Prawa autorskie: Fot. Odd ANDERSEN / AFPFot. Odd ANDERSEN / AFP
14 listopada 2022

Gorszy rodzaj człowieka patrzy na Neymara. Mundial widziany z obozu pracy [REPORTAŻ OPRYSZKA Z KATARU]

Obozy dla robotników, wyzysk, dług u pośrednika i codzienny zabójczy upał. Przyjechałem do Kataru sprawdzić warunki pracy robotników, którzy spełnili sen szejków o turnieju. Czy 64 mecze będą okupione tysiącami ofiar na placach budowy?

Kiedy świat czeka na piłkarskie igrzyska, OKO.press sprawdza dramatyczne tło mundialu. Wysłaliśmy do Kataru naszego reportera, żeby opisał to wszystko, czego nie będzie widać w relacjach z piłkarskich boisk. Czy w cieniu stadionów trwa niewolnicza praca? Ile śmiertelnych ofiar "kosztował" mundial? Czy łamane są prawa kobiet i społeczności LGBT?

W kolejnych reportażach Szymona Opryszka zapytamy o sportwashing i greenwashing. Co Katarczycy próbują wyprać przez organizację wielkiej piłkarskiej imprezy?

Upał taki, że woda w plastikowym bidonie smakuje żurkiem. W nocy duchota wykręca ciało jak mokrą szmatę.

- Każdy dzień spędzam na budowie. Kilka razy nocowałem pod rusztowaniem, bo nie miałem siły jechać do obozu, to godzina drogi – opowiada Kazi. – Zwykle wracam tak zmęczony, że wydaje mi się, że ściany pokoju się ruszają. Zasypiam z bólem głowy i myślą, byleby tylko obudzić się rano – mówi Kazi.

Jest niski i lekko przygarbiony. Ma 31 lat, spod chusty, którą zasłania twarz przed słońcem, wystają ufne oczy, w ich kącikach kurze łapki. W Bangladeszu czeka pięcioletnia córka. Wyjechał do pracy, gdy miała pół roku. Jej pierwsze kroki i słowa śledził przez telefon. W spracowanych rękach trzyma jej lepszą przyszłość.

Przyjechałem do Kataru na kilka tygodni przed mundialem, by przyjrzeć się warunkom, w jakich pracują robotnicy, którzy spełnili sen szejków o turnieju. Czy rzeczywiście, jak alarmują Amnesty International i Human Rights Watch, ich prawo do życia w dużej mierze zależy od prawa do pracy? Czy 64 mecze będą okupione tysiącami ofiar na placach budowy?

Ściana 1. Jestem gorszym rodzajem

Kazi nie pamięta pierwszej ściany, którą postawił w Ad-Dausze, stolicy mikropaństwa mniejszego niż województwo świętokrzyskie, za to bogatego w złoża ropy i gazu. Może to był hotel, może apartamentowiec. Na pewno nie stadion. Stadiony się pamięta.

Kazi odlicza czas do pierwszego meczowego gwizdka z pomocą betoniarek, a brazylijski gwiazdor Neymar wyskakuje już z każdej stacji metra.

Jest nowocześnie, czysto, czuć nieco autokratycznymi rządami - nikt nie wpadłby na pomysł, by słynnemu Brazylijczykowi dorysować wąsy.

Tam, gdzie stadiony, centra treningowe, czy strefy kibica, tam stolica wygląda jak wybudowana specjalnie na mundial. Trzy szybkie linie metra lekceważą prawidła urbanistyki - nie docierają do najbardziej zaludnionych dzielnic. Wiodą właściwie od stadionu do stadionu, jak na przykład linia czerwona. Startuje w miasteczku Al Wakra, gdzie położona jest arena Al-Janoub, wiedzie przez Ad-Dauhę na północ, a ostatni przystanek jest przy stadionie Lusail, gdzie odbędzie się finał mundialu.

Budowa siedmiu piłkarskich stadionów, hoteli, dróg i całej infrastruktury kosztowała 220 miliardów dolarów. Ale to nie koniec. Na pustyni nad Zatoką Perską rośnie miasto przyszłości, żurawi i rusztowań, które wciąż się przepoczwarza, niezależnie od turnieju piłkarskiego. W stolicy Kataru w dzień i w nocy słyszę wiercenie, kucie, szczęk dźwigów i jęki koparek. Tylko w pierwszym kwartale tego roku w Katarze wydano 2,5 tys. pozwoleń na budowę. Szacuje się, że do 2026 roku rynek budowlany osiągnie wartość 76,98 mld dolarów, podobnie jak w 28 razy większej Norwegii.

Beton leje się jak żar z nieba, w pełnych przepychu dzielnicach centrum, ale i na sąsiadujących z pustynią południowych obrzeżach Ad-Dauhy pełnych bloków i fabryk – tyle że tutaj nie dotrą ani piłkarze, ani działacze, ani kibice. Tutaj mundial jest tylko tłem dla codzienności.

Fundamenty pod dobrobyt Ad-Dauhy wylewają migranci tacy jak Kazi. Od grudnia 2010 roku, gdy Katar został wybrany na organizatora mundialu, jego populacja wzrosła z 1,8 mln do 2,9 mln mieszkańców. Migranci stanowią 88 procent. Co trzeci pracuje na placu budowy – najczęściej to robotnicy z Bangladeszu, Nepalu i Sri Lanki. Widzę ich wszędzie: ubrani w odblaskowe kamizelki, z kaskami na głowach, z plastikowymi bidonami w rękach. Szukają plam cienia. Wylegują się na skwerach i na kartonach przy remontowanych drogach. Oparci o ściany, wpatrują się w telefony. Odmawiają rozmowy. Nic nie zmieni, może jedynie narobić im problemów. Kazi zgadza się dzięki rekomendacji pracownika organizacji pozarządowej z Bangladeszu.

- Przyjechałem tu, bo w moim kraju mogłem zarobić tylko 200 dolarów miesięcznie. Ledwo starczało na życie. A teraz jestem bogaty – opowiada Kazi.

- Bogaty? – dziwi się nawet tłumacz, który schronił się z nami pod rusztowaniem, gdzie Kazi jadł potrawkę z ryżu.

- Tak, czuję się bogaty. Mogę pomóc rodzinie, żonie, dziecku, rodzicom. Jaką płacę cenę? Jestem tutaj gorszym rodzajem człowieka. Ale tak samo jest w Bangladeszu.

Ściana niewidzialna. Segregacja

Jeśli jakaś ściana rzuca się w oczy w Ad-Dausze to ta niewidzialna.

To może być widok robotników rozlewających pięciolitrową butlę wody do bidonów obok zaparkowanego lamborghini. Albo Hindusa, który zajada obiad na skrawku wypalonej trawy w dzielnicy wieżowców pod wielkim banerem z napisem „Wyrzucanie resztek jedzenia w publicznych parkach i na plażach grozi karą 10 tys. riali”. To tyle, co półroczna pensja robotników.

Albo przeszklone drzwi do kapiącego złotem centrum handlowego Villaggio Mall, gdzie miłośnicy ekskluzywnych marek pływają gondolami między butikami położonymi nad sztucznym kanałem. W piątek, dzień wolny od pracy, ale Kazi tu nie wejdzie. Bo piątek to dzień wolny w krajach muzułmańskich, a w Katarze to także „Dzień Rodziny”, więc single z Azji Południowo-Wschodniej nie mają wstępu (ale kawalerowie z Kataru czy Europy już tak).

Dlatego na kolejne spotkanie umawiamy się z Kazim w centrum handlowym Asia Town na obrzeżach Ad-Dauhy, czternaście kilometrów od centrum miasta, z dala od wieżowców, stadionów, nawet nitek metra. Przyjeżdżam tam wieczorem autobusem linii T601 z robotnikami, którzy wracają z pracy. Telepiemy się przez godzinę, po jednej stronie pustynia, po drugiej fabryki, nikt nic nie mówi. Zagaduję, ale żaden z nich nie mówi po angielsku – wielu migrantów to po prostu niepiśmienni robotnicy. Słychać tylko odgłosy TikToka.

Niewidzialną granicą między tym, co katarskie i migranckie wydaje się parking dla autobusów, które dowożą robotników firm budowlanych.

Przez okno widzę setki pojazdów, które stoją na piaszczystym parkingu. Między nimi przybysze z Azji Południowo-Wschodniej grają w krykieta – to sport narodowy w Indiach, Sri Lance czy Bangladeszu, spuścizna po brytyjskim kolonializmie.

Nieduża i wysłużona już galeria Asia Town jest własnością rządu, miesięcznie odwiedza ją prawie milion osób, głównie Azjatów, którzy mieszkają w okolicznych obozach dla robotników. Obok zbudowano im pierwszy w kraju stadion do krykieta, ze sztucznym oświetleniem na 13 tysięcy miejsc. Plątamy się z Kazim między szybkimi barami z nepalskim, hinduskim i lankijskim żarciem. W kinach lecą filmy z Bollywood, można kupić odzież z Bangladeszu i Maroka czy chińskie telefony. Zwracam uwagę europejskim wyglądem, więc żeby nie narażać Kaziego, siadamy przy osobnych stolikach. Później powie, że w Asia Town pachnie mu domem.

Przyjechałem tu, bo z drugiego piętra galerii widać obóz robotniczy, w którym mieszka Kazi. Tylko w Ad-Dausze jest ich kilkanaście, w największych żyje nawet kilkadziesiąt tysięcy pracowników. Schowane za pustynią i nitkami autostrad, otoczone kilkumetrowymi murami, najeżone kamerami. Tu, tak jak w całym mieście, ściany mają oczy znudzonych ochroniarzy. Pilnują wszystkiego: osiedli, galerii, hoteli, parkingów, placów budowy. Pewien Kenijczyk pilnuje nawet kostki brukowej rozsypanej przy deptaku nad Zatoką Perską. Zagaduję go o mundial, ale gdy rozmowa schodzi na warunki pracy w Katarze, od razu milknie.

W obozie Kaziego, naprzeciwko Asia Town, przy każdym wejściu kilku ochroniarzy sprawdza przepustki. Dziennikarzom nie wolno tam wchodzić bez zgody odpowiedniego ministerstwa. Obowiązuje zakaz fotografowania.

Próbuję dojrzeć, co jest w środku. Kazi pokazuje palcem: tu klinika, tam dwa posterunki policji, w tle widać wieże dwóch meczetów, jeden na 6,5 tys. ludzi, są też podobno kafejki internetowe i zewnętrzne siłownie. I sami mężczyźni.

Ściana 3. Wynajmij sobie obóz

Jedna ze ścian w obozie Kaziego woła z plakatu: „Wynajmij labour camp”. Obok są numery telefonów. Do obozu nie mogę wejść bez przepustki, więc następnego dnia wcielam się w asystenta biznesmena z Polski i próbuję wynająć obóz dla robotników, którzy wkrótce przyjadą do Kataru.

Dzwonię do pośredników. Zadają dużo pytań, są nieufni. Skąd polska firma w Katarze? Czy mamy zgodę rządu? Ilu pracowników? Na jak długo? Czy nie chodzi czasem o kibiców na mundial?

Chcę zobaczyć, czy warunki w środku rzeczywiście są tak fatalne, jak przedstawiają je zachodnie media. W końcu spotykam się z jednym z pośredników, ale nie chce pokazać mi wnętrza obozu bez umowy przedwstępnej.

- Mogę wynająć ci dziesięć pokoi, po cztery łóżka w każdym. Cena? 2500 reali miesięcznie za pokój.

- A warunki?

- Jak w hotelu – zachwala. - W każdym pokoju jest prysznic i cztery łóżka. Wspólna kuchnia na pierwszym piętrze, dwie kuchnie na parterze. Do tego w obozie mamy siłownię, stół do ping ponga i park.

Na zdjęciach wygląda podobnie jak pokój Kaziego. Banglijczyk z dumą pokazuje mi nagranie: łóżko obok łóżka, na nich kolorowe narzuty, pod łóżkami nierozpakowane walizki. W kącie łazienka. Do pomarszczonej od taniej farby ściany Kazi przykleił zdjęcie żony i córki. – Mamy własny prysznic – uśmiecha się. – W poprzednim lokum mieliśmy tylko umywalkę. Losujemy, kto idzie pierwszy. Ostatni kąpie się już w lodowatej wodzie.

Miał w Katarze już różne pokoje. Zasypiał z widokiem grzyba na suficie, miał pokój bez okna, a przez rok cisnęli się w małym pomieszczeniu w ósemkę. Ale to było jeszcze w czasach, gdy firma oferowała pokoje w tzw. Industrial Area, zabiedzonej dzielnicy przemysłowej. Po kolejnych raportach światowych organizacji standard zakwaterowania pracowników się poprawił, choć wciąż zdarzają się miejsca bez klimatyzacji i bez okien, za to z karaluchami i brudem.

Kobiety za murem milczenia

Kiepski ze mnie asystent, pokoju dla polskich pracowników oczywiście nie wynająłem. Zrezygnowałem, bo w wyimaginowanej grupie pracowników miały być kobiety, co pośrednik przyjął z westchnieniem, jakbym okradał go z czasu. – To obóz wyłącznie dla mężczyzn – stwierdził na koniec rozmowy.

Migrantek w Katarze jest prawie pół miliona, na każdą z nich przypada pięciu mężczyzn. W szpitalach pracują filipińskie pielęgniarki, nie brakuje Kenijek, Etiopek, czy Hindusek. Najwięcej kobiet to określane arabskim słowem khadama pomoce domowe i nianie, pochodzą głównie ze Sri Lanki, Nepalu i Filipin. Do 2017 roku pracownice domowe nie miały żadnej ochrony prawnej. Z czasem władze wprowadziły limity godzin pracy i dni wolne.

Nepalska sprzątaczka w hotelu zna tylko kilka zwrotów po angielsku, pokazuje zdjęcie sześcioletniej córki, którą zostawiła z dziadkami trzy lata temu.

Stewardessa z Filipin regularnie musi zapewniać pracodawcę, że jest singielką. Na rodzinę nie ma miejsca. Pokazuje mi prognozę pogody w telefonie, tęskni za deszczem. Na Filipinach ulewa.

Znajoma Brytyjka, która pracuje w szkole, jest regularnie badana. Robią jej także USG, by sprawdzić, czy czasem nie zaszła w ciążę.

A w związku z tym, że katarskie prawo klasyfikuje seks pozamałżeński, nieślubną ciążę i cudzołóstwo jako przestępstwa zagrożone karą pozbawienia wolności, kilka migrantek m.in. z Nepalu trafiło do aresztu, choć były ofiarami gwałtu.

Prawnik od praw kobiet w krajach znad Zatoki Perskiej zastrzega anonimowość: - Kobiety są szczególnie narażone. Mieliśmy przypadki, że zgwałcone migrantki trafiały do więzienia właśnie z powodu "pozamałżeńskiego stosunku". Nawet jeśli wskazywały sprawcę, ten mógł się wyprzeć. Prawo w tym zakresie jest bezlitosne dla wszystkich, ale szczególnie dla kobiet.

W ostatnich latach takich przypadków aresztowania kobiet w ciąży jest mniej. Katar dba o swój PR przed startem mundialu.

Jeśli komuś wolno więcej, to ludziom Zachodu. Zamknięci w ekskluzywnych dzielnicach mogą się napić whisky w hotelowych restauracjach. Pewien Katarczyk zaprasza mnie do takiego miejsca na wywiad, który przerywają raz po raz strzelające korki od szampanów. Przy barze siedzi młoda Szkotka, pracownica międzynarodowej korporacji, żyje w Katarze od dwóch lat. Zna właściwie tylko trzy dzielnice Ad-Dauhy, obozów robotniczych nigdy nie widziała, łamania praw kobiet nie doświadczyła, ogólnie plaże, słońce, dobre imprezy i świetna pensja – sielanka.

- Katar, który znam, da się lubić – zachwala. Myślę, że właśnie ten wykadrowany obraz zobaczą kibice mundialu. To co niewygodne jest daleko za zasięgiem kamer i metra.

Robotnicy na wallu TikToka

W piątek, dzień wolny od pracy, choć nie dla wszystkich, nadmorski bulwar Corniche wypełnia się migrantami. Wielu spędza wolny czas przed telefonami. Tym, którzy mają auta, Tinder pomoże umówić się na randkę – niekiedy kończy się na tylnej kanapie. Może trafią na Instagrama, choćby na profil DohaFashionFridays, gdzie grupa ulicznych fotografów zamieszcza zdjęcia migrantów, którzy porzucili robotnicze ubrania na hipsterskie wdzianka. Tak poznaję historię Aliego Tulu, który z Dauhy połączył się z wioską w Etiopii, gdzie mieszka jego narzeczona i wzięli ślub przez telefon.

Kaziego trudno oderwać od wytapetowanej wydekoltowanymi kobietami i gagami ściany TikToka. - W Katarze uzależniłem się od mediów społecznościowych. Bez telefonu bym tu nie przeżył. To moja jedyna rozrywka i kontakt ze światem.

Wirtualna przestrzeń w Katarze jest mocno cenzurowana przez rząd, wiele stron jest zablokowanych, ale na TikToku można zobaczyć skrawki prawdziwego życia migrantów.

Przeglądamy z Kazim różne klipy, zazwyczaj tiktokerzy nagrywają żartobliwe filmiki, ale w tle widać warunki w obozach robotniczych czy na placach budów. Dzięki aplikacji można dowiedzieć się, co słychać na rynku pracy. Na filmiku robotnicy w kamizelkach protestują przed jedną z katarskich firm. Lecą kaski, słychać okrzyki, domagają się wypłaty zaległych pensji.

W medialnym przekazie tego nie ma, monarchia konstytucyjna, w której króluje emir szejk Tamim bin Hamad Al Thani zakazuje wolności wypowiedzi i zgromadzeń. Ostatnio głośniej było jedynie o sierpniowym strajku, który skończył się natychmiastową deportacją sześćdziesięciu pracowników Al Bandary International Group, którzy domagali się wypłaty pensji za ostatnie siedem miesięcy. Filmiki z protestu wypłynęły właśnie na TikToku.

Kazi: - Możesz tu znaleźć wszystko: od porad prawnych po zwykłą rozrywkę. Zobaczyć też ludzi, którym się udało albo pocieszyć się, że inni mają gorzej.

Dzięki TikTokowi poznaję Ahmeda, który opowiada mi, że w Industrial Area można kupić nielegalny bimber pędzony przez migrantów. – Nazywamy to miejsce Kalifornia – wysyła uśmieszki.

Inny TikToker opowiada o reformie rynku pracy w Katarze. Mówi głośno: „Koniec z niewolnictwem”. Uśmiecha się przy tym, więc trudno wyczuć, czy to ironia, czy manifest.

Ściana 6. Czujesz się niewolnikiem?

Nadmorski bulwar Corniche prowadzi do biznesowego centrum Ad-Dauhy, znanego jako Zachodnia Zatoka. To miasto w mieście, dzielnica bez zmarszczek, pełna klimatyzowanych butików, oszałamiających barów i luksusowych samochodów.

Kazi nigdy tam nie był, choć strzeliste wieże miasta przyszłości widzi ze swego placu budowy. Pośród nich stoi Qatar Tower. Na szóstym piętrze jest biuro katarskiego oddziału Międzynarodowej Organizacji Pracy. Jeszcze w 2018 roku w agencji pracowało ledwie czworo pracowników, ale po fali międzynarodowej krytyki Katar otworzył się na współpracę z agencją.

Chodziło o reformę systemu kafala. To specyficzny dla krajów znad Zatoki Perskiej rodzaj sponsoringu: firma ściąga pracownika, zapewnia mu transport, nocleg, jedzenie, ale w zamian pracownik staje się uzależniony od widzimisię pracodawcy. Oddaje swój paszport, nie może rzucić pracy, zmienić pracodawcy, ani nawet wrócić do ojczyzny. To prowadzi do nadużyć, wręcz do przymusowej pracy: niekiedy robotnicy pracowali dłużej niż 72 godziny tygodniowo, w niektórych przypadkach przez 124 kolejne dni.

- Czy kiedyś poczułeś się jak niewolnik? – pytam Kaziego.

- Nie - rozgląda się nieufnie wokoło. Nie dowierzam mu. A może to rodzaj „szczęśliwego niewolnika”, który nie zdaje sobie sprawy ze swojej sytuacji? Pytam dalej. Wyzysk? Łamanie praw pracowników? Opóźnienia w pensjach? Tylko wzrusza ramionami.

- A gdybyś mógł coś zmienić?

– Koledzy opowiadali, że dawniej było o wiele gorzej. Dziś warunki pracy są w miarę dobre. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz pracowałem więcej niż 12 godzin.

A w czasie największego upału nie pracujemy, kierownik pozwala nam na przerwy. To chyba się zmieniło, jak dwa lata temu ktoś umarł w obozie. Ale to się chyba wszędzie zdarza, prawda?

Dzięki reformom Katar stał się pierwszym krajem w regionie Zatoki Perskiej, który pozwolił migrantom na zmianę pracy bez zgody poprzedniego pracodawcy. I drugim (po Kuwejcie), który ustalił płacę minimalną. Duża w tym zasługa Międzynarodowej Organizacji Pracy.

- Mimo ogromnego postępu wciąż istnieją luki w prawie pracy. Nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę szeroki zakres reform – tłumaczy mi Marco Minocri, przedstawiciel katarskiego oddziału MOP. I dorzuca, że choć system kafala został zreformowany, to Katarczyków czeka jeszcze dużo pracy, by zmienić zakorzenione od dziesięcioleci praktyki.

- Budowa instytucji i zmiana sposobu myślenia wymaga czasu. Priorytety na przyszłość? Należy zadbać, by pracownicy otrzymali należne im płace i świadczenia, a mechanizmy składania skarg i odzyskiwania wynagrodzeń były terminowe i sprawiedliwe. Kolejnym jest zapewnienie wszystkim pracownikom ich praw dotyczących czasu pracy i prawa do dnia wolnego w tygodniu – dodaje.

Czytając między słowami: nie wszystko wygląda tak, jak próbuje pokazać to Katar.

Przyparci do ściany długiem

- W Katarze jest czterysta tysięcy Banglijczyków, średnio co piąty spotykał się z różnymi formami wyzysku lub ograniczania praw człowieka. Jednak największym złem są międzynarodowi pośrednicy – przekonuje Repon Chowdhury, sekretarz generalny Kongresu Wolnych Związków Zawodowych w Bangladeszu. – Każdy z moich rodaków w Katarze, który się do nas zgłasza, jest uwiązany do długu, który zabiera mu lwią część pensji.

Według jednego z raportów w 2017 roku około 68 procent pracowników migracyjnych musiało zapłacić za pozwolenie na pracę. Zwykle się zadłużają. Tak jak Kazi.

- Zgłosiłem się do pośrednika. Było dużo ofert pracy na budowach w Katarze. Powiedzieli mi, że będę zarabiał osiemset dolarów, więc od razu się zdecydowałem – opowiada Kazi.

- To całkiem nieźle.

- Tak, ale w zamian za pozwolenie musiałem zaciągnąć kredyt u pośrednika. Na początku mój dług wynosił półtora tysiąca dolarów. A wcześniej zapłaciłem około trzystu dolarów opłaty rekrutacyjnej. Uzbieraliśmy w rodzinie, trochę dali rodzice, trochę teściowie. Ciągle spłacam mój dług.

To praktyka firm rekrutujących z Azji Południowo-Wschodniej, które podwójnie wykorzystują boom na tanią siłę roboczą w krajach Zatoki Perskiej: zazwyczaj pobierają gażę od katarskich firm, a potem jeszcze od pracowników.

Dlaczego się na to zgodził? Kazi znów wzrusza ramionami. Bardziej wylewny jest sekretarz Chowdhury.

– Często niewyedukowani pracownicy zgadzają się płacić cenę za w miarę stabilne zarobki. Kilka lat temu wystąpiliśmy do sądu w imieniu rodaka, który był brutalnie wykorzystywany w Katarze. Sąd szybko odrzucił nasz wniosek. Ale to się zmienia, bo coraz więcej mówi się o tym aspekcie pracy za granicą – podkreśla.

Po spłacie wszystkich należności Kaziemu zostaje równowartość 600 dolarów. Połowę wysyła rodzinie do Bangladeszu. - Zostaje mi tyle, by przeżyć. Raz w tygodniu idę do Asian Town. Ale zrozum mnie, nie narzekam. Najgorzej jest, gdy zdarzają się opóźnienia w płatnościach. Wtedy rosną też odsetki mojego długu. W mojej firmie opóźnienia zdarzają się rzadko, ale znam takich, którzy nie dostawali pieniędzy po trzy, cztery miesiące.

Katar ugiął się pod międzynarodową presją, m.in. organizacji Amnesty International i Human Rights Watch. Władze zapewniły, że spłacą kredyty zagranicznych pracowników zaangażowanych w budowę ośmiu stadionów i infrastruktury związanej z mistrzostwami świata. Ale, gdy ktoś, jak Kazi pracuje na budowach, które nie są związane z mundialem, na taki zwrot nie może liczyć.

Pytam napotkanych migrantów o kredyty związane z rekrutacją: ogrodnik z Nepalu zaczynał pracę z długiem 400 dolarów, kierowca Ubera z Bangladeszu 600 dolarów, kolega Kaziego wyszedł na zero po pięciu latach.

- Nawet jeśli chcesz wrócić, nie możesz, bo do spłaty masz wielki kredyt – mówi Kazi. - W Bangladeszu nigdy bym go nie spłacił. Dlatego pracujemy. Co mamy zrobić?

- A gdybyś mógł coś zmienić? - powtarzam pytanie.

- Wolałbym pracować w nocy, kiedy nie ma takiego upału. Słońce niejednego tu zabiło. Słońca boję się najbardziej. Boję się, że umrę we śnie, wyczerpany po całym dniu.

Przez chwilę milczymy. Siedzimy na krawężniku i przyglądamy się koparce, która rozdziobuje asfalt ulicy. Opowiadam mu o badaniach międzynarodowego zespołu naukowców, którzy przebadali wracających z Kataru nepalskich robotników. Niepokojąco duży odsetek cierpiał na przewlekłą chorobę nerek z powodu pracy w wyniszczającym upale i odwodnienia.

- Nauczyłem się, by pić dużo wody. Chodzę zasłonięty chustą. Ale rzeczywiście, bardzo często boli mnie głowa. Straciłem też apetyt. Najgorsze jest to, że jak umrę we śnie, to rodzina nie dostanie żadnego odszkodowania – precyzuje Kazi. – A jeśli w pracy, to firma coś im wypłaci.

Ściana 8. Strach umrzeć naturalnie

Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę od Kaziego. Kilka razy pytam tłumacza, czy dobrze zrozumiałem. A potem opowiadam o tym dziennikarzowi z Nepalu, który od lat zajmuje się migrantami nad Zatoką Perską. Hom Karki wyjechał do Kataru w 2012 roku jako korespondent „Kantipur Daily”, zaczął wydawać siostrzany dwutygodnik wyłącznie dla pracowników z Nepalu.

- Kiedy tu przyjechałem, zdałem sobie sprawę, że warunki są znacznie gorsze niż to, co sobie wyobrażałem pisząc teksty z Katmandu – opowiada Karki. – Na początku śmiali się ze mnie nawet redaktorzy. Gdy wysyłałem teksty o robotnikach zmuszonych do spania w zatłoczonych pokojach bez klimatyzacji, mówili, że robię Himalaje z kretowiska. Bo nie rozumieli, że klimatyzacja w Katarze to mus, a nie luksus jak w Nepalu.

Przez kilka lat pracy Karki przepytał ponad pięciuset rodaków i wydał książkę na ten temat. Mówi, że praca za granicą to jedyny sposób dla Nepalczyków na godne życie, bo w ich ojczyźnie panuje wysokie bezrobocie. Choćby w ostatnim miesiącu 63 tys. rodaków, w tym 6 tys. kobiet otrzymało zezwolenia na pracę za granicą. Wyjeżdżają głównie do Malezji, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i właśnie do Kataru.

- Emigranci wysyłają do domu cztery miliardy dolarów, co stanowi 20 proc. produktu krajowego brutto Nepalu. To pieniądze, które odgrywają kluczową rolę w odbudowie kraju po dwóch ostatnich trzęsieniach ziemi – tłumaczy. – Katar daje wszystkim szansę. Ale mimo wielu reform wciąż kuleje system ubezpieczeń pracowników, to sprawia, że żyją w ciągłym strachu.

Dziennikarz opowiada mi historię 33-letniego Tula z Rolpy. Zmarł podczas snu, a jego firma nie chciała wypłacić odszkodowania, bo przyczyną zgonu był atak serca, do tego zmarł w obozie, a nie na stanowisku w pracy. Takich historii jest więcej: mają twarze, nazwiska, ale ani władze w Katarze, ani FIFA nie palą się do rozwiązania problemu. I to mimo międzynarodowej kampanii różnych organizacji #PayUpFIFA, która żąda, by FIFA zapewniła zadośćuczynienie robotnikom, m.in. za poważne nadużycia, zgony, obrażenia, niewypłacone zarobki i wygórowane koszty rekrutacji.

Prawo pracy Kataru stanowi, że tylko pracownicy, którzy umrą w pracy, są częściowo lub całkowicie trwale niepełnosprawni z powodu urazu w pracy, mogą otrzymać odszkodowanie od pracodawców. Nie przewiduje się odszkodowania, gdy do zgonu lub kalectwa doszło np. w obozie. Od 2019 roku pracodawcy powinni obowiązkowo ubezpieczać pracowników, ale nie robią tego wszyscy.

Dane o śmierci migrantów są bardzo rozbieżne. Według Guardiana w ciągu dekady od rozpoczęcia przygotowań do mundialu zginęło 6,5 tys. pracowników. Dziesięciu tygodniowo. Tysiąc na każdy z 64 zaplanowanych meczów. Władze Kataru informowały o trzech wypadkach śmiertelnych i 39 ofiarach śmiertelnych niezwiązanych z pracą w ciągu ostatnich 10 lat.

Gdzie leży prawda?

Mateo Minocri z Międzynarodowej Organizacji Pracy zapewnia, że wiele mediów błędnie cytuje liczbę podaną przez Guardiana. Jego zdaniem statystyka obejmuje wszystkie zgony wśród migrantów z Azji Południowej w ciągu dekady. – A przecież te dane dotyczą też osób, które zmarły z przyczyn niezwiązane z ich pracą – dodaje Minocri. I powołuje się na raport MOP, w którym zbadano wypadki w pracy w Katarze w 2020 roku:

odnotowano 50 zgonów związanych z pracą, 506 ciężkich obrażeń, a 37 601 pracowników doznało umiarkowanych obrażeń. Co piąta osoba pochodziła właśnie z Nepalu.

Skrupulatny Karki wyciąga dane jak pęsetą: - W ciągu dekady w Katarze zmarło 1884 Nepalczyków w wyniku wypadków w miejscu pracy. To ledwie dziesięć procent zgonów. Kolejne dziesięć to samobójstwa. Najwięcej, bo 47,45 procent zgonów było spowodowanych przyczynami naturalnymi i zawałami serca. Ale czy samobójstwa i naturalne zgony nie są związane z pracą w ekstremalnym upale i fatalnymi warunkami zakwaterowania? Moim zdaniem są.

W podobnym tonie można intepretować raport Amnesty International, w którym pada sugestia, że władze Kataru rutynowo wystawiają świadectwa zgonu robotnikom bez przeprowadzania odpowiednich dochodzeń – zamiast tego przypisują zgony „przyczynom naturalnym” lub „mętnie zdefiniowanym” zaburzeniom serca.

Minocri: - To jedna z naszych rekomendacji dla rządu. Trzeba lepiej przyjrzeć się zgonom z tzw. „przyczyn naturalnych” lub z powodu „zatrzymania krążenia”. Wtedy będzie można lepiej ustalić, czy faktycznie są związane z pracą.

Ściana 9. Mundial nie dla robotników

Zegar na bulwarze Corniche wskazuje już dni, godziny, nawet sekundy do rozpoczęcia mundialu. Stadiony są gotowe, trwają ostatnie prace w centrach treningowych, robotnicy pracują nawet późną nocą na rusztowaniach w okolicy meczetu przy Souq Waqif, tradycyjnego targowiska pełnego knajpek z kawą i sziszą.

Kazi nie wybiera się na stadion, choć najtańsze bilety na mecze grupowe kosztują tylko kilkanaście riali. Jeszcze niedawno nie wiedział, kim jest Neymar, którego widać w każdym zakątku Ad-Dauhy.

Banglijczyk odlicza już betoniarki do ćwierćfinałów turnieju. W grudniu pojedzie do domu. W końcu. Tak jak wielu innych robotników, bo władze Kataru sugerowały firmom, by w okresie mistrzostw wysłały migrantów na urlopy. Jedni uważają to za gest wspaniałomyślności, inny za kolejny przykład segregacji.

- To nie jest mój mundial – mówi Kazi. Zanim ubierze kask i wejdzie na rusztowanie rzuci jeszcze: – Turniejowi zawdzięczam tylko, że moja córka nigdy nie głodowała.

*Imię Kaziego zmieniłem na jego prośbę.

W pracy nad reportażem korzystałem z raportów:

“Migrant Labour Recruitment to Qatar”. Report for Qatar Foundation Migrant Worker Welfare Initiative

“Demystifying Doha: On Architecture and Urbanism in an Emerging City”

“Building Migrant Cities in the Gulf: Urban Transformations in the Middle East”

“Reality Check: Migrant Workers Rights with two year to Qatar 2022 World Cup”, Amnesty International

“Unfinished Business: Roadmap for Qatar to fulfil promises on migrant workers”, Amnesty International

“Annual External Compliance Report of the Supreme Committee for Delivery & Legacy’s Workers’ Welfare Standards”, Supreme Committee for Delivery & Legacy (SC) Workers’ Welfare Programme

Udostępnij:

Szymon Opryszek

Szymon Opryszek - niezależny reporter, wspólnie z Marią Hawranek wydał książki "Tańczymy już tylko w Zaduszki" (2016) oraz "Wyhoduj sobie wolność" (2018). Specjalizuje się w Ameryce Łacińskiej. Obecnie pracuje nad książką na temat kryzysu wodnego. Autor reporterskiego cyklu "Moja zbrodnia to mój paszport" nominowanego do nagrody Grand Press i nagrodzonego Piórem Nadziei Amnesty International.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne