Proponując zwiększenie pensum nawet do 24 godzin i przedstawiając dowody na niską wydajność pracy nauczycieli Szydło nie liczyła przecież, że związki przyjmą jej "pakiet". Chciała raczej wysłać sygnał do opinii publicznej: nauczyciele pracują mało i nie chcą więcej, nawet jak im dajemy 8 tys. Na czym polega "numer z pensum", czyli plan bezkosztowej podwyżki?

Tuż po wyjściu z piątkowych negocjacji 5 kwietnia 2019 wicepremier Beata Szydło przedstawiła dziennikarzom (zaskakując tym związkowców) wykres pokazujący istotę „Nowego paktu oświaty”. Pokazuje on wzrost płac nauczyciela dyplomowanego przy założeniu, że rosłoby jego pensum, czyli liczba godzin lekcyjnych (po 45 minut) przepracowanych przy tablicy, z obecnych 18 do 22-24 godzin. Przy pensum-24 zarobki brutto osiągnęłyby wg Szydło poziom 8100 zł w 2024 roku. Propozycja została przez związkowców potraktowana jako manipulacja, by odwrócić uwagę od żądania ZNP i FZZ dwóch podwyżek po 15 proc. od stycznia i września 2019 roku.

Odrzucenie „Nowego paktu oświaty” zostanie z pewnością propagandowo wykorzystane jako dowód, że nauczyciele są grupą roszczeniową, która pracuje mało i  nie chce pracować więcej. Odrzuca propozycję „więcej pieniędzy za więcej pracy”, woli strajkować – nawet kosztem dzieci i młodzieży – żeby dostać podwyżki „za nic”.

Nie wiadomo tylko, czy taki przekaz kogokolwiek przekona poza najbardziej wytrwałymi, wiernymi widzami „Wiadomości TVP”.

Pensum i godziny pracy

Warto wyjaśnić, jak to jest z pensum i na czym polega trik w propozycji rządowej.

Pensum obowiązkowe – 18 godzin tygodniowo

Obecnie obowiązkowe pensum wynosi, zgodnie z Kartą Nauczyciela, 18 godzin lekcyjnych. Oznacza to, że każdy nauczyciel/ka musi prowadzić w tygodniu 18 lekcji, co daje 13,5 godzin zegarowych. Jednocześnie nauczyciela obowiązuje 40-godzinny tydzień pracy.

Pensum-18 należy do najniższych na świecie, w UE mniej jest tylko w Bułgarii (12) i Chorwacji (12-14).   W Finlandii – 18, w Niemczech – 20, Hiszpanii – 25. To jednak nie znaczy, że polscy nauczyciele pracują tak mało.

Dodatkowo co najmniej cztery godziny lekcyjne

Karta Nauczyciela (art. 35) dopuszcza nadgodziny w wysokości do połowy pensum, czyli maksymalnie 27 godzin lekcyjnych  tygodniowo (18 x 1,5 = 27). Jak mówi OKO.press wysoki urzędnik MEN w czasach ministrowania Joanny Kluzik-Rostkowskiej (2013-2015), trudno znaleźć precyzyjne dane, ile średnio nadgodzin w tygodniu biorą w Polsce nauczyciele, ale może to być około 4-5 godzin lekcyjnych.

W dużych miastach, np. w Warszawie, nauczyciele wykorzystują często całe półtora pensum i prowadzą 27 lekcji, czyli pracują przy tablicy nieco ponad 20 godzin zegarowych w tygodniu.

Jak mówi OKO.press Dorota Łoboda, przewodnicząca komisji edukacji Rady Warszawy, nauczyciele przedmiotów ścisłych i języków, których najbardziej brakuje, wykorzystują w stolicy tyle, na ile prawo pozwala – półtora pensum.

W przypadku pani od nauczania początkowego, która prowadzi 20 godz. tygodniowo zajęć ze swoją klasą, takie uzupełnianie pensum jest trudniejsze.

W niektórych dużych miastach nauczyciele pomijają próg 1,5 pensum zatrudniając się w dwóch (lub więcej) szkołach, a nawet – za zgodą zdesperowanego dyrektora – biorąc zastępstwa za nauczyciela, którego de facto nie ma.

Jak wynika z badań OECD w 2013 roku, nauczyciele polskich gimnazjów pracowali przy tablicy średnio aż 18,6 godzin zegarowych w tygodniu, co oznacza prawie 25 lekcji po 45 minut. Przekraczali pensum o blisko 40 proc.

W tych samych badaniach okazało się, że średnia w OECD wynosi niewiele więcej, bo 19,6 godzin przy tablicy. Mniej niż w Polsce pracowali nauczyciele w Szwecji, Włoszech, czy Rumunii (po 17 godzin).

Trudno jednak powiedzieć, na ile wyniki z gimnazjów w 2013 roku są podobne do sytuacji w całym kraju sześć lat później, w czasie „deformy edukacji”.

Z pewnością mniej nadgodzin mogą uzbierać nauczyciele w małych miejscowościach, którzy z trudem „wyrabiają” czasem jedno pensum 18 godzin. „Nauczyciel obwoźny” z likwidowanych gimnazjów musi czasem ciułać godziny jeżdżąc po kilku podstawówkach.

Ile godzin pracują nauczyciele

Małe pensum nie oznacza, że polscy nauczyciele pracują mało. Ogromna, absurdalnie szczegółowa podstawa programowa, rozbudowany system prac domowych, kartkówek i sprawdzianów, obciążenia biurokratyczne itp. sprawiają, że nauczyciele i nauczycielki pracują – według często cytowanych badań Instytutu Badań Edukacyjnych (z 2013 roku) – średnio 47 godzin tygodniowo (wg Karty Nauczyciela – powinni 40 godz.).

  • Zobacz, na co poświęcają ten czas

    Co nauczyciel robi w pracy:

    • 75 proc. czasu nauczyciel poświęca na 5 stałych obowiązków tj. prowadzenie lekcji i innych zajęć oraz przygotowywanie się do nich, jak również sprawdzanie prac;
    • 6 proc. czasu pochłania prowadzenie dokumentacji przebiegu nauczania i pracy szkoły;
    • 4 proc. czasu to samokształcenie i doskonalenie zawodowe;
    • 1,3 proc. czasu zajmują spotkania z rodzicami;
    • 10,7 proc. czasu (prawie 5 godzin tygodniowo) nauczyciele wykonują „inne”, niesklasyfikowane w badaniu czynności.
    • Pozostały czas nauczyciel poświęca na kontakty z innymi nauczycielami, wycieczki, awans zawodowy.

Rzecz w tym, że w tych 47 godzinach jest praca przy tablicy w wymiarze większym niż pensum.

PiS chwalił się, że zmniejszył pensum do 18 godzin (a teraz podnosi)

We wrześniu 2016 roku MEN zlikwidował tzw. godziny karciane przeznaczone na dodatkowe zajęcia, dorzucone do pensum przez minister Katarzynę Hall (2007-2011), nieodpłatne zgodnie z logiką, że mieszczą się w 40-godzinnym tygodniu pracy. Była to jedna z obietnic wyborczych PiS, pod hasłem obrony 18-godzinnego pensum przed „wyzyskiem” przez rząd PO-PSL. W 2016 roku część nauczycieli dalej prowadziła jednak zajęcia nieodpłatnie.

„Obniżyliśmy pensum. Nie ma godzin karcianych – przypominała w czerwcu 2018 minister Anna Zalewska. – Mam nadzieję, że od września [2018] nikt nie podpisze żadnego oświadczenia, ono jest nielegalne.

Macie 18 godzin pensum, za wszystkie pozostałe kwestie powinniście mieć zapłacone”.

Teraz jednak rząd PiS uznał, że pensum należy podnieść, bo nauczyciele pracują za mało.

Na czym więc polega numer z pensum? Podwyżka raczej bezkosztowa

W „Nowym pakiecie oświaty” przezwanym jako „Szydło plus” rząd rzucił pomysł stopniowego podnoszenia pensum z 18 do 22-24 godzin. Oznacza to, że nowe pensum zrównałoby się zapewne z obecnym średnim – realnym, z nadgodzinami – obciążeniem nauczyciela.

Oznacza to, że propozycja rządu w skali kraju może nie zwiększyć liczby godzin realnej pracy nauczycieli. Tyle, że byliby płaceni nie z tytułu nadgodzin lecz powiększonego pensum.

Rzekoma podwyżka byłaby zatem pozorna – zmieniłby się tylko tytuł wynagrodzenia. Koszt nauczycielskiej pracy dla budżetu państwa byłby z grubsza taki sam.

Podwyżka pensum oznacza jednak dla aktywnych nauczycieli znaczne usztywnienie, bo teraz nauczyciel MOŻE pracować kilka godzin w tygodniu więcej, a w przypadku „Szydło+” by MUSIAŁ.

Ta statystyka może być ponadto krzywdząca dla niektórych grup nauczycieli, przede wszystkim w małych ośrodkach.

Zwłaszcza teraz, gdy „deforma edukacji” wprowadziła do szkół ogromny stres i dodatkowe nakłady czasowe  dla „nauczycieli obwoźnych”, którzy uczą takich przedmiotów jak biologia, fizyka, czy chemia. Jeśli już mają trudność z uzbieraniem pensum 18 godzin, mogą nie uzbierać 22 czy 23 godzin i stracą pracę.

Pensum 18 godzin stanowi ponadto nauczycielską zdobycz i jest chronione przez Kartę Nauczyciela, związkową Biblię. Dlatego zgłoszenie postulatu – zwłaszcza wobec zrewoltowanej grupy zawodowej – musiało zostać odebrane jako prowokacja. I nawet dla „Solidarności” to było nie do przyjęcia.

Za mało uczniów na nauczyciela?!

Szydło szukała kolejnych argumentów, by pokazać, że nauczyciele pracują mniej niż gdzie indziej w Europie i na świecie:

  • w latach 2006-2018 liczba nauczycieli wzrosła o 9 proc.;
  • ale liczba uczniów spadła o 16 proc.;
  • rozjazd ten będzie się pogłębiał, co widać we wszystkich danych demograficznych.

Szydło kontynuowała wyliczenia, powołała się na średnią liczbę uczniów, jaka przypada na jednego nauczyciela. W Polsce to 11 uczniów, średnia w OECD – 15 .

Ta liczba (nie należy jej mylić ze średnią wielkością „klasy”, czyli oddziału, która jest mniej więcej dwukrotnie większa) nie powinna być zmartwieniem ministra edukacji, bo daje szanse na lepszą opiekę nad dziećmi.

Więcej szkół i więcej klas w wyniku reformy

Poza tym liczba uczniów przypadających na nauczyciela rośnie ostatnio w wyniku „deformy edukacji”.

Wbrew obawom m.in. OKO.press, a tak jak zapowiadała minister Zalewska pracy dla nauczycieli w wyniku likwidacji gimnazjów przybyło. Wynika to z prostego faktu:

zamiast przechodzić do gimnazjów szóstoklasiści zostają o dwa lata dłużej w podstawówkach, gdzie klasy (fachowo – oddziały) są większe.

Według danych GUS w roku 2017/2018 średnia wielkość oddziału w podstawówce wynosiła niecałe 18 osób, a w gimnazjum 21. To oznacza, że ta sama liczba uczniów tworzy po reformie więcej oddziałów, co oznacza więcej pracy dla nauczycieli, czyli trzeba ich zatrudnić więcej. A więc liczba uczniów na nauczyciela spada.

Wraz z likwidacją gimnazjów przybywa też podstawówek. W roku 2017/2018 ich liczba w porównaniu z rokiem 2016/2017 wzrosła o 7,1 proc.

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym