Europoseł PiS podzielił się przewidywaniami na temat przyszłości Polski w UE. Jego zdaniem w kolejnej perspektywie budżetowej Polska dostanie mniej pieniędzy od Brukseli, ale spieszy z tłumaczeniem, że to nie wina PiS. Rzeczywiście, Polska dostanie mniej, a PiS jeszcze obniży tę kwotę


Rośnie PKB w Polsce więc w nowym budżecie UE dostaniemy mniej pieniędzy. To efekt zamożności.

Ryszard Czarnecki, Rzecz o Polityce - 04/08/2017

Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta


Tylko częściowo. Wiele stracimy przez bezmyślną politykę zagraniczną PiS.


Żaden kraj członkowski nigdy nie wynegocjował i już nigdy nie wynegocjuje kwoty, którą Polska wywalczyła w dopłatach od Unii Europejskiej na lata 2014-2020. Rząd PO-PSL, jeszcze pod przewodnictwem Donalda Tuska, wynegocjował 82,5 mld euro. Po obecnym kursie to ponad 350 mld zł – niemal pół biliona, czyli więcej niż roczny budżet Polski i prawie jedna piąta krajowego PKB.

Polska wpłaci w tym czasie do Unii ok. 23 mld euro, co oznacza wciąż zawrotną kwotę ponad 60 mld euro netto.

Tylko w 2015 roku dostaliśmy z UE „na czysto” przeszło 9,5 mld euro. Po obecnym kursie to prawie 41 mld zł. A to dopiero początek, bo z każdym rokiem inwestycje z unijnych funduszy będą rosnąć.

W kolejnej perspektywie finansowej (2021-2027) nie możemy już liczyć na tyle pieniędzy. Nie wiadomo, o jaką kwotę fundusze dla Polski  zostaną obcięte ponieważ nie są jeszcze znane nawet ramowe założenia budżetu, ale z pewnością będzie to kwota znaczna.

Część strat faktycznie – tu Czarnecki ma rację – wyniknie z ogólnych zasad panujących w UE. Ale wiele funduszy będzie też do „wygrania”. A PiS już niemal dwa lata ciężko pracuje, by przegrać na tym polu wszystko, co jest do przegrania.

Straty nie do uniknięcia

Finansowanie zależy od zamożności państw członkowskich. System zbudowany jest tak, by to bogatsze kraje składały się na biedniejsze. To dlatego Niemcy, Francja czy Wielka Brytania dokładają do budżetu wspólnoty, a Polska, Słowacja czy Rumunia dostają z niego pieniądze. Wraz z Brexitem z Unii zniknie niebawem drugi największy płatnik, czyli Wielka Brytania. Wspólnota będzie musiała więc zacisnąć pasa. Dla przykładu – w 2015 roku Wielka Brytania wpłaciła do budżetu UE ok. 11,5 mld euro netto – stanowiło to wówczas ponad 8 proc. rocznego budżetu.

Poza tym zmieni się sytuacja Polski. Unijne pieniądze trafiają obecnie do krajów członkowskich w ramach pięciu głównych funduszy: Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego, Społeczny, Spójności, Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich oraz Morski i Rybacki.

Unia chce tu trochę „namieszać”.

Najwięcej dostajemy w ramach Funduszu Spójności, które dostają regiony w wysokości zależnej od stosunku ich zamożności do średniej Unijnej. Polska dynamicznie rozwija się od wstąpienia do Unii i zbliża się do jej średniej. Dlatego w kolejnym rozdaniu utracimy z tego tytułu prawo do części dofinansowania. Polska znajduje się teraz na poziomie ok. 70 proc. unijnej średniej (mierzonym w dochodzie narodowym brutto). Ale np. Mazowsze już ponad 75 proc. Do 2021 roku, gdy rozpocznie się nowa perspektywa budżetowa, według wszelkich przewidywań, różnica jeszcze się zmniejszy.

Straty, na które pracuje PiS

Komisja Europejska zamierza też nieco zmienić filozofię budżetową – tak, by zamiast dzielić środki między uboższe kraje „na sztywno”, „uwolnić” więcej pieniędzy, którymi operowałaby Komisja w miarę potrzeb UE. KE chce przeznaczyć pieniądze m.in. na wspólny fundusz obronny, rozwiązanie problemu wysokiego bezrobocia wśród młodych obywateli Unii, czy wydatki inwestycyjne. Najbardziej komisja chce jednak dofinansować w ten sposób programy dotyczące migracji – przede wszystkim zapewnić środki na rozwiązywanie kryzysu uchodźczego.

Nowe zasady podziału unijnych pieniędzy to wina przede wszystkim krajów wyszehradzkich, które robią wszystko, by nie wziąć na siebie ani odrobiny odpowiedzialności za rozwiązywanie kryzysu uchodźczego. Polska obok Węgier to główny hamulcowy tych starań.

W negocjacjach budżetowych, pod koniec tego roku (będą trwały kilka lat) wiele zależy od rozmów twarzą w twarz między polskimi a europejskimi urzędnikami. I tutaj polskie szanse są marne. Nasza dyplomacja, a także najważniejsi politycy PiS, specjalizują się w obrażaniu europejskich partnerów. Polska konsekwentnie ignorowała zalecenia Komisji Europejskiej w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, teraz robi to samo w sprawie sądów powszechnych. Spotkanie Trójkąta Weimarskiego konsekwentnie nie może dojść do skutku, co świadczy o stosunkach między Polską a dwoma głównymi rozgrywającymi UE – Francją i Niemcami. Oliwy do ognia polski rząd dolał na początku sierpnia 2017 roku, gdy chórem zaczął mówić o wojennych reparacjach, które rzekomo nadal są nam winni nasi zachodni sąsiedzi.

Niemcy nie pozostają nam dłużni.

Berlin zaproponował, by w następnej perspektywie finansowej uzależnić wypłacanie funduszy strukturalnych od przestrzegania wspólnotowych zasad (w tym zasad państwa prawa). To, jak duże poparcie będzie miał ten pomysł, zależy od sposobu jego sformułowania. Ale Niemcy, jako największy płatnik w UE, na pewno będą w stanie sporo wynegocjować.

Jeśli taki zapis trafi do ostatecznej wersji budżetu, Polska może otrzymać po 2021 roku jeszcze mniej.

A do tego kary

Poza cięciami budżetowymi Polskę mogą też spotkać sankcje.

Po pierwsze – Trybunał Sprawiedliwości UE wezwał polskie władze do zaprzestania wycinki Puszczy Białowieskiej. Niedostosowanie się do orzeczenia będzie oznaczało kary finansowe.

Komisja Europejska rozpoczęła przeciwko Polsce postępowanie w sprawie odmowy uczestnictwa w programie relokacji uchodźców z Włoch i Grecji. Jeśli sprawa nie zostanie załatwiona polubownie, na co wskazują wszystkie deklaracje polskiego rządu, sprawa również trafi do TSUE, który najprawdopodobniej także w tym przypadku zasądzi kary.

Trybunał może naliczać karę za każdy dzień niedostosowania się naszego kraju do wspólnotowych regulacji. To w obu przypadkach nawet 250 tys. euro za dzień zwłoki.

Podobny może być efekt przegłosowanej niedawno przez PiS ustawy o ustroju sądów powszechnych i Krajowej Szkole Sądownictwa.

Rachunek może też wzrosnąć jeśli KE doprowadzi do końca procedurę kontroli praworządności, która grozi zawieszeniem w prawach członka UE i również karami finansowymi.

Ryszard Czarnecki doskonale wie, że działania jego partii będą drogo Polskę kosztować. Dlatego przygotowuje wymówki i wskazuje winowajców już dziś.


Opłać abonament na wolność słowa


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym