zaskakujące, że Jarosław Kaczyński zdecydował się publicznie zabrać głos w sprawie wniosku Ziobry do Trybunału, ponieważ musiał mieć świadomość, że po bezprawnym przejęciu tej instytucji zabieranie przez niego głosu w sprawach Trybunału odbierane będzie jako wydawanie poleceń – podobno niezależnej – instytucji.

To, że z centrali PiS przy ul. Nowogrodzkiej koordynowane są działania różnych ośrodków władzy, nie jest żadną tajemnicą. Jak to działa, można było obserwować w grudniu, gdy pod batutą Kaczyńskiego wykonano sekwencję działań parlamentarzystów (pod kierownictwem Stanisława Piotrowicza napisano tam i uchwalono trzy „ustawy” o Trybunale Konstytucyjnym), prezydenta (który te ustawy podpisał w dniu zakończenia kadencji profesora Rzeplińskiego), urzędników Kancelarii Premiera (zlecono tam druk ustaw w Dzienniku Ustaw), ponownie prezydenta („powołanie” Julii Przyłębskiej na „p.o. prezesa” TK), Przyłębskiej i innych, popierających PiS sędziów Trybunału Konstytucyjnego („zwołanie” „Zgromadzenia Ogólnego”, „wybór” „kandydatów” na „prezesa TK) i po raz trzeci prezydenta, który „powołał” Przyłębską na „prezesa” Trybunału Konstytucyjnego.

W cudzysłowach znalazły się wadliwe elementy tej sekwencji, które powodują, że cała ta intryga jest bezprawiem, które sądy powinny ignorować dopóty nie zostanie przywrócony porządek konstytucyjny w państwie – szczegółowo opisał to prof. Wojciech Sadurski w analizie dla OKO.press.



Zemsta i strach przed kompromitacją

To, że Kaczyński zabrał głos, świadczy o dwóch rzeczach. Po pierwsze, że prezes obawiał się, że posłuszne wobec PiS, a ignorujące prawo i konstytucję kierownictwo Trybunału Konstytucyjnego uzna wniosek za zlecenie partii, by usunąć z Trybunału kolejnych trzech sędziów, których wybrano w czasach rządów PO-PSL – i postanowił tę kompromitację Trybunału powstrzymać.

Po drugie, publiczne upokorzenie Zbigniewa Ziobry jest bezwzględną zemstą za nieskonsultowanie z prezesem pomysłu skierowania wniosku do Trybunału.

Dla Ziobry jako prawnika sprawującego urzędy ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego takie publiczne połajanki od prezesa PiS to dotkliwa, polityczna kara – Ziobro w świecie „dobrej zmiany” ma opinię świetnego prawnika, którą sprawa wniosku do TK poważnie podkopie.


Socjolog, publicysta. Publikuje na łamach Gazety Wyborczej. Doktorant w ISNS UW.


Masz cynk?