20 kwietnia 2020

Chory się dusi, jakby był powieszony. O wojnie z wirusem opowiadają ordynator i lekarz-ochotnik

Prof. Nauman: Wysłałem do Adama SMS-a: "Jak będzie bardzo źle, przyjadę pomóc". Prof. Kobayashi odpisał: "Już jest bardzo źle". Poruszająca opowieść dwóch wybitnych neurologów, ordynatora w szpitalu w Radomiu i jego przyjaciela neurochirurga, o tym jak ratowali oddział zaatakowany przez koronawirusa. Przedstawiają receptę na wojnę z COVID-19

Kobayashi: To było najtrudniejsze doświadczenie zawodowe w życiu.

Nauman: Dla mnie też. I najintensywniejsze przeżycie bycia lekarzem. Myślę, że to doświadczenie zmieni moje życie.

OKO.press: Akurat wy - neurolodzy i neurochirurdzy - jesteście oswojeni ze śmiercią.

Nauman: Ale to robiło straszne wrażenie. Człowiek zaczyna się dusić, dosłownie brakuje mu powietrza, jakby był powieszony. Sinieje, puchnie.

Kobayashi: Płuca są tak uszkodzone, że nie ma praktycznie miejsca, gdzie dochodziłoby do wymiany gazowej, oni się po prostu duszą. Niestety często, na początku przynajmniej, w pełnej świadomości.

To fragmenty rozmowy OKO.press z prof. dr. hab. n. med. Adamem Kobayashim, kierownikiem Klinicznego Oddziału Neurologii Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego w Radomiu i neurochirurgiem prof. dr hab. n. med. Pawłem Naumanem, który na co dzień pracuje w Mazowieckim Szpitalu Wojewódzkim w Siedlcach (na zdjęciu w masce).

Są przyjaciółmi, w przeszłości pracowali razem w Instytucie Psychiatrii i Neurologii na Sobieskiego w Warszawie. Gdy w radomskim szpitalu wybuchły zakażenia SARS-CoV-2 i zabrakło personelu Nauman przyjechał pomóc Kobayashiemu.

Kobayashi: COVID-19 jest groźną chorobą, która przebiega nieprzewidywalnie i dla większości niegroźnie, ale czasami strasznie. Ale największe zagrożenie tej epidemii polega na tym, że placówki medyczne się zamykają i nie są w stanie leczyć innych pacjentów. Pacjentów z udarami, zawałami, po wypadkach...

Nauman: Nie mówiąc o operacjach planowych. Ludzie cierpią i czekają.

W oparciu o doświadczenia oddziału prof. Kobayashiego obaj lekarze proponują, jak szpitale w Polsce powinny szykować się na wojnę z wirusem. Mówią o testach personelu, szkoleniu kilkuosobowych zespołów lekarzy i pielęgniarek, gromadzeniu jednorazowych strojów, masek FFP3, czy FFP2...[restrict_content paragrafy="5"]

Cała rozmowa poniżej.

Piotr Pacewicz, OKO.press: Zakażenie w Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym w Radomiu (21 oddziałów, 675 łóżek, rocznie 38 tys. pacjentów) pojawiło się w połowie marca. Jednym z pierwszych zakażonych był specjalista rehabilitacji Robert Skóra, 46 lat. Zmarł 16 kwietnia.

Prof. Adam Kobayashi: Stuprocentowo zdrowy człowiek. To nie jest tak, że tylko starzy, schorowani umierają, czasami także u młodych COVID-19 ma piorunujący przebieg. Najpierw zainfekowany został ten pracownik oddziału rehabilitacji neurologicznej. 18 marca stwierdziliśmy, że w szpitalu jest pierwszy zakażony pacjent. Nie byliśmy przygotowani, bo to nie jest szpital jednoimienny czy zakaźny, nie pracowaliśmy rutynowo w kombinezonach, osłonach, nie było przygotowanej logistyki i zakażenia poszły lawinowo.

Zakaziło się dużo osób z personelu, bo były rotacje pracowników między oddziałami, pacjenci się też infekowali od personelu i między sobą nawzajem.

Na naszym oddziale neurologii zaczęło się pod koniec marca, kiedy okazało się, że jedna z pielęgniarek jest pozytywna. Zrobiliśmy kolejne testy i dowiedzieliśmy się, że zakażonych jest jeszcze kilkunastu pacjentów i większa część personelu pielęgniarskiego, a z lekarzy jedna osoba. Zamknęliśmy oddział na nowe przyjęcia. Dwie osoby musiały się leczyć w szpitalu, większość została odesłana na kwarantannę do domu. Musieliśmy się szybko przeorganizować.

Próbowaliśmy ściągnąć personel z innych oddziałów. Została nas dwójka lekarzy.

Media pisały, że pracownicy nie chcieli przyjść do nas pomimo nakazów pracy. Ale były też odwrotne reakcje, przyszły dwie pielęgniarki, które nigdy nie pracowały w szpitalu. Jedna z nich, która jest zakażona w tej chwili, ale na szczęście nie ma nasilonych objawów, po szkole pielęgniarskiej pracowała w szkole, ale poczuła, że to jej obowiązek, by do nas przyjść. Inna pani, która pracuje na co dzień w Niemczech, jak zobaczyła, jaki tu jest dramat w Radomiu, to rzuciła wszystko i nam pomogła.

Ściągnął pan też kolegów.

Przyjechał kolega ze warszawskiego szpitala na ul. Banacha nas wspomóc, dr n. med. Antoni Ferens, neurolog doświadczony w prowadzeniu pacjentów udarowych na intensywnej terapii. Był bardzo pomocny.

Prof. Paweł Nauman: Wysłałem do Adama sms-a.

"Jak będzie bardzo źle, to przyjadę ci pomóc". Odpisał "Już jest bardzo źle".

Kobayashi: Rzucił wszystko i przyjechał.

Etos zawodowy?

Nauman: Z Adamem pracowaliśmy w Instytucie Psychiatrii i Neurologii przez lata, intensywna współpraca, zawsze się ceniliśmy jako specjaliści, a od jakiegoś czasu się bardzo zakolegowaliśmy. Nie wyobrażałem sobie, żeby go nie zapytać. A skoro napisał, że pomoc jest potrzebna, to już nie było możliwości tutaj nie przyjechać. Mój szpital w Siedlcach dał mi od razu zgodę.

Pierwsza reakcja: bezradność i strach

Jest pan doświadczonym lekarzem. Jak pan to wszystko przyjął? Pierwsza reakcja?

Kobayashi: Pierwsza reakcja to przede wszystkim

totalna bezradność i strach, bo się bałem o zespół, bałem się też o siebie.

Mieszkam w Warszawie, ale od trzech tygodni nie byłem w domu, boję się wrócić do rodziny, żeby nie zawlec wirusa do domu. Tak, strach i bezradność, bo tym naszym biednym pacjentom nie bardzo mogliśmy pomóc, w niewielkim stopniu tylko.

W całym szpitalu zostało zakażonych ponad sto osób personelu, na dwutygodniową kwarantannę musieli też pójść ci, którzy mieli kontakt z zakażonymi, część osób dopiero teraz zacznie wracać. Do tego

testy na obecność SARS-CoV-2 się opóźniały, zamiast po siedmiu dniach od kontaktu z zakażonymi, były wykonywane po 10 czy 14 dniach, wyniki też się opóźniały.

Jak ktoś był raz pozytywny, to musi mieć dwa kolejne testy bez zakażenia, żeby wrócić do pracy. Wciąż mamy problem, głównie z personelem pielęgniarskim.

A wasze oddziałowe pielęgniarki?

Praktycznie wszystkie albo były chore, albo musiały pójść na kwarantannę. Szpital przesunął do nas pielęgniarki z innych oddziałów. Zaczęliśmy to jakoś organizować. Zarządziłem reżim, że wszyscy chodzą w pełnym umundurowaniu.

Maska FFP3, albo FFP2, gogle, przyłbice, nieprzepuszczalne kombinezony z ochraniaczami na buty oraz podwójne, potrójne, czasami nawet poczwórne warstwy rękawiczek .

Stworzyliśmy też prowizoryczną, ale wydaje się, że skuteczną śluzę, by zakażenie nie przenosiło się na oddział.

Śluzę, czyli pomieszczenie, gdzie osoba wchodząca i wychodząca przebierają się w bezpieczne ubrania.

Kobayashi: Dwa pomieszczenia, po obu stronach kurtyny, którą powiesiliśmy w korytarzu. W jednej salce zakładaliśmy, a w drugiej zdejmowaliśmy kombinezony, prawie kąpaliśmy się w płynie dezynfekcyjnym. Ważne, żeby tak się rozbierać, żeby nie dotknąć zewnętrznej warstwy. Kombinezon trzeba z siebie umiejętnie zsunąć. Wiadomo, że we Włoszech i w Chinach personel zakażał się właśnie podczas przebierania. Na szczęście dostarczono nam dostateczną ilość sprzętu. I te zabezpieczenia plus środki ochrony osobistej okazały się wystarczające. W kolejnych badaniach okazało się, że tylko jedna nowa osoba jest zainfekowana, a wszyscy, którzy pracowali tutaj dzień i noc są negatywni.

Ta jedna osoba to z personelu, czy wśród pacjentów?

Kobayashi: Pielęgniarka. Wielu pacjentów mieliśmy zainfekowanych, ale byli też nie zainfekowani. Przenieśliśmy ich do jednej sali, nie mieszali się z resztą i zostali negatywni w kolejnych badaniach, więc

wygląda na to, że między salami wirus się nie przenosił.

Wcieliliśmy w życie zasadę zamkniętych drzwi (nawet jak wchodzisz coś robić przy pacjentach, to zamykasz drzwi za sobą) i otwartych okien. Wietrzenie pomieszczeń, niewywiewanie zarazków na korytarz okazało się kluczowe.

Ilu pacjentów zostało zakażonych?

Kobayashi: W sumie trzydziestu. W tej chwili jest już tylko czterech, ale wychodzą z tego, są ujemni w kolejnych badaniach. Reszta albo już wyszła do domów, albo została przeniesiona do szpitala zakaźnego jednoimiennego, do Warszawy na Wołoską, albo do Radomskiego Szpitala Specjalistycznego wyznaczonego jako jednoimienny.

Ale część leczyliście na miejscu? Neurolodzy w roli zakaźników.

Kobayashi: Tak. To byli pacjenci z naszego oddziału i przeniesieni do nas, ponieważ zainfekował się mocno oddział rehabilitacji neurologicznej. Niestety kilku pacjentów zmarło, u niektórych przebieg tego kowidowego zapalenia płuc było piorunujący.

Na 30 pacjentów chorych na COVID-19 ilu zmarło?

Kobayashi: 10 osób, jedna trzecia.

W akcie zgonu jako przyczynę wpisaliście COVID-19?

Kobayashi: Tak, ale to byli pacjenci z guzami mózgu, z chorobą nowotworową, pacjenci po udarach w ciężkim stanie, obciążeni naczyniowo. Pacjenci po udarach mają zapalenie płuc jako podstawowe powikłanie infekcyjne i prawdopodobnie dlatego tak łatwo się zakażali. Normalnie jak taki pacjent złapie zapalenie płuc, to dostaje antybiotyki i to z reguły wystarcza.

Na koronawirusa nie mamy skutecznych metod leczenia i dlatego to szło tak piorunująco.

Na szczęście część pozytywnych pacjentów - około 10 osób - była zupełnie bezobjawowa. Poszli do domu pod opiekę Sanepidu i na kwarantannie przechorowali COVID.

U najcięższych przypadków obraz kliniczny był taki, że rano się z pacjentem rozmawia, on jest w dobrym stanie, a za dwie, trzy godziny tak się załamuje, że wymaga podłączenia do respiratora, trzeba włączyć sedację, a to i tak nie pomaga. Aczkolwiek mamy jednego pacjenta, który był pod respiratorem w ciężkim neurologicznym stanie, po urazie głowy i operacji krwiaka i ładnie z tego wychodzi, już jest rozintubowany. Taki mały sukces, wielka radość.

Ostatnia droga w samotności

Akurat wy - neurolodzy i neurochirurdzy - jesteście oswojeni ze śmiercią.

Nauman: Ale to robiło straszne wrażenie. Człowiek zaczyna się dusić, dosłownie brakuje mu powietrza, jakby był powieszony. Sinieje, puchnie.

Kobayashi: Płuca są tak uszkodzone, że nie ma praktycznie miejsca, gdzie dochodziłoby do wymiany gazowej, oni się po prostu duszą. Niestety często, na początku przynajmniej, w pełnej świadomości.

Lepiej to wygląda u pacjentów skąpoobjawowych. Też są duszności, silny ból głowy, bóle mięśniowe, objawy mocnej grypy. Większości na szczęście to jakoś przechodzi, u nas też wśród personelu były osoby, które szybko doszły do siebie. Ale trzeba uważać, bo w krótkim czasie może dojść do niewydolności oddechowej.

A jaka była atmosfera na oddziale? Zapanował strach?

Kobayashi: Tak, pacjenci byli przerażeni, aczkolwiek staraliśmy się ich uspakajać i w miarę możliwości kadrowych normalnie leczyć, a nawet trochę porehabilitować tych z niedowładami, czy porażeniami kończyn. Zresztą cały czas to robimy, bo nie przychodzą do nich rehabilitanci. Pacjenci czekali na wyniki testów na obecność koronawirusa jak na wyrok i jak te wyniki przychodziły, to była radość, bo większość była ujemna. I można ich było wypisać do domów.

Nauman: Pierwszego dnia gdy przyjechałem na oddział Adama, odwoziłem na wózku pacjentkę, która była na oddziale od stycznia, taka długa podróż medyczna, i od tygodni nie widziała męża, dzieci. Mąż ją odbierał, oboje płakali ze szczęścia, to było poruszające, że można było ją odstawić w dobrej formie. Ta pacjentka bardzo się też zaprzyjaźniła z drugą panią na sali, aż im się było trudno rozstać.

Powrót do świata żywych.

Kobayashi: Jak wyjście z więzienia, albo z obozu zagłady.

A z drugiej strony, jedna z pacjentek, pozytywna, ale bez objawów, za nic nie chciała iść na kwarantannę do domu. Miała małe wahnięcia temperatury do 37 stopni i stwierdziła, że się boi wyjść, bo jak jej się coś stanie, to kto jej pomoże, a w szpitalu od razu jej pomożemy. Ale to był wyjątek. Od lat wypisuję tygodniowo po kilkanaście osób, ale jeszcze nie widziałem pacjentów tak szczęśliwych, że idą do domu.

Czy tym umierającym próbowaliście zapewnić jakiś kontakt z rodziną?

Kobayashi: Niestety, to było niemożliwe, odwiedziny w szpitalu zostały zawieszone ze względów epidemiologicznych. To też było dramatyczne, urywały się telefony, rodziny chciały wiedzieć, co z ich bliskimi, bo media przedstawiały sytuację w szpitalu jako apokalipsę. W normalnych czasach pacjenci też umierają, ale jest możliwość kontaktu z najbliższymi, a tutaj ktoś musiał umierać w samotności.

Strasznie trudne doświadczenie, także dla rodziny, że nie można w tej ostatniej drodze towarzyszyć bliskiej osobie.

Ale można próbować na Skype, telefonicznie.

Nauman: Nie bardzo to było możliwe, bo na respiratorze ci pacjenci muszą być w śpiączce farmakologicznej, żeby zapewnić maksymalne warunki wentylacji. Są intubowani, usypiani, dostają leki sedujące, nie ma już kontaktu. Zaczyna się głęboka niewydolność oddechowa, nie ma możliwości pożegnania.

60 godzin non stop. Najmocniejsze bycie lekarzem

Jak wyglądały godziny pracy pana ordynatora?

Kobayashi: W najgorszym okresie to było nas tak mało, że praktycznie w ogóle nie wychodziliśmy ze szpitala.

Pod rząd najdłużej pracowałem 60 godzin, ale wiem, że pani ordynator ze Szpitala w Grójcu pracowała na okrągło cztery czy pięć dni, bo już nie miała personelu.

Sama była zakażona i zgłoszona na kwarantannę, nawet policja do jej domu przyjeżdżała, żeby sprawdzić, czy przestrzega zasad kwarantanny... Nie mogła wyjść ze szpitala, bo nie było komu pracować. A ewakuacja zakażonych pacjentów się przedłużała.

To przypomina warunki wojenne. Czy to było najtrudniejsze doświadczenie zawodowe w waszym życiu?

Kobayashi: Tak, zdecydowanie tak.

Nauman: Dla mnie też. I najintensywniejsze przeżycie bycia lekarzem, choć żadnych operacji nie robiłem, tylko próbowałem chorych wspierać, trochę rehabilitować, masować, sadzać, poruszać nogą, ręką.

Kontakt z nimi przy tej kosmicznej ilość emocji, był niezwykły. Myślę, że to doświadczenie zmieni moje życie.

Kobayashi: Tak się złożyło, że obaj jesteśmy z rodzin lekarskich, i jak rozmawiamy z bliskimi, to porównywalne są tylko wspominki, jak nasi dziadkowie pracowali w czasie wojny.

Duża część waszej pracy to jest kontakt, po prostu wziąć za rękę, coś powiedzieć, a tu zjawiacie się w kosmicznym stroju...

Kobayashi: Pierwsza reakcja pacjentów jest nieufna, ale szybko się przyzwyczajają. Pielęgniarki nauczyliśmy się odróżniać po kolorze oczu.

Jak się pracuje w takim kombinezonie? Masce?

Kobayashi: Ciężej, pocisz się, jest gorąco. Po kilku godzinach trzeba zrobić przerwę.

Nauman: Dużo kiedyś nurkowałem, więc umiem oddychać w takich warunkach. Ale bohaterstwa bym z tego nie robił, raczej byłem szczęśliwy, że mam tę maskę. Nawet ją polubiłem.

Jak się szykować na wojnę z koronawirusem

Macie za sobą doświadczenie zainfekowanego oddziału w niezakaźnym szpitalu.

Kobayashi: No tak. COVID-19 jest groźną chorobą, która przebiega nieprzewidywalnie i dla większości niegroźnie, ale czasami strasznie. Ale

największe zagrożenie tej epidemii polega na tym, że placówki medyczne się zamykają i ze względów epidemiologicznych nie są w stanie leczyć innych pacjentów. Pacjentów z udarami, zawałami, po wypadkach...

Nauman: Nie mówiąc o operacjach planowych. Ludzie cierpią i czekają. U mnie ok. 60 pacjentów czeka na operacje kręgosłupa, wiele z nich ma na celu usunięcie dokuczliwego bólu. Ludzie miesiącami czy latami wyczekiwali na operację. Można te planowe procedury odroczyć, ale nie w nieskończoność, bo to nie są przecież zabiegi kosmetyczne. Z jakiegoś powodu planuje się te zabiegi, hospitalizacje, diagnostykę. Odwlekanie ich stanowi zagrożenie dla zdrowia.

Mam też czekających na zabieg pacjentów z chorobami kręgosłupa, w tym z zespołem neurologicznym, który postępuje.

Mam wrażenie, że można przywrócić funkcjonowanie szpitali, ale pod warunkiem dobrego przygotowania, bo ta choroba jest i trafi do każdego szpitala wcześniej czy później.

Oddziały muszą być przygotowane, mieć wydzielone miejsca do izolowania chorych, pełen zestaw środków ochrony, zestaw wymazówek [patyczków do pobierania próbek śliny - red], zapewnione testy przesiewowe dla personelu i dla chorych przed przyjęciem - i wtedy można w miarę bezpiecznie leczyć ludzi. Szpital powinien mieć w magazynie pełne zabezpieczenie, wydaje mi się, że taka ilość to jest około 2 tys. kompletów jednorazowych strojów, masek FFP3, czy FFP2.

Testy dla lekarzy w szpitalach, personel bloku operacyjnego, izby przyjęć, SOR

Kobayashi: Kluczowa jest dostępność testów.

Wbrew informacjom ministerstwa zdrowia, Senat nie postulował, by raz w tygodniu testować wszystkich lekarzy, dentystów, aptekarzy, pielęgniarki itd. Ograniczał postulat do osób "wykonujących zawód medyczny w szpitalach, oddziałach zakaźnych, oddziałach ratunkowych, mających styczność z osobami podejrzanymi o zakażenie wirusem SARS-CoV-2" a także do "zatrudnionych w zespole ratownictwa medycznego".

Nauman: Testy przesiewowe, które np. w Niemczech robi się masowo, są teraz sprawdzane do Polski. Jeżeli ma u nas ruszyć medycyna, to będzie trzeba testować na dużą skalę, bo inaczej ogniska zakażenia będą ogromne.

Kobayashi: W Polsce okazało się, że największym problemem epidemii są zakażenia wewnątrzszpitalne. Jeśli mówimy o testowaniu personelu raz w tygodniu, to mówimy o personelu szpitalnym, bo przychodnie i tak funkcjonują w ograniczonym zakresie.

Gdy autoryzowaliśmy rozmowę w niedzielę wieczorem przyszła wiadomość o kolejnym zakażonym szpitalu w Jastrzębiu-Zdroju.

Nauman: Testować trzeba szpitale, przede wszystkim personel bloku operacyjnego, izby przyjęć, SOR-u...

Kobayashi: ...żeby wiedzieć, czy ci lekarze i pielęgniarki są zdrowi, bo jeśli nie wychwycimy takiej zakażonej osoby...

Nauman: ...to będzie źródłem zakażenia pacjentów.

To nie chodzi o to, żeby lekarze nie żyli w strachu, albo byli grupą uprzywilejowaną, tylko żeby stworzyć procedury, które umożliwią funkcjonowanie szpitali. Bez tego ludzie będą chorować, cierpieć i umierać wcale nie na COVID-19.

To, że w radomskim szpitalu nie było 500 ofiar, to zasługa szpitala, który zaczął nas zabezpieczać a także testować nas i pacjentów. Od końca marca zrobiono ponad 2500 testów.

Kobayashi: Stare łacińskie przysłowie, mówi, że jeśli chcesz pokoju, to zbrój się. Trzeba się przygotowywać na wojnę, apelujemy do wszystkich kolegów, do dyrektorów szpitali, żeby się szykowali, żeby tworzyli oddziały obserwacyjno-zakaźne. Oczywiście idea szpitali jednoimiennych jest słuszna, ale to nie znaczy, że wystarcza. My wszyscy musimy wiedzieć, co i jak zrobić, kiedy karetka przywozi nam pacjenta, albo pacjent się sam zgłasza do szpitala i okazuje się, że poza swoją "normalną chorobą" ma infekcję . I każdy szpital rejonowy powinien być na to przygotowany.

Nauman: W każdym szpitalu powinien być przeszkolony zespół, minimum dwóch lekarzy, plus anestezjolog, plus trzy, cztery pielęgniarki wyszkolone, żeby mogli profesjonalnie wspomóc oddział, gdzie pojawi się zakażenie i pomóc mu wrócić do normalności.

Kobayashi: W tej chwili każdy pacjent, który trafia do szpitala powinien być podejrzany o COVID-19 i powinno być tak, że personel wychodzi do takiego pacjenta w pełnym zabezpieczeniu, są pobierane szybko próbki i błyskawicznie zrobione badania. Trzeba w oddziałach stworzyć izolatki, gdzie ci pacjenci podejrzani mogliby być hospitalizowani.

Nauman: Na każde 20 łóżek przynajmniej cztery powinny być wyizolowane na stałe, to byłoby idealnie. Do kolegów i koleżanek lekarzy mógłbym zaapelować, żeby się stawiali do pracy tam, gdzie pojawia się zagrożenie, ale żeby wymagali, żeby mieli robione testy i dostali odpowiednie zabezpieczenie. Wtedy każdy lekarz powinien wziąć ryzyko na klatę.

Jak słucham licznych wystąpień medialnych mininistra Łukasza Szumowskiego, to brakuje mi w nich wyrazów uznania, empatii czy serdeczności wobec personelu. Ministrowie zdrowia i premierzy w innych krajach dużo mówią o waszej odwadze, poświęceniu.

Kobayashi: Trudno mi coś powiedzieć, bo od miesiąca w ogóle nie mam możliwości oglądania telewizji. Myślę, że każdy robi, co może i co potrafi.

Nauman: Mam tylko jedną uwagę. Dramatyczna sytuacja jest w Domach Pomocy Społecznej. Problem próbuje rozwiązać jeden czy drugi pan wojewoda, dając nakazy pracy. Dziwi mnie fakt, że nie korzystamy z grupy lekarzy wojskowych, którzy są dobrze wykształceni i przygotowani do sytuacji nadzwyczajnych.

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne