Zwolennicy ISIS ogłosili przeciwko Turcji wojnę tak, jak przeciw innym niewiernym. Ankara, która przez lata tolerowała dopływ ochotników i sprzętu do sił ISIS w Syrii, a zapewne i sama je wspierała, znalazła się w sytuacji ucznia czarnoksiężnika

– Tu już tak teraz będzie, zobaczysz – mówi Ayşe, gdy dzwonię do niej w Nowy Rok. – Będzie zamach za zamachem, pogrzeby spowszednieją, na ulicach zamiast turystów będzie wojsko, gospodarkę diabli wezmą. W zagranicznej prasie będą, po kolejnej rzezi, zamiast artykułów na pierwszej stronie, krótkie notki, jak po zamachach w Bagdadzie. Za to w naszej prasie nie będzie niczego, tylko artykuły jak to Turcja wstała z kolan i sięga po wielkość.

Istotnie: z tureckiej prasy, poza oficjalnymi komunikatami, o noworocznym zamachu w Stambule dowiedzieć się można niewiele. Korzystając z uprawnień ustawy o stanie wyjątkowym, wprowadzonym po lipcowej próbie zamachu stanu, sąd zabronił mediom publikowania jakichkolwiek innych informacji na ten temat. Wiadomo więc jedynie, że ogień z broni długiej otworzył w nocnym klubie Reina nad europejskim brzegiem Bosforu pojedynczy zamachowiec, zabijając 39 osób, w tym 25 cudzoziemców, i raniąc 65. Do zamachu przyznała się ISIS.



Terrorysta, który pierwszym strzałem zabił policjanta pilnującego wejścia do klubu, zbiegł. Władze podejrzewają, że był z Azji Środkowej, z Uzbekistanu lub Kirgistanu, i mógł należeć do tej samej środkowoazjatyckiej komórki ISIS, która w czerwcu zaatakowała lotnisko w Stambule, zabijając ponad 40 osób. Wiemy natomiast, od izraelskiej Arabki, która przeżyła zamach (jej koleżanka zginęła), że przed otwarciem ognia wołał „Allahu akbar!” – „Bóg jest wielki”.

Waszyngton w czapce Mikołaja

Sąd kontroluje media, ale tych społecznościowych – jeszcze nie, więc roi się tam od niesprawdzalnych doniesień. Zamachowców miało być dwóch, w strojach świętego Mikołaja. Ta plotka wzięła się być może stąd, że – jak wynika z także niepełnych doniesień oficjalnych – po rzezi zamachowiec się przebrał, zakładając czapkę z pomponem. A może to echo świątecznego happeningu w mieście Aydin, zorganizowanego przez skrajną prawicę, w którym przystawiono świętemu Mikołajowi pistolet do czoła? Zresztą przed uczestnictwem w noworocznych obchodach przestrzegał rządowy wydział do spraw religijnych, Dyianet, stwierdzając w komunikacie, że należą one „do innych kultur i do innych światów”.

Za to właściciel klubu Reina powiedział, że USA przestrzegały przed możliwością zamachu. Chciał w ten sposób skrytykować tureckie władze, które wiedząc jakoby o zagrożeniu, nie zrobiły rzekomo nic, by mu zapobiec. Wyszło jednak na odwrót i

internet aż huczy, że za zamachem – podobnie jak, głosi plotka, za lipcowym puczem – stał Waszyngton, który pragnie nieposłuszną Turcję ukarać.

Amerykańska ambasada musiała oficjalnie zdementować pogłoski, stwierdzając że żadnego konkretnego ostrzeżenia nie wydała.

Dyianet jednoznacznie zresztą potępił zamach, oświadczając, że nie ma różnicy między masakrami, czy to w miejscu, gdzie ludzie się zebrali, by się bawić, czy to tam, gdzie zebrali się, by się modlić. To mocne słowa – a zarazem woda na młyn ISIS, która w komunikacie stwierdziła, że zamach stanowi „ciąg dalszy błogosławionych operacji, które Państwo Islamskie prowadzi przeciwko protektorce krzyża, Turcji”. Turcja protektorką krzyża… To musiało zaboleć, i w Dyianecie, i w pałacu prezydenckim.

Ale prezydent Recep Tayyip Erdoğan, choć okazał się zamordystą w wielkiej tradycji tureckiego republikanizmu, to islamistą jest, w porównaniu z ISIS, co najwyżej letnim.

Zaś w Syrii Turcja, do tej pory głównie walcząca z tamtejszymi Kurdami, powiązanymi z turecką partyzantka kurdyjską z PKK, od miesiąca usiłuje, z niewielkim zresztą skutkiem, zdobyć kontrolowane przez ISIS miasto el-Bab. Tylko w niedzielę w walkach miało zginąć 22 bojowników państwa islamskiego.



Mimo tych strat, i mimo pomocy lotnictwa rosyjskiego, armia turecka pod el-Bab drepcze w miejscu. Za to islamiści spalili w odwecie żywcem dwóch tureckich jeńców i po raz pierwszy przyznali się do zamachu wymierzonego w cel jednoznacznie cywilny (lotnisko od biedy może uchodzić za cel także wojskowy). Tym samym ogłosili przeciwko Turcji wojnę tak, jak przeciw innym niewiernym. Ankara, która przez lata tolerowała dopływ ochotników i sprzętu do sił ISIS w Syrii, a zapewne i sama je wspierała, znalazła się w sytuacji ucznia czarnoksiężnika.

Odszczepieńcy z nocnych klubów

– Ja tam w Reinie nie bywałam, dużo za drogo – mówi Ayşe, której uniwersytecka pensja socjolożki nie wystarcza na takie szaleństwa. – Ale tam, obok Turków, Nowy Rok obchodzili głównie inni muzułmanie – Libańczycy, Saudyjczycy, Irakijczycy. Nawet ta Izraelka, co zginęła, to Arabka. Takich Daesz – mówi, używając arabskiego skrótu nazwy ISIS – nienawidzi najbardziej.

Faktycznie, w czasach w których nawet Arabia Saudyjska oficjalnie przechodzi na kalendarz gregoriański, takie zachowania muzułmanów muszą być dla ISIS czerwoną płachtą. Dlatego zresztą zapewne w komunikacie nie było mowy o ukaraniu „niewiernych”, lecz  „odszczepieńców”. A północ Syrii – gdzie broni się w Al-Bab ISIS, zaś obok, w Idlib, trwa rządzona przez syryjską al-Kaidę ostatnia niemal enklawa powstania przeciwko Assadowi, zasilona ostatnio pokonanymi bojownikami z bardziej świeckiego Aleppo – ma z „odszczepieńcami” wspólną granicę.

Jeśli Turcja otworzy przejścia dla uchodźców, wraz z nimi napłyną też i bojownicy, chętni mścić się na „odszczepieńcach”. Jeśli je zamknie, będzie wnet miała za miedzą ten sam problem, który Izrael i Egipt mają z Gazą.

„Tak okropnego roku w Stambule jeszcze nie było”, mówi Ayşe, i trudno się jej dziwić.

W sześciu zamachach terrorystycznych zginęło w mieście ponad 110 osób, w całym kraju zamachów były dziesiątki, ofiar – setki. Do tego doszło około 300 ofiar nieudanej próby zamachu stanu,

z czego wiele zginęło właśnie w Stambule, na wschodzie kraju zaś – setki ofiar wojny z kurdyjską PKK (Partia Pracujących Kurdystanu). Mniej więcej połowę zamachów popełniły ekstremistyczne ugrupowania kurdyjskie, drugą – zapewne ISIS, choć przyznała się dopiero teraz. W obu wypadkach Turcja zawsze reagowała atakami na cele związane ze sprawcami zamachów: przeciw ISIS w Syrii i Iraku, przeciw Kurdom w Syrii i samej Turcji. Jako że Kurdowie i ISIS także są śmiertelnymi wrogami, istniała obawa, że mogą w zamachach podszywać się pod siebie nawzajem, by skierować turecki odwet przeciwko drugiej stronie.

Czy to na pewno zamach ISIS?

Teraz jednak władze były pewne, że Reinę istotnie zaatakowali islamiści, zanim jeszcze ISIS potwierdziła to w komunikacie. Nie wiemy, na czym opierały tę pewność. Dziesięć dni wcześniej, gdy pojedynczy terrorysta zastrzelił w Ankarze rosyjskiego ambasadora, władze z kolei były pewne, że był to zwolennik znienawidzonego przez Erdoğana jego byłego sojusznika, żyjącego w USA tureckiego duchownego Fethullaha Gülena. Tyle tylko, że Gülen nie jest wrogiem Rosji, zaś zamachowiec jasno oznajmił, dokonawszy swej zbrodni, że to zemsta za Aleppo. Być może więc raczej islamista? Być może, zwłaszcza że, wykrzykując, wznosił, w geście uznania jedyności Boga, do góry dłoń z wyciągniętym palcem wskazującym.

Ale – jak pisały niezakneblowane wówczas tureckie media – islamiści wznoszą do góry prawą dłoń, nigdy lewą – nieczystą, a zamachowiec w prawej trzymał pistolet. A poza tym – pytały nadal gazety – jak to się stało, że dotarł z bronią za plecy ambasadora? I nie próbował uciekać po dokonaniu zamachu? I został zastrzelony, gdy nie stanowił już zagrożenia?

W sprawie zamachu na Reinę, nałożony przez sąd knebel uchroni tureckich czytelników – i turecki rząd – przed tego rodzaju nieodpowiedzialnymi dywagacjami.

Pytania jednak pozostają. Dlaczego, nawet jeśli amerykańskiego ostrzeżenia nie było, nie zwiększono środków bezpieczeństwa? Bal w Reinie był dość oczywistym celem, a pilnował go tylko jeden młody policjant, zaledwie od kilku miesięcy na służbie. Na to akurat pytanie łatwo odpowiedzieć: po nieudanym zamachu usunięto ze służby bądź aresztowano dziesiątki tysięcy policjantów i wojskowych; eksperci porównują to ze stalinowską czystką Armii Czerwonej w 1937 r. Powstałych w ten sposób gigantycznych braków kadrowych nie da się szybko wyrównać.



Stąd dziury w bezpieczeństwie na ulicach, a także marne rezultaty wojska pod el-Bab. Zarazem jednak państwo tureckie musi sprawiać wrażenie silnego i triumfującego, żeby zastraszyć przeciwników. Skoro jednak ISIS i Kurdowie, po latach wojny, są już na same wrażenia raczej nieczuli, oczekiwać można nasilenia represji wobec innych rzekomych wrogów, w tym dziesiątków tysięcy aresztowanych i ponad stu tysięcy zwolnionych z pracy domniemanych czy rzeczywistych gülenistów. – Nie wydzwaniaj już do mnie za każdym razem, jak tu coś wybuchnie – mówi mi Ayşe na pożegnanie – cholera wie, kto tego słucha. Zresztą w końcu znudzi ci się wydzwaniać co chwila – dodaje i odkłada słuchawkę.

Pod rękę z Rosją

Z militarnym zagrożeniem na czterech frontach – przeciw ISIS w Iraku i Syrii, i przeciw Kurdom w Syrii i samej Turcji – Ankara, zwłaszcza osłabiona czystkami, nie poradzi sobie sama. Na USA nie bardzo może liczyć: w Iraku armia turecka jest obecna wbrew woli rządu w Bagdadzie, i Amerykanie jedynie starają się zapobiec konfliktowi między nimi, w Syrii Kurdowie, których Turcja bombarduje, są najlepszymi sojusznikami USA.

Do niedawna Turcja deklarowała, że celem jej polityki w Syrii jest obalenie rządu Assada (dla Turcji Syria, jak Ukraina dla Rosji, to jedynie „bliska zagranica”). To jednak wplątało Ankarę w niemal bezpośredni konflikt z wspierającą Assada Moskwą, którego szczytowym momentem było zestrzelenie ponad rok temu rosyjskiego myśliwca. Rosja odpowiedziała sankcjami, które m.in. zdziesiątkowały rosyjską turystykę do Turcji, i wsparciem dla syryjskich Kurdów. Po niecałym roku Turcja musiała skapitulować.



Erdoğan przeprosił Moskwę, o zestrzelenie samolotu oskarżył, a jakże, gülenistów, o obaleniu Assada nie ma już mowy. Turcja i Rosja koordynują swą politykę w Syrii, coraz bardziej, oczywiście, na rosyjskich warunkach. Zamachy terrorystyczne popełniane przez bojowników ISIS pochodzących z Azji Środkowej, i z doświadczeniem bojowym nabytym w Syrii, zbliżyły oba kraje jeszcze bardziej; nawet zamach na ambasadora – o który w Moskwie oskarża się oczywiście NATO – nie zdołał ich rozdzielić. Coraz bardziej rozgoryczony postawą Zachodu (NATO nie pomaga w Syrii, negocjacje z UE ugrzęzły, unijna krytyka tureckiego zamordyzmu trwa) Erdoğan przebąkuje, że Turcja mogłaby przystąpić do Szanghajskiej Organizacji Współpracy, obok Rosji, Chin, i kilku państw Azji Środkowej.

Tyle tylko, że oznaczać by to musiało wystąpienie z NATO. To się dziś wydaje czystą fantazją – tak, jak w zeszłym roku Brexit czy wybór Trumpa. Do tej pory było ponadto oczywiste, że wszelkim takim rojeniom położyłaby kres armia turecka, nawet, jeśli trzeba by było, za cenę zamachu. Teraz jednak armia turecka jest – po nieudanym zamachu właśnie – pokonana, jej głos już się nie liczy. Liberalna Turcja, do której strzela ISIS, a którą Erdoğan pakuje do więzień, także milknie. Przez knebel źle się rozmawia.

Chciałem jeszcze o coś dopytać Ayşe. Dzwonię znowu, ale nie odbiera telefonu.

Dawid Warszawski (Konstanty Gebert) - ekspert i publicysta, założyciel i pierwszy dyrektor warszawskiego biura think tanku ECFR (European Council on Foreign Relations). W latach 70. współpracownik KOR, w latach 80. publicysta (ps. Dawid Warszawski) podziemnej „Solidarności”, sprawozdawca rozmów Okrągłego Stołu (książka „Mebel”). Wspierał Tadeusza Mazowieckiego jako specjalnego wysłannika ONZ do Bośni (1992-1993; książka „Obrona poczty sarajewskiej”). Jeden z głównych animatorów odrodzenia życia żydowskiego w Polsce (założyciel pisma „Midrasz”, 1997).

Specjalizuje się w tematyce bliskowschodniej, opisuje naruszanie praw człowieka w wielu miejscach świata. Dla OKO.press napisał kilkadziesiąt przenikliwych analiz o Turcji, Izraelu, polityce USA. Demaskował też politykę zagraniczną prezydenta Dudy, czy premiera Morawieckiego.


Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym