„Obiecuje się wydatki, ale nie wskazuje się, z czego się je sfinansuje. Wprowadza się społeczeństwo w błąd i teraz trzeba ponieść tego konsekwencje. Niech ludzie w końcu zobaczą, że były to obietnice bez pokrycia, złożone tylko po to, by wygrać wybory” – mówi prof. Leokadia Oręziak z SGH. Rozmawiamy o projekcie zniesienia limitu 30-krotności składek ZUS

„Jeśli ktoś chce naprawdę poszukiwać sprawiedliwości w systemie emerytalnym, to system o zdefiniowanej składce, taki jak jest teraz, nigdy nie będzie sprawiedliwy. Naprawianie go w ten sposób nie doprowadzi do sprawiedliwości” – mówi prof. Oręziak.

Po wyborach PiS wrócił do pomysłu zniesienia limitu 30-krotności składek ZUS. Przedstawił projekt  jako projekt poselski, dzięki temu idzie on szybszą parlamentarną ścieżką i nie wymaga szerokich konsultacji.

Wg projektu od 2020 roku składka na ubezpieczenia emerytalne i rentowe ma być odprowadzana od całości przychodu. Obecnie składki u zatrudnionych na umowę o pracę płaci się do momentu osiągnięcia limitu 30-krotności prognozowanego na dany rok przeciętnego wynagrodzenia (w 2019 roku wynosi on 142,9 tys. zł). Limit ustanowiono m.in. po to, by zapobiec konieczności wypłacania najzamożniejszym bardzo wysokich emerytur w przyszłości. Teraz rząd PiS chce ten limit znieść. Szacuje, że przyniesie to 7,1 mld zł. dodatkowych wpływów do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Choć grupa pracowników, którzy bezpośrednio odczują zmianę, jest wąska – to zaledwie 2-3 proc. wszystkich pracujących – to projekt ma znaczące konsekwencje dla całości polskiego systemu emerytalnego. Rozmawiamy o nich z prof. Leokadią Oręziak*, kierowniczką Katedry Finansów Międzynarodowych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, autorką książki „OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce”.


Bartosz Kocejko, OKO.press: Rząd planuje likwidację limitu 30-krotności składek ZUS. Projektowi sprzeciwia się partia Jarosława Gowina, Lewica pracuje nad stanowiskiem – pojawiają się wypowiedzi o możliwym warunkowym poparciu. Czy likwidacja limitu to dobry pomysł?

Jestem przeciwna temu projektowi. Jest tutaj kilka przyczyn.

Pierwsza jest taka, że likwidacja limitu w istocie służy sfinansowaniu wydatków, które zostały obiecane przed wyborami – obiecane w sposób nieodpowiedzialny, ale wielu ludzi w to uwierzyło i stosownie do tego oddało swój głos. Poparcie dla takiego projektu to poparcie dla sposobu postępowania, który nie jest fair: obiecano wydatki ponad stan, a teraz gwałtownie poszukuje się na to jakichś środków.

Gdyby chciało się uczciwie wprowadzić te dodatkowe wydatki, w tym 13. emeryturę, trzeba było obywatelom wyraźnie powiedzieć, że to wymaga podniesienia podatków, albo obniżenia innych wydatków, albo zaciągnięcia dodatkowego długu publicznego. Ale tego nie zrobiono.

Obiecuje się wydatki, ale nie wskazuje się, z czego się je sfinansuje. Wprowadza się społeczeństwo w błąd i teraz trzeba ponieść tego konsekwencje. Niech ludzie w końcu zobaczą, że były to obietnice bez pokrycia, złożone tylko po to, by wygrać wybory.

Ten konkretny sposób, który miałby zostać zastosowany na pozyskanie dodatkowych miliardów – zniesienie limitu 30-krotności składek ZUS – wcale nie gwarantuje, że by je uzyskano. Istnieje bowiem wysokie prawdopodobieństwo, że jakaś część tych, którzy uzyskiwali te wyższe dochody, przeniesie się na samozatrudnienie.

Z możliwością płacenia niższego ZUS-u i opodatkowania liniowego.

Tak. I do budżetu może wcale nie trafić kwota oczekiwana przez autorów ustawy. Nie zostały przedstawione żadne szacunki, ile osób może przejść na samozatrudnienie w wyniku zniesienia tego limitu. Brak jest też analiz na temat innych możliwych reakcji zarówno pracowników i pracodawców na zniesienie limitu składek.

Druga sprawa to fakt, że nawet jeżeli na skutek zniesienia tej 30-krotności, byłyby wyższe wpływy do ZUS, to oznacza też, że w przyszłości trzeba byłoby wypłacać wyższe emerytury. Autorzy projektu ustawy powinni uczciwie przedstawić szacunki, o ile wyższe byłyby te emerytury, ile miałyby wynosić, jakie to mogłoby być dodatkowe obciążenie dla finansów publicznych. Oczywiście można to sobie wyobrazić, ale ja nie widziałam jeszcze oficjalnych szacunków, które mówiłyby, jak duży byłby to ciężar dla budżetu.

Można założyć, że świadomie nie przedstawia się tych szacunków, by uniknąć pokazania, jaki ciężar w postaci wyższych dopłat z budżetu do ZUS jest przesuwany na dalszą przyszłość.

Osobną sprawą jest to, jak w efekcie planowanego zniesienia limitu składek wyglądałyby różnice w emeryturach w przyszłości i czy byłyby społecznie akceptowalne. Bez rzetelnej informacji w tej sprawie nie jest możliwa właściwa ocena. Zmiana proponowana przez rząd nie stanowi żadnej reformy, nie zmienia charakteru systemu emerytalnego wprowadzonego w 1999 roku przez neoliberałów.

Jest to system o zdefiniowanej składce, w którym wysokość emerytury zależy od łącznej kwoty składek przekazanych do ZUS. Jest to system ze swej istoty niesprawiedliwy. Wprowadzono go po to, by obniżyć emerytury o ponad połowę i otworzyć w ten sposób pole dla emerytur z rynku finansowego (OFE, PPK, IKE itp.). Stosowanie limitu 30-krotności miało na celu ograniczenie nierówności w poziomie emerytur, miało więc na celu nieco złagodzić antyspołeczny wymiar tego systemu.

Politycy Lewicy mówią, że być może jest to projekt do poparcia pod warunkiem wprowadzenia limitu wysokości emerytury.

To rozwiązanie miałoby jakąś logikę, ale z punktu widzenia prawnego może być nie do przeprowadzenia. Można natknąć się na zarzut niekonstytucyjności. Takie rzeczy powinny być regulowane poprzez podatki.

Pojawia się argument o niesprawiedliwości obciążeń składkowych. Mam przed sobą wykres opublikowany niedawno przez Ministerstwo Finansów. Pokazuje obciążenia podatkowo-składkowe pracowników o różnych dochodach w 2016 roku. Widać, że powyżej ok. 120 tys. dochodu rocznie obciążenia drastycznie maleją – właśnie przez limit. Mamy więc pracownicę, która zarabia minimalną krajową i ona ma wysokie obciążenia i pracownika, który zarabia np. 20 tys. miesięcznie i on ma niskie obciążenia. Jest coś nie fair w tym systemie.

Tak to by wyglądało na pierwszy rzut oka, ale powinniśmy rozważyć wspomnianą już rzecz. Bardzo wiele osób, które po likwidacji limitu musiałyby płacić wysokie składki, nie będzie czekać, tylko podejmie rozwiązania optymalizujące. Przede wszystkim – przejdzie na samozatrudnienie.

Jeszcze bardziej zwiększy się więc różnica w obciążeniu między większością osób pracujących na etatach, a tymi, którzy prowadzą działalność i płacą zarówno niskie składki, jak i podatek dochodowy. Do tego prowadzi ten projekt przy obecnym stanie prawnym.

Jeśli ktoś chce naprawdę poszukiwać sprawiedliwości w systemie emerytalnym, to system o zdefiniowanej składce, taki jak jest teraz, nigdy nie będzie sprawiedliwy. Naprawianie go w ten sposób nie doprowadzi do sprawiedliwości.

A jak do niej doprowadzić?

Wiele osób może myśleć, że Polska jest w punkcie bez odwrotu i jest już na zawsze skazana na neoliberalny system stworzony w 1999 roku, w którym większość emerytur będzie bardzo niska, wiele osób nawet nie wypracuje emerytury minimalnej, a rządzący będą dalej wymuszać emerytury mające pochodzić ze spekulacji giełdowych.

Powstaje więc pytanie, czy da się wrócić do systemu, który jest stosowany w praktycznie wszystkich państwach wysokorozwiniętych, czyli systemu solidarnościowego opartego o zdefiniowane świadczenie. Czyli do tego, od czego odeszliśmy w 1999 roku.

Takiej debaty w Polsce się nie podejmuje m.in. dlatego, że naruszyłoby to interesy grup politycznych związanych z instytucjami finansowymi, zainteresowanymi, by sprzedać jak najwięcej tzw. produktów emerytalnych. Niskie emerytury z ZUS są więc dla nich na rękę.

Czym się różni system zdefiniowanego świadczenia od systemu zdefiniowanej składki?

W starym systemie wysokość emerytury nie była uzależniona od kwoty wpłaconych składek, ale od liczby lat składkowych i nieskładkowych, od poziomu wynagrodzenia i od pewnych ogólnych parametrów i czynników decydujących łącznie o solidarnościowym charakterze emerytury. W systemie obowiązującym od 1999 roku emerytury są uzależnione tylko od przekazanych do ZUS składek. Składki, które są zapisywane w ZUS i waloryzowane w międzyczasie – łącznie tworzą sumę, którą w momencie przejścia na emeryturę jest dzielona przez podawaną przez GUS liczbę miesięcy stanowiącą przeciętne dalsze trwanie życia w momencie przejścia na emeryturę. Tak wyliczana jest miesięczna emerytura.

W tym systemie nie ma elementów solidarnościowych, może z wyjątkiem emerytury minimalnej możliwej do uzyskania po osiągnięciu wymaganego stażu pracy.

W systemie, który obowiązywał poprzednio i który występuje  niemal we wszystkich państwach rozwiniętych, nie stosuje się zasady zdefiniowanej składki, tylko zasadę zdefiniowanego świadczenia. Tam podstawą jest społeczny konsensus co do tego, jaki powinien być poziom emerytury i do tego dostosowywane są parametry systemu emerytalnego. Oczywiście nie jest bez znaczenia, kto ile pracował i ile zarabiał.

Jak wskazałam wcześniej, system zdefiniowanej składki, który obowiązuje w Polsce od 1999 roku, został wprowadzony po to, by drastycznie obniżyć emerytury. Był to wyrafinowany sposób na obniżkę emerytur, pozwolił uniknąć masowych protestów społecznych, bo ludzie dopiero po latach zobaczyli, na czym on polega.

Obecnego systemu nie da się korygować tak, aby był bardziej sprawiedliwy?

Można szukać jakiejś sprawiedliwości nawet i w tym systemie, ale to nie rozwiązuje podstawowego problemu.

Niskie emerytury próbuje się łatać takimi systemami jak OFE czy PPK, co jest ogromnym marnotrawstwem pieniędzy publicznych i pieniędzy pracowników. Nie rozwiązuje to żadnych problemów systemu emerytalnego, a pochłania gigantyczne środki. Projekt zniesienia 30-krotności wpisuje się w tę samą logikę – niczego tak naprawdę nie naprawia.

Jest to po prostu desperackie poszukiwanie środków na sfinansowanie obiecanych wydatków. Obywatele byli przed wyborami zapewniani, że w budżecie w ogóle nie ma deficytu. Tymczasem, poza niedostatkiem środków na już zaplanowane wydatki budżetowe na 2020 roku, pokazanie prawdziwego stanu finansów publicznych wymagałoby uwzględnienia też m.in. ogromnego zadłużenia szpitali oraz  niedofinansowania samorządów, w tym szkół i przedszkoli, wynikłego z przeprowadzonych niedawno zmian w podatkach.

Martwimy się o różnice w emeryturach w przyszłości, tymczasem już prawie 230 tys. osób dostaje emeryturę niższą od minimalnej. W 2025 roku osób otrzymujących świadczenie niższe od minimalnego ma być ok. pół miliona.

Obowiązujący obecny system emerytalny został świadomie tak ukształtowany w 1999 roku przez polskich neoliberałów. Sam się taki nie stał. Był wyrazem filozofii uznającej, że rynek jest w stanie lepiej zapewnić  emerytury niż publiczny system zabezpieczenia społecznego. Dzisiaj też nie brak partii politycznych zwalczających ten system i propagujących emerytury rynkowe, mimo że nie są one w stanie zapewnić żadnego bezpieczeństwa finansowego na starość.

W systemie zdefiniowanego świadczenia nie byłoby głodowych emerytur?

System emerytalny to jest decyzja społeczna i polityczna o tym, jak dzielimy dochód narodowy między tych co pracują, a tych co pracować nie mogą, w tym emerytów. W systemie zdefiniowanego świadczenia tak konstruuje się jego parametry, żeby ludziom zapewnić akceptowalne emerytury.

Wiadomo, że w obecnych warunkach demograficznych nie dałoby się utrzymać stopy zastąpienia (emerytury do ostatniego wynagrodzenia – przyp. red.) rzędu 70 proc., jak to było w starym systemie, ale nie musiałaby ona wynosić mniej niż 30 proc., jak wynika z systemu funkcjonującego od 1999 roku.

Uderzające jest to, że Polska jest jednym z nielicznych państw Europy i świata, gdzie ten antyspołeczny system został wprowadzony. Decyzja o zniesieniu limitu składek nie jest w stanie go naprawić. Zmiany w systemie emerytalnym dotyczą wszystkich obywateli, wymagają czasu i poważnej debaty, w oparciu o rzetelne badania i analizy dotyczące przyczyn i skutków tych zmian. Nic takiego nie ma miejsca w przypadku projektu ustawy dotyczącej zniesienia limitu 30-krotności. W tej sytuacji nie dziwi brak poparcia dla proponowanych zmian.

*Prof. Leokadia Oręziak jest kierowniczką Katedry Finansów Międzynarodowych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. W latach 2014-2015 była członkinią Prezydenckiej Komisji Doradczej ds. Systemu Emerytalnego w Chile (Comisión Asesora Presidencial sobre el Sistiema de Pensiones), powołanej przez prezydent Chile Michelle Bachelet. Opracowana przez nią koncepcja przywrócenia w Chile publicznego solidarnościowego systemu emerytalnego jest jedną z trzech głównych koncepcji reformy tego systemu opublikowanych w raporcie Komisji we wrześniu 2015 roku. (http://comision-pensiones.cl/report.html)

Jej książka „OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce” uzyskała w 2014 roku pierwsze miejsce w konkursie Economicus na najlepszą książkę szerzącą wiedzę ekonomiczną.

Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi.
Razem tworzymy OKO.press!

Redaktor i dziennikarz OKO.press. Tłumacz literatury. Pisze o pracy, podatkach i polityce społecznej.


Komentarze

  1. Andrzej Maciejewicz

    Funkcjonujący w Polsce system emerytalny został importowanych z Chile, gdzie obecnie z jego powodu leje się krew. Jest z gruntu aspołeczny co już widać i w Polsce. Uważam, że generalna reforma systemu emerytalnego powinna być, obok naprawy służby zdrowia, priorytetem Senatu. Na Sejm nie ma co liczyć. Spór w sprawie 30-to krotnosci lub niekonstytucyjne propozycje lewicy to kolejne mącenie i ględzenie bez naprawy sytuacji.

    • Artur Muszyński

      W Chile poziom składki emerytalnej jest dwukrotnie niższy niż w PL, także średni okres odprowadzania składki stanowi połowę tego co u nas, dużo więcej jest tam szarej strefy i słabsza jest gospodarka. Jak przy takich parametrach zapewnić odpowiednią wysokość emerytur?

  2. Andrzej Maciejewicz

    Nie krytykuję polskiego systemu emerytalnego dla przyjemności. Zastrzegam, że nie znam szczegułów algorytmu, którym posługuje się ZUS przy ustalaniu emerytur. Nie mam też dostępu do wszystkich danych statystycznych i ekonomicznych. Mimo to zachęcam do przeczytania całości.
    – Jak długo trzeba pracować a emeryturę?
    składka emerytalna pracownika + pracodawcy wynosi 19,52 % podstawy (wynagrodzenia netto).
    na jeden m-c emerytury trzeba pracować 100:19,52=5,1 m-ca,
    średnia długosc życia wynosi dla kobiet 81,8 lat, dla mężczyzn 74 lata
    wiek emerytalny dla kobiet 60 lat, dla mężczyzn 65 lat
    progozowany okres życia na emeryturze wynosi dla kobiet 81,8-60=21,8 lat tj 261 m-cy, dla mężczyzn 74-65=9 lat tj 108 m-cy
    Na powyższe okresy dożycia, na każdy miesiac rozdzielane są zgromadzone w funduszu emerytalnym pieniądze z uwzględnieniem różnych kosztów i potrąceń. Aby uzyskać emeryturę w wysokości 100% ostatniego wynagrodzenia kobieta powinna pracować 261*5=1305 m-cy tj 108 lat, mężczyzna 540 m-cy tj 45 lat. Aby uzyskać 50% odpowiednio 54 i 22 lata. Dlatego też ZUS zaczyna ostrzegać, że stopień zastąpienia będzie w pobliżu 30%. Zwracam uwagę, że najczęściej występujące w gospodarce wynagrodzenie (dominanta) wynosi ca 1800 zł, minimalne będzie 2600 zł. Jak więc może być w rzeczywistości?
    A no nie ma na co liczyć. Ze składek Kowalskiego potracane są koszty ZUS, dopłaty do emerytur grup uprzywilejowanych (górnicy, księża, sędziowie itp). Kwoty owiane tajemnicą. Poza tym nikt nie zarabia przez całe życie ostatniego wynagrodzenia. Dlatego też, moim zdaniem, długo jeszcze będą dominować emerytury z 30% współczynnikiem zastąpienia. Przy czym sytuacja kobiet będzie wymagać działań nadzwyczajnych.
    Nawet przy odrzuceniu systemu chilijskiego będziemy długo czekać na poprawę, bo systemy emerytalne bazują w swoich algorytmach na średnich z wieloleci.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press