OKO.press czyta rodział z programu wyborczego PiS o ochronie zdrowia. Ma tylko sześć stron. Diagnoza sytuacji: jest fatalnie i to wszystko wina rządów Tuska. PiS wie, jak to naprawić. Następnie padają obietnice, z tego dziewięć większych i bardziej konkretnych. Z tego jedna ma być częściowo zrealizowana, a 8 - nie. Miało być tanio, godnie, profesjonalnie

W dawnych czasach, kiedy w Polsce rządziła niepodzielnie Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, opowiadano następujący kawał:

„Jeśli partia mówi, że nie da, to nie da. A jeśli mówi, że da, to mówi”.

PZPR przestała istnieć blisko 30 lat temu. Tymczasem od czterech lat naszym krajem znów rządzi niepodzielnie partia, która chętnie korzysta z dawnych wzorów. Partia ta więc obiecuje na potęgę, a potem chwali się bez przerwy jak to dotrzymuje danego słowa. Otóż przynajmniej jeśli o ochronę zdrowia Polaków, tak nie jest.

Przed nami wybory. Zanim podejmiemy decyzję na kogo będziemy głosować, prześledźmy stare obietnice PiS z 2014 roku i skonfrontujmy je z rzeczywistością.

Wina Tuska

PiS cztery lata temu szedł do władzy pod hasłem „Polska w ruinie”. Ruina ta była zdaniem polityków tej partii widoczna także w ochronie zdrowia.

„Obecna kondycja polskiej służby zdrowia jest fatalna” – czytamy w programie partii z roku 2014.

I dalej: „Rządy Tuska doprowadziły nie tylko do jej finansowej zapaści, ale także do całkowitej destrukcji systemu opieki zdrowotnej. Rosną długi szpitali. (…) Polityka NFZ prowadzi do niekontrolowanego rozpraszania środków i osłabia kluczowe dla systemu ochrony zdrowia publiczne zakłady opieki zdrowotnej. (…) Niezadowolenie budzą trudności w dotarciu do lekarza pierwszego kontaktu, odległe terminy przyjęć przez specjalistów, wydłużające się kolejki do szpitali na zabiegi planowe, jak również pojawiające się problemy z uzyskaniem pomocy w sytuacjach zagrożenia zdrowia i życia. (…) Skala problemów ochrony zdrowia stawia przed władzą publiczną zadanie dokonania licznych i poważnych zmian” – konstatuje partia.

A zatem wszystko jasne. Przed objęciem władzy przez PO system był dobry, dopiero rządy Tuska doprowadziły go na skraj przepaści. Ale dzięki dalekowzrocznym i skutecznym działaniom PiS wszystko się odbuduje.

„Przyczynę obecnego stanu upatrujemy, przede wszystkim w złej polityce zdrowotnej rządu Tuska, fatalnych mechanizmach finansowania opieki zdrowotnej, dlatego proponujemy szereg rozwiązań, które stworzą podstawy nowoczesnego funkcjonowania ochrony zdrowia”.

Jakież to rozwiązania proponowała partia w 2014 roku?

Fundusz? Do likwidacji

Po pierwsze zlikwidowanie Narodowego Funduszu Zdrowia.

„Wydatki na służbę zdrowia będą planowane w budżecie państwa, do którego powróci też składka na ubezpieczenie zdrowotne. Ministerstwo przygotuje plan finansowania świadczeń łącznie z planem podziału środków na poszczególne województwa. Na poziomie województw za finansowanie świadczeń odpowiadać będą wojewodowie. To oni kontraktować będą świadczenia w instytucjach systemu i rozliczać ich wykonanie. Wynagradzanie za przeprowadzone procedury medyczne nie przyniosło oczekiwanych efektów: zadłużenie szpitali dalej narasta, kolejki do lekarza są jeszcze dłuższe”.

Ta sztandarowa, pierwsza obietnica PiS została wrzucona do kosza już na początku kadencji nowego rządu. Praktycznie nikt poważnie się nią nie zajmował. NFZ jak istniał, tak istnieje. Jest głównym płatnikiem za usługi medyczne w Polsce – pokrywa bowiem aż 80 proc. wydatków sektora publicznego na ten cel. Budżet państwa i jednostki samorządu terytorialnego dokładają się tu tylko w niewielkim wymiarze.

NFZ tak naprawdę to jeden wielki księgowy, którego główne zadanie sprowadza się do pobierania składek z naszych pensji ściąganych przez ZUS i KRUS, a następnie wypłacaniu z nich pieniędzy za leki, operacje, badania, itd.

W Polsce mamy dość dziwaczne połączenie systemu ubezpieczeniowego z budżetowym. Z prawdziwym ubezpieczeniem ma to niewiele wspólnego, gdyż nasza składka zależy wyłącznie od tego, ile zarabiamy, a nie od tego w jakim stanie zdrowia jesteśmy i czy o nie dbamy, czy nie.

NFZ nie należy do lubianych instytucji, choć de facto ma stosunkowo niewiele do powiedzenia. W tym, co naprawdę ważne, czyli ustalaniu, ile powinno się za daną procedurę zapłacić, ile pieniędzy można wydać łącznie na leki, a także czy refundować lek A czy B, decyduje w dużej mierze rządowa Agencja Oceny Technologii Medycznej i Taryfikacji oraz minister zdrowia.

Rząd kazał w ostatnich czterech latach „zjeść NFZ jeszcze jedną żabę”. Pod naciskiem różnych grup zawodowych pracowników medycznych obiecał im podwyżki, jednak pieniędzy na to nie znalazł w budżecie, lecz w naszych zdrowotnych składkach.

Sam NFZ jako płatnik na tym nie ucierpiał, ucierpiały natomiast szpitale (głównie powiatowe) i pacjenci. Szpitale, ponieważ ich dyrektorzy musieli sobie łamać głowy skąd wziąć pieniądze na podwyżki, a pacjenci, gdyż to oni ze swoich składek musieli za nie zapłacić, uszczuplając tym samym ilość pieniędzy na własne leczenie.

Przez ponad trzy lata NFZ-em kierował Andrzej Jacyna mający niezłe konotacje w środowisku. Był osobą najdłużej zasiadającą na stanowisku prezesa NFZ. 17 lipca 2019 Jacyna złożył jednak dymisję.

A NFZ istnieje i na razie nie ma mowy o jego likwidacji.

PKB – tak, ale sprzed dwóch lat

Kolejną – fundamentalną można by rzec – zmianą miało być zwiększenie nakładów na służbę zdrowia.

„Po dokonaniu reorganizacji systemu opieki zdrowotnej i zmianie finansowania na budżetowy zwiększymy stopniowo nakłady na służbę zdrowia, tak, aby osiągnęły one poziom średniej europejskiej. Z budżetu państwa wydzielone zostaną środki na inwestycje i modernizację zakładów opieki zdrowotnej.

Utworzony zostanie Fundusz Budowy, Modernizacji i Utrzymania Publicznych Zakładów Opieki Zdrowotnej. Będzie on wspomagał samorządy oraz państwowe podmioty w budowie nowych obiektów oraz utrzymaniu, przekształcaniu i modernizacji istniejących”.

Tyle program. A rzeczywistość?

Proszę zwrócić uwagę, iż partia ostrożnie podała, że pieniędzy na zdrowie przybędzie dopiero po dokonaniu reorganizacji i zmianie finansowania. A ponieważ nie określono, kiedy te zmiany dokładnie nastąpią, więc tym bardziej nie wiadomo było, kiedy może dojść do podniesienia nakładów.

Życie tym razem zaskoczyło rządzących. Początkowo wprawdzie o jakimkolwiek zwiększeniu finansowania było cicho. W 2016 roku zaczęli jednak protestować rezydenci. Podczas dużej manifestacji w Warszawie, do której dołączyli także przedstawiciele innych zawodów medycznych, po raz pierwszy padł postulat – 6,8 proc. PKB na zdrowie.

Ówczesny minister – Konstanty Radziwiłł, nie chciał o tym słyszeć. Kiedy jednak jesienią 2017 rezydenci podjęli w 7 miastach strajk głodowy, a potem zaczęli ograniczać godziny pracy, siadł do rozmów.

Szybko okazało się, że 6,8 proc. to żądanie niemożliwe do spełnienia. Ponadto nakłady trzeba zdaniem rządu podnosić stopniowo.

Rozmowy z Radziwiłłem szły jak po grudzie, ale ponieważ o proteście wiedziała już cała Polska i najwyraźniej nie służył on partii, zaczęto wypracowywać kompromis. Wzrost nakładów do 6 proc. PKB do roku 2024. Radziwiłł sprzedawał to jako wielkie zwycięstwo rządu i nakłady, jakich Polska nigdy nie miała. „To historyczna chwila” – mówił minister. O tym, że cała sprawa była wymuszona, nie wspominał.

W międzyczasie Radziwiłła odwołano, negocjacje kończył już nowy urzędnik. Ostatecznie porozumienie podpisano 8 lutego 2018.

Tzw. ustawę 6 proc. Sejm klepnął latem 2018. Upłynęło jeszcze kilka miesięcy zanim rezydenci zorientowali się, że rząd zrobił ich w konia. Do wyliczeń planowanych nakładów na 2019 rok i kolejne lata użyto bowiem PKB, ale nie tego aktualnego, ale sprzed dwóch lat.

A ponieważ przez ostatnie lata z racji dobrej koniunktury rosną nasze zarobki, rząd mógł spełnić wymogi ustawy nie dokładając do zdrowia ani złotówki.

Na liczne protesty ze strony środowiska minister Szumowski odpowiedział, że „ten sposób liczenia był znany od początku”. Nie dodał, że nakłady na wojsko są liczone według aktualnego PKB.

Rezydenci nie składają broni. 1 października 2019 wznawiają akcję protestacyjną o czym szeroko pisaliśmy ostatnio. Ich główny postulat to 6,8 proc. PKB, ale nie w pięć lat tylko w trzy lata i liczony według aktualnych przychodów państwa.

A co z zapowiadanym Funduszem Budowy, Modernizacji i Utrzymania Publicznych Zakładów Opieki Zdrowotnej – spytacie państwo. Ano nic. Pozostał na papierze.

Kolejki, kolejki

Kolejna, jakże ważna, obietnica – skrócenie kolejek do specjalistów.

Ta sprawa zdaniem PiS powiązana jest m.in. z utworzeniem sieci szpitali, które zapewnią odpowiednią dostępność do świadczeń zdrowotnych z uwzględnieniem lokalnej specyfiki, epidemiologii i geografii.

„Sieć szpitali publicznych rozmieszczonych odpowiednio do potrzeb ludności jest podstawowym narzędziem organizowania działalności leczniczej. Żaden szpital nie zostanie przy tym zamknięty, nie dopuścimy też do dalszej komercjalizacji i prywatyzacji szpitali. (…) Sieć szpitali poprawi dostęp do świadczeń” (…)

I dalej: „Chcąc skrócić kolejki do lekarzy specjalistów musimy przywrócić rolę lekarza pierwszego kontaktu. Lekarz pierwszego kontaktu ma być przewodnikiem pacjenta po systemie. Powinien on świadczyć wiele usług pozostających dzisiaj w kompetencjach lekarzy specjalistów”.

Sieć szpitali była pomysłem może teoretycznie dobrym, ale na pewno nieprzemyślanym. „Kiedy przed uruchomieniem sieci dopytywaliśmy się o pomoc finansową i organizacyjną, odpowiedziano nam »Rozmawiajcie z samorządami, niech one dadzą na to pieniądze« – opowiadał OKO.press dyrektor szpitala powiatowego w Nowym Mieście Lubawskim Bogumił Kurowski.

Sieć de facto nie rozwiązała żadnego problemu. Szpitale zaczęły szybko dusić się z braku pieniędzy. Wycena świadczonych przez nie usług pozostawała niezmieniona, tymczasem ich działalność z każdym miesiącem była coraz droższa (począwszy od zatrudnienia lekarzy, a skończywszy na sprzątaniu). Coraz więcej szpitali zaczęło popadać w długi, a jeśli nie mógł ich wesprzeć samorząd, groziła im likwidacja.

Głośne protesty dyrektorów szpitali spowodowały dorzucenie niedużej, zdecydowanie niewystarczającej ilości pieniędzy w połowie 2019 roku.

W kwestii sieci szpitali wypowiedział się niedawno NIK. Wynik kontroli jest bardzo niekorzystny dla rządu. „Sieć szpitali, która miała ułatwić pacjentom dostęp do świadczeń zdrowotnych, a dyrektorom zarządzanie placówkami, nie poprawiła ani sytuacji chorych, ani finansów większości badanych szpitali” – czytamy w raporcie.

I dalej: „Spośród 29 badanych przez NIK placówek, na koniec września 2018 r. 23 odnotowały ujemny wynik finansowy, a w porównaniu z wrześniem 2017 pogorszyła się sytuacja ekonomiczna 22 z nich”.

„Rząd chce likwidacji 150 placówek, tylko boi się otwarcie do tego przyznać” – twierdził w rozmowie z OKO.press wspomniany dyrektor szpitala.

A jeśli chodzi o lekarzy pierwszego kontaktu, ci w tym ponurym systemie mają się jeszcze stosunkowo nieźle. Choć po to, by rzeczywiście mogli dbać o nasze zdrowie, powinni dostać do tego odpowiednie narzędzia. Ale o to się już nikt nie postarał.

W kwestii zaś kolejek – te niestety za rządów PiS się nie zmniejszyły. Wręcz odwrotnie.

Według raportów opracowanych m.in. przez Fundację Watch Health Care

  • w 2012 roku na dostęp do bezpłatnych świadczeń zdrowotnych czekaliśmy przeciętnie 2 miesiące,
  • w 2014 – 3 miesiące,
  • w maju 2018 – 3,7 miesiąca,
  • a lutym 2019 już 4 miesiące.

Najdłużej czeka się na wizytę u endokrynologa, bo ponad dwa lata, co jest absolutnym rekordem europejskim. Niemal połowę krócej, bo prawie 12 miesięcy, należy odczekać, by dostać się do kardiologa dziecięcego, a 10 miesięcy do ortodonty.

„Niezadowolenie budzą odległe terminy przyjęć przez specjalistów, wydłużające się kolejki do szpitali na zabiegi planowe, jak również pojawiające się problemy z uzyskaniem pomocy w sytuacjach zagrożenia zdrowia i życia” – podkreślano w dokumencie z 2014 roku.

Ponieważ czas oczekiwania na niektóre zabiegi planowe, takie jak operacja zaćmy, wszczepienie protezy stawu biodrowego czy kolanowego, a także na niektóre badania diagnostyczne, wydłużyły się niemiłosiernie, rząd PiS postanowił wreszcie zadziałać.

Wiosną 2019 roku zniesiono tzw. limity na operacje zaćmy oraz na dwa ważne badania – tomografię komputerową i rezonans magnetyczny. Zniesienie limitów to nic innego jak dorzucenie pieniędzy na te właśnie procedury.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki kolejki do nich się skróciły, co po raz kolejny dowiodło, że ochrona zdrowia potrzebuje pieniędzy i to dużych pieniędzy.

Koniec z biurokracją

Twórcy dokumentu z 2014 roku mieli świadomość, że jednym z bolesnych punktów polskiej ochrony zdrowia jest dramatyczny brak personelu. Liczba przyjęć na studia dzienne na medycynę spadła już w latach 90., kiedy to Tuskowi jeszcze nie śniło się premierowanie.

„Zwiększymy liczbę kształconych w tych zawodach i specjalnościach, w których występują lub w przewidywanym czasie wystąpią braki kadrowe” – napisano w programie partii. Tę obietnicę potraktowano poważnie, choć potrzeby są tu zdecydowanie większe niż działania. W roku akademickim 2018/19 limit na studia na kierunku lekarskim zwiększono o 129 miejsc. W kolejnym roku przyjęto o 344 więcej studentów.

Jedną z recept na brak lekarzy jest mądrzejsze wykorzystanie ich czasu, o co sami medycy zabiegają od dawna.

„Odbiurokratyzujemy pracę lekarzy. Wypełnianie nadmiernej ilości procedur ogranicza czas, który lekarze powinni poświęcić pacjentom. Nie może być tak, aby pracownicy medyczni tracili czas na wypisywanie stosu niepotrzebnych nikomu dokumentów” – zapowiedział PiS.

Tym razem też skończyło się głównie na zapowiedziach, chociaż postulat utworzenia etatów tzw. asystentów medycznych był jednym z punktów wspomnianego porozumienia rząd – rezydenci z początku 2018 roku. Asystentów jest jak na lekarstwo. Dlaczego? Bo to również wymaga dodatkowych pieniędzy.

Mapa strachu

Naprawimy ratownictwo medyczne w Polsce – zapowiada dokument programowy PiS.

Sytuacja na SOR-ach jak w soczewce pokazuje, że tej obietnicy również nie udało się spełnić. Słabo opłacani ratownicy pracują ponad siły, zwykle po 300-400 godzin w miesiącu. Korzystają ze starego, ledwie nadającego się do użytku sprzętu. Szybko się wypalają. Pracując w nieludzkim systemie już po roku pracy zaczynają nienawidzić pacjentów, chorują, szybko odchodzą z zawodu.

Na SOR-y suną zaś pielgrzymki pacjentów. Dzieje się dlatego, gdyż często to jedyne miejsce, gdzie po odczekaniu w długiej kolejce ktoś jednak się nimi zajmie. Lub zrobi im badanie, na które czekają od dawna, a nie mają pieniędzy, by zrobić je komercyjnie.

Ostatnio administratorzy śmieszno-strasznej strony „To nie z mojej karetki” zaczęli zbierać sygnały z całej Polski co i gdzie nie działa w ratownictwie medycznym. Sygnałów napłynęło tak wiele, że wkrótce powstała specjalna mapa pokazująca w jak dramatycznym stanie znalazł się system ochrony zdrowia w Polsce, a szczególnie – ratownictwo.

Notoryczny brak lekarzy, karetek, sprzętu, trudności z upchnięciem ciężko chorych ludzi na oddziale. Strach zachorować. Jeśli ktoś z rządzących ma wątpliwości co do kondycji naszego systemu, proponuję wczytać się w tę mapę.

Ruch raczej nieprzyspieszony

„Będziemy zmierzać do przyspieszenia informatyzacji systemu opieki zdrowotnej, tak, aby każdy obywatel w Polsce posiadał Kartę Zdrowia i mógł w każdym miejscu systemu opieki zdrowotnej skorzystać z zawartych w niej danych. Zinformatyzowanie systemu opieki zdrowotnej znacznie ułatwi przepływ i dostęp do informacji, co w zdecydowany sposób zmniejszy czas oczekiwania na świadczenia.”

Przypomnijmy – to zapis z roku 2014. Ów ruch przyspieszony w kierunku informatyzacji niestety okazuje się raczej ruchem jednostajnym. I to zdecydowanie nie szybkim.

Kart Zdrowia jak nie było, tak nie ma. Lekarzom mdleją ręce od zapisywania ton papierów. Cały czas w robocie są kserokopiarki, skanery, przybija się pieczątki.

To, co się wreszcie udało, to wprowadzenie e-recept, choć też jeszcze daleko do pełni szczęścia.

O informatyzacji mówimy od wielu, wielu lat. Z pewnością znajdzie się ona też w obietnicach partii na kolejne 4 lata rządzenia. Przynajmniej tu nie trzeba nic wymyślać. Wszystko wiadomo od dawna.

Gdzie ten limit?

Kolejna obietnica: tańsze ceny leków refundowanych. „Ważnym elementem zmian przepisów o refundacji leków będzie ustalenie górnego rocznego limitu wydatków ponoszonych przez pacjenta o niskich dochodach. Wysokość limitu będzie ustalana raz w roku w ustawie budżetowej”.

„Wysokość limitu będzie ustalana…” – niestety autorzy tej obietnicy nie sprecyzowali, w którym roku się to wydarzy. Najwyraźniej jedna kadencja nie wystarczyła.

Ranga, godność, zaufanie

Z programu PiS, 2014: „Będziemy dążyć do przywrócenia zaufanie i godności pracownikom ochrony zdrowia. Zawody medyczne są zawodami szczególnego zaufania publicznego. Kryzys w ochronie zdrowia, nieprzemyślane reformy prywatyzacyjne zniszczyły warunki prawidłowego funkcjonowania systemu: zaufanie pacjentów, godność pracy i rangę zawodów medycznych”.

Szanowni rządzący. Po to, by przywrócić godność jakimkolwiek pracownikom, należy im zapewnić godne warunki pracy, w tym godnie nagradzać, adekwatnie do ich wykształcenia, odpowiedzialności i zadań. Tylko dzięki protestom przedstawicieli poszczególnych zawodów medycznych udało się wyszarpać trochę więcej pieniędzy dla rezydentów i specjalistów. Na podwyżki wciąż czekają diagnostycy laboratoryjni, fizjoterapeuci.

Rząd z powodzeniem stosuje zasadę „dziel i rządź”. Skutecznie podsyca animozje w środowisku, osłabiając solidarność wewnątrz poszczególnych grup zawodowych, a także między nimi.

Doskonałym tego przykładem jest przymykanie oczu na fatalne w skutkach jednoczesne zatrudnianie specjalistów w państwowej i prywatnej służbie zdrowia. W efekcie prywatna porada często służy tylko po to, by uzyskać dostęp do państwowego szpitala. A starsi lekarze, którzy znaleźli swoją wygodną niszę w złym systemie, są w stałym konflikcie z młodymi, którzy chcą ten system ucywilizować.

Godności zawodu lekarskiego nie buduje się też długoletnim niszczeniem wybitnego lekarza, który jakoby przyczynił się do śmierci ojca Zbigniewa Ziobro. Nie buduje się go również próbując wprowadzać drakońskie karne za popełnienie błędu lekarskiego. W Polsce lekarze coraz bardziej obawiają się pacjentów. Kto na tym ucierpi? Opowiedzcie sobie państwo sami.

Jest sukces! Dokładniej – ma być, choć trochę inaczej     

„Zadbamy o powrót gabinetów stomatologicznych i opieki pielęgniarsko-lekarskiej do szkół”.

Tu wreszcie notujemy sukces! 12 września 2019 wchodzi w życie ustawa o opiece zdrowotnej, w myśl której każda publiczna szkoła podstawowa i średnia w całym kraju będzie mieć do dyspozycji dentystę oraz pielęgniarkę-higienistkę.

A zatem sukces jest niepełny (opieka będzie pielęgniarska, a nie pielęgniarsko-lekarska) i ustawa została przygotowana w ostatniej chwili przed wyborami, ale zawsze.

Chwalimy za ten ruch ministerstwo. Aczkolwiek trochę denerwujące jest to, że urzędnicy nazywają tę ustawę „pionierską”. Autor tego tekstu jest wystarczająco stary, by pamiętać, że w zarówno w szkole podstawowej i średniej do której chodził, był gabinet dentystyczny i pielęgniarka-higienistka.

No, ale to się działo za czasów rządów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Przychodzi OKO do lekarza...
Chcesz, byśmy nadal pilnowali zdrowia Polaków?

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”, założył tam dział nauki i napisał ok. 1000 tekstów. Niedawno przepracował 3,5 roku w Ambasadzie RP w Waszyngtonie zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami, a Polską. W OKO.press redaguje i pisze.


Komentarze

  1. Mateusz Głazowski

    Cała ta junta nie ma pojęcia o realnych problemach ochrony zdrowia. W Warszawie są dwa duże szpitale gdzie przyjmuje się ich bez procedur obowiązujących każdego potencjalnego pacjenta. Ordynator oddziału przywiózł przecież osobiście kule niedomagającemu dyktatorowi. Termin wyborów, tak myślę, ustalono kierując się przewidywaną datą zabiegu u Kaczyńskiego. Jesteśmy skazani na powolne wymieranie, tylko kto będzie im płacił podatki.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press