Prawa autorskie: AFPAFP
18 września 2022

Szczyt w Samarkandzie. Putin pojechał po prośbie. I dostał prztyczka w nos, także od Chin

Putin usiłował ze szczytu uczynić antyzachodnią manifestację solidarności państw, które nie zgadzają się na amerykańsko-europejski dyktat. W rzeczywistości Rosja na tym szczycie była słabiutkim petentem, a Chiny po raz kolejny pokazały, że to one są głównym rozgrywającym

W piątek 16 września 2022 skończył się w Samarkandzie szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Jak żaden poprzedni, ten przyciągnął uwagę całego świata. Wszystko dlatego, że w jego ramach odbyło się pierwsze od początku rosyjskiej agresji na Ukrainę spotkanie przywódców Chin i Rosji.

Od razu mogę zdradzić, że nie przyniosło przełomu. Putin usiłował ze szczytu uczynić wielką antyzachodnią manifestację solidarności. Celem rosyjskiej propagandy było udowodnić, że Rosja wcale nie jest izolowana na arenie światowej, że ma wpływowych, a nawet potężnych przyjaciół i sojuszników i że nikt poza krajami Zachodu nie ma jej za złe napaści na Ukrainę.

W rzeczywistości Rosja na tym szczycie była słabiutkim petentem, a Chiny, po raz kolejny pokazały, że to one są głównym rozgrywającym, nie tylko w regionie, ale i na świecie.

Kazachski prztyczek w nos

Jeszcze zanim doszło do spotkania Xi Jinpinga z Putinem, przed samym szczytem chiński przywódca odwiedził Kazachstan, który też jest członkiem Szanghajskiej Organizacji Współpracy i z którego prezydentem i tak by się spotkał w czasie szczytu, w uzbeckiej Samarkandzie.

Już samo to, że akurat Kasym-Żomart Tokajew był pierwszym zagranicznym przywódcą, którego Chińczyk zobaczył po długiej, spowodowanej pandemią, przerwie w swoich wyjazdach zagranicznych, można uznać za prztyczek w Putinowski nos.

Kazachstan jest największym i najbogatszym krajem Azji Środkowej. Jest też tym krajem w regionie, który najbardziej jawnie wyraża swój sceptycyzm wobec działań Kremla w stosunku do Ukrainy.

Nie dość, że na samym początku wojny zezwolono kazachskim obywatelom zorganizować kilkutysięczną demonstrację poparcia dla Ukrainy, że pomoc dla tego kraju, zbieraną co prawda przez prywatne NGO’sy, woziły najpierw rządowe kazachskie samoloty, a potem także związana z państwem Air Astana, że Tokajew rozmawiał kilka razy przez telefon z prezydentem Zełenskim, to jeszcze w czerwcu, w Petersburgu, otwarcie powiedział, że Kazachstan nigdy nie uzna Republik Ludowych - Donieckiej i Ługańskiej.

Oficjalnie Kazachstan jest sojusznikiem Rosji. Nieoficjalnie kazachscy politycy i także zwykli kazachscy obywatele boją się, że to właśnie ich kraj mógłby podzielić los Ukrainy.

Wszak w ciągu ostatnich 30 lat na temat ich państwowości różni prokremlowscy politycy i publicyści wypowiadali się tak samo kpiąco jak o suwerenności Ukrainy. Podobnie jak w przypadku Ukrainy, mówiono o podarkach terytorialnych dla Kazachstanu od Rosji oraz wspominano, że Rosja musi bronić rosyjskojęzycznej ludności Kazachstanu.

Putin w defensywie

Z tych wszystkich powodów Xi Jinping deklarujący, że „Niezależnie od zmian międzynarodowej koniunktury, Chiny będą stanowczo wspierać Kazachstan w obronie jego niepodległości, suwerenności i integralności terytorialnej” oraz zapewniający swojego kazachskiego partnera, że „Chiny kategorycznie sprzeciwią się jakimkolwiek próbom zewnętrznych ingerencji w wewnętrzne sprawy Kazachstanu” był bardzo wymowny. Na Kremlu na pewno nie byli tymi deklaracjami zachwyceni.

Putin jednak przełknął żabę i przyjechał na szczyt, przymilny i grzeczny jak nigdy dotąd. Wspólne wystąpienie z Xi Jinpingiem zaczął od tego, że Rosja nie uznaje Tajwanu i potępia amerykańskie prowokacje (chodziło oczywiście o sierpniową wizytę Nancy Pelosi na wyspie).

Jak zauważył w wywiadzie dla BBC ekspert Carnegie Endowment for International Peace, uzbecki analityk Temur Umarow, XI Jinping nie zrewanżował się Putinowi tym samym. W Samarkandzie nie powiedział nawet tego, co wcześniej mówili niżsi rangą chińscy urzędnicy, czyli nie potępił budowy jednobiegunowego świata (w domyśle - zdominowanego przez USA), nie okazał zrozumienia dla niepokoju Rosji w związku z perspektywą rozszerzenia NATO.

W rozmowie w cztery oczy musiał mieć do Putina sporo uwag i pretensji, skoro Putin powiedział mediom:

„Bardzo wysoko cenimy sobie stosunek Chin do ukraińskiego konfliktu i rozumiemy chińskie wątpliwości i pytania”. Zapewnił, że postara się wszystko wyjaśnić.

Xi Jinping nie dał się też wciągnąć we wspólne z Rosjanami narzekanie na Zachód. Podobnie zresztą zareagowały pozostałe państwa członkowie Organizacji: Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Uzbekistan oraz Indie i Pakistan.

Żadnemu z tych państw nie jest na rękę całkowita dominacja Zachodu na świecie, ale wszystkie mają z tym Zachodem rozliczne powiązania i zachowywanie z nim poprawnych stosunków leży w ich głęboko pojętym interesie. Kraje Zachodu są dla nich często ważniejszymi partnerami handlowymi niż Rosja, której gospodarka, co warto przypomnieć, stanowi tylko 2 procent gospodarki światowej.

Gospodarz, prezydent Uzbekistanu Szawkat Mirzijojew, powiedział w czasie szczytu, że Szanghajska Organizacja Współpracy nie została stworzona jako przeciwwaga dla Zachodu, co było ewidentną odpowiedzią na wcześniejsze pohukiwania Putina.

Zastrzeżenia wobec działań Rosji w Ukrainie wyraził też premier Indii Narendra Modi. Powiedział, że „dzisiejsze czasy nie są czasami wojen” i przypomniała Putinowi, że już w czasie rozmowy telefonicznej z nim zwracał uwagę na to, że „demokracja, dyplomacja i dialog mają znaczenie we współczesnym świecie”.

I tym razem Putin położył uszy po sobie i grzecznie zapewnił swojego indyjskiego rozmówcę:

„Znam pański stosunek do konfliktu w Ukrainie, pańskie obawy, o których pan ciągle wspomina i zrobimy wszystko, żeby położyć im kres, jak najszybciej się da”.

Także prezydent Turcji, która nie jest członkiem SZOW, ale ma status tzw. Partnera w dialogu, który uczestniczył w szczycie, przed rozmową z Putinem wezwał do jak najszybszego zakończenia wojny w Ukrainie drogą dyplomatyczną.

Chiny tylko czekają, by zająć miejsce po Rosji

Wszyscy obecni na szczycie widzieli i wiedzieli, że Putin przyjechał tam po prośbie. To on był tym, któremu bardziej zależy.

Rosja po nałożeniu na nią zachodnich sankcji i straciwszy, przynajmniej częściowo, zachodnie rynki zbytu dla swoich surowców, twierdzi ustami swoich polityków i propagandzistów, że to żaden problem. Przecież ma taki kochający ją Wschód, który tylko czeka, by z nią handlować i kolaborować.

Prawda jest nieco inna. Indie, owszem, kupują teraz rosyjską ropę przywożoną tankowcami, ale kupują ją o 20-30 procent taniej niż robiła to Europa. Z gazem jest jeszcze trudniej. Jak poinformowała Anastasja Stogniej, mieszkająca obecnie w Rydze niezależna ekspertka do spraw energetyki, Gazprom trzykrotnie ograniczył wydobycie gazu, bo po prostu nie ma go komu sprzedać.

Słynne rurociągi do Chin, którymi, jak twierdzi Kreml, lada chwila ma popłynąć paliwo, zdaniem ekspertki to na razie kremlowskie wishful thinking. Na razie są w sferze luźnych projektów.

W normalnych czasach budowa takiego rurociągu zajmuje co najmniej trzy lata. Obecnie, kiedy na większość towarów i technologii potrzebnych do ich konstrukcji, Rosja ma nałożone sankcje, proces ten mógłby się jeszcze wydłużyć.

Rosja słabnie z powodu wojny, jaką toczy w Ukrainie i jej konsekwencji w postaci nałożonych sankcji, i będzie słabła jeszcze bardziej. Chiny doskonale o tym wiedzą. Dlatego nie zamierzają jej w niczym ustępować, za to skrupulatnie wejdą na jej miejsce. W miejscach, z których Rosja się wycofa, natychmiast pojawi się Pekin.

Już teraz Chiny są znacznie silniejsze w regionie niż Rosja. To one trzymają rządy państw Azji Środkowej u siebie w kieszeni. Są głównym dostarczycielem kredytów i inwestycji we wszystkich pięciu poradzieckich republikach. Za chińskie pieniądze i przy użyciu chińskich technologii buduje się tam drogi, linie kolejowe (budowę kolejnej właśnie uzgodnili się w Samarkandzie przywódcy Chin, Kirgistanu i Uzbekistanu) i rurociągi.

Partnerzy w dialogu, ale w konflikcie

Szanghajska Organizacja Współpracy ma niewiele wspólnego z partnerskim sojuszem. Uczestniczące w niej kraje rozdzierane są przez wzajemne konflikty. Kiedy przywódcy obradowali w Samarkandzie, trwały regularne walki na granicy kirgisko-tadżyckiej, gdzie od ponad roku ciągnie się zaostrzony konflikt o drogi dojazdowe, ujęcia wody i pastwiska.

Skonfliktowanych jest również dwóch najnowszych członków: Indie i Pakistan.

Zgody nie ma też pomiędzy Partnerami w dialogu. Taki status ma zarówno Azerbejdżan jak i Armenia. Z powodu wznowionej kilka dni temu wojny między tymi krajami, przywódca Armenii nawet nie przyjechał do Samarkandy.

Jednym z obserwatorów organizacji jest Afganistan rządzony przez nieuznawany przez żadne państwo fundamentalistyczny reżim. Jest to dla SZOW niemałym kłopotem. Większość państw w regonie z talibami współpracuje, ale na przykład Tadżykistan okazuje mu jawną wrogość.

Z powodu tych wszystkich niesnasek i dysproporcji SZOW przez lata był raczej instrumentem do równoważenia w regionie wzajemnych wpływów Rosji i Chin. Ostatnio jednak coraz wyraźniej widać, że Moskwa i Pekin nie są na tym obszarze równorzędnymi partnerami.

Chiny zachowują pozory, nie chcą Rosji upokarzać ani drażnić, choć mogłyby, ale to nie w ich stylu.

Wolą spokojnie poczekać aż Rosja biedzie wytracała resztki swoich wpływów i wchodzić na jej miejsce. Widać to na każdym kroku. Chiny mają już tajną bazę wojskową na tadżyckim Pamirze, wydobywają strategiczne surowce w każdym z państw regionu.

O tym, że szczyt zdominowały interesy chińskie może też świadczyć treść przyjętej po nim deklaracji końcowej. Ważne w niej miejsce zajmuje stwierdzenie, że państwa członkowskie szanują swoją suwerenność, niepodległość i integralność terytorialną, oraz że nie będą mieszać się w sprawy wewnętrzne partnerów.

W deklaracji znalazło się też zapewnienie, że nie jest ona wymierzona przeciwko żadnym innym państwom trzecim ani organizacjom. Członkowie wyrazili niepokój w związku z zagrożeniem terroryzmem, separatyzmem i ekstremizmem, co jest wyraźnym daniem zielonego światła dla antyujgurskiej kampanii, jaką Chiny prowadzą u siebie, a także na terenie innych państw członkowskich (na przykład wymuszając ekstradycje),

Jeśli posłużyć się ulubioną metaforą chińskiego smoka i rosyjskiego tygrysa, to obecnie sytuacja wygląda tak, że smok nie udusił jeszcze tygrysa, a tylko utkwił w nim swój przeszywający wzrok i czeka aż tygrys wykrwawi się sam.

Udostępnij:

Ludwika Włodek

Dziennikarka, socjolożka, adiunktka w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, autorka zbioru reportaży z Azji Środkowej „Wystarczy przejść przez rzekę"

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne