30 kwietnia 2021

Te straszne warianty: czy trzeba się bać podróży do Brazylii i Afryki i czy grozi nam czwarta fala?

Jeśli dobrze pójdzie, większość dorosłych mieszkańców Polski do sierpnia będzie zaszczepionych przynajmniej jedną dawką. Tymczasem niepokoją informacje o nowych wariantach koronawirusa, zmniejszających skuteczność szczepionek i powodujących ponowne zakażenia. Czy słusznie się boimy?

Bardzo już zmęczeni trwającą od ponad roku epidemią zaczęliśmy widzieć światełko w tunelu, bo opracowano i wyprodukowano – w piorunującym tempie – skuteczne szczepionki przeciwko COVID-19. W analizach przeprowadzonych już szczepień mają one 90 proc. efektywności (tego terminu używa się w stosunku do preparatów sprawdzanych w „prawdziwym życiu", w badaniach klinicznych bada się skuteczność), a w przypadku AstryZeneki po pierwszej dawce to nawet 94 proc.

W dodatku należymy do tych szczęśliwych i bogatych krajów, które te szczepionki dostają w pierwszej kolejności. Ale w tym samym czasie, kiedy ludzie pracowali nad szczepionkami, wirus mutował, żeby zapewnić sobie przetrwanie i ominąć pułapki zastawiane przez bariery immunologiczne organizmu. Światełko w tunelu przyćmiły więc szybko płynące ze świata wiadomości o nowych wariantach SARS-CoV-2. Pojawiają się głosy, żeby radykalnie odciąć się od krajów, w których takie mutacje występują: zakazać lotów, wprowadzić rygorystyczne testowanie i kontrolę na granicach.

Wiele krajów zresztą tak robi: nie tylko Australia i Nowa Zelandia, które zamknęły się na świat zewnętrzny i mają bardzo niską transmisję wirusa. Przed wjazdem do Anglii trzeba zabukować sobie dwa testy na SARS-CoV-2, które zostaną wykonane na kwarantannie po przylocie. 10-dniową kwarantannę spędza się w docelowym miejscu pobytu lub w hotelu. Mieszkańcy Wielkiej Brytanii nie mogą w ogóle jeździć na zagraniczne wakacje – mimo że już prawie połowa z nich została zaszczepiona co najmniej jedną dawką szczepionki. A kiedy pojawiły się tam „obce" warianty, jak południowoafrykański, władze tropiły je za pomocą wzmożonych testów miejscowej populacji – tak było np. w Londynie.

Wyspy Brytyjskie, jak sama nazwa wskazuje, są w sposób naturalny oddzielone od świata zewnętrznego. Ale zakaz lotów z Indii, gdzie teraz rozprzestrzenia się nowy potencjalnie groźny wariant, wprowadziły m.in. Kanada i Włochy.

Polski rząd – już krytykowany za to, że nie zakazał lotów z Wielkiej Brytanii przed Bożym Narodzeniem, żeby tamtejsi Polacy mogli dotrzeć na święta do rodziny, i teraz nie śpieszy się do barykadowania Polski.

OKO.press przygląda się wariantom SARS-CoV-2, o których jest najgłośniej, których część opinii publicznej bardzo się boi, i które stały się politycznym orężem opozycji, domagającej się działań na rzecz „obrony przed wariantami".

View post on Twitter

Wszystkie wykazują ważne mutacje w obrębie białka szczytowego koronawirusa SARS-CoV-2 (białka S), które jest kluczowe dla mechanizmu dostawania się patogenu do organizmu człowieka i dlatego mogą być potencjalnie niebezpieczne.

B.1.1.7 – alfa

Najpierw pojawił się (w mediach, bo naukowcy nowe warianty koronawirusa śledzą od wybuchu epidemii) i skolonizował Europę tzw. wariant brytyjski B.1.1.7, który już i w Polsce stanowi zdecydowaną większość przypadków. Jest bardziej zaraźliwy (według różnych badań o 52-75 proc.) i według pierwszych analiz również bardziej śmiertelny. Zdominował już całą Europę, a w Polsce borykamy się właśnie z falą głównie przez niego wywołaną.

Na szczęście wszystko wskazuje na to, że wysoko skuteczne w jego przypadku są stosowane już szczepionki, a także nie zwiększa znacząco ryzyka ponownego zachorowania.

Według najnowszej analizy Public Health England już jedna dawka szczepionki Pfizera/BioNTechu lub AstryZeneki zmniejsza o połowę ryzyko roznoszenia zakażenia w gospodarstwach domowych.

We wcześniejszym raporcie Public Health England na temat trwającego tam od grudnia 2020 roku programu szczepień (bardziej zaawansowanego niż w Polsce, prawie 50 proc. mieszkańców dostało tam już co najmniej jedną dawkę) szacują, że pozwoliło to uratować życie co najmniej 10 400 osób. Analitycy „Financial Times" sprawdzili z kolei, jak szczepionki radzą sobie nie tylko we Wielkiej Brytanii, ale również w USA i Francji, gdzie także dominuje B.1.1.7, a program szczepień jest zaawansowany. Wniosek: jest dobrze, spadają zakażenia, hospitalizacje i zgony – choć wolniej niż w Wielkiej Brytanii, która zdążyła szybciej zaszczepić więcej ludzi.

nowe przypadki koronawirusa w Wielkiej Brytanii

P1: gamma

Gorzej wygląda sytuacja w przypadku wariantu „brazylijskiego" P1, który wywołał masywną falę zakażeń właśnie w Brazylii, a teraz zaatakował Kanadę. Według wstępnych analiz wariant brazylijski jest jeszcze bardziej zaraźliwy niż brytyjski (1,4-2,2 raza) i bardziej śmiertelny (od 10 do 80 proc.)

W Brazylii, która już przeszła przez dwie duże fale epidemii, wywołał ogromną falę: liczba zgonów na milion mieszkańców była pięć razy większa niż podczas zeszłorocznej pierwszej fali – a i tak mówimy tylko o zgonach, w przypadku których udało się potwierdzić zakażenie.

zgony w Brazylii

P1 kolonizuje Amerykę Południową. W stolicy Peru Limie to już 40 proc. przypadków, w Urugwaju 30 proc. Wstępne wyniki badań wskazują jednak na to, że dostępne szczepionki sobie z nim poradzą.

W badaniu laboratoryjnym szczepionka Pfizer/BioNTech wykazała w przypadku wariantów brytyjskiego i brazyliskiego „mniej więcej równoważny" poziom neutralizacji jak przy pierwotnym wirusie z Chin. Na sprawdzenie, czy tak samo dobrze szczepionka działa na prawdziwych ludzi zakażonych P1, jeszcze czekamy, choć najprawdopodobniej radzi sobie z tym wariantem chiński Sinovac – duże badanie z Chile pokazało, że zapobiega z 67-procentową skutecznością zachorowaniu na COVID-19, a w przypadku hospitalizacji i zgonów skuteczność przewyższa 80 proc. (choć z powodu skąpego sekwencjowania, jak dużo jest P1 w tym kraju).

Szczególny niepokój wzbudziła możliwość reinfekcji w przypadku wariantu brazylijskiego, a zwłaszcza przypadek Manaus, w którym po pierwszej tragicznej fali przeciwciała anty SARS-CoV-2 miało mieć już ponad 75 proc. mieszkańców, tymczasem wirus uderzył znowu, z jeszcze większą siłą. Autorzy tego jeszcze nierecenzowanego badania dowodzą jednak, że grupa dawców krwi, których przeciwciała zbadano, nie musi być reprezentatywna. Zresztą m.in. z ciekawego powodu: jeśli ktoś w Brazylii dostaje transfuzję, jego krewni mają obowiązek uzupełnić lokalny bank krwi. Szansa, by w banku znalazła się krew kogoś, kto miał w rodzinie chorego, była więc większa. Rzeczywiście zgłaszanych w Manaus rzeczywistych przypadków reinfekcji nie ma do tej pory wiele, jednak w badaniach laboratoryjnych inna grupa naukowców doszła do niepokojącego rezultatu: mutacje P1 są tak sprytne, że mogą doprowadzić do ponownego zakażenia w 25 do 61 proc. przypadków.

Trzeba jednak poczekać na więcej danych „z terenu", żeby stwierdzić, jak bardzo należy obawiać się Brazylijczyka.

B.1.351: beta

Pojawił się w Republice Południowej Afryki i wzbudził duże zaniepokojenie, kiedy okazało się, że nie działa na niego szczepionka firmy AstraZeneca. Badanie przeprowadzone w tym kraju wykazało skuteczność przeciwko wariantowi na poziomie zaledwie 10,4 proc. Zwracano uwagę na niewielką ilość uczestników (2 tys.) i ich młody wiek (30 lat), co mogło wpłynąć na wyniki, ale na wszelki wypadek władze w Pretorii zrezygnowały z planowanego szczepienia Astrą pracowników ochrony zdrowia i szczepionkę odsprzedały.

1 kwietnia Pfizer i BioNTech ogłosiły, że ich szczepionka w 100 proc. zapobiega COVID-19 w RPA, gdzie dominuje wariant B.1351.

Dobre wiadomości dochodzą także z laboratoriów Moderny: według wstępnych analiz nowa wersja ich szczepionki, która być może będzie stosowana jako dawka przypominająca, również jest wysoce skuteczna w przypadku wariantu południowoafrykańskiego. Z 3 fazy badań klinicznych szczepionki Johnson&Johnson również wynika, że dobrze chroni ona przed tym wariantem. Za to w opublikowanym również w kwietniu badaniu z Izraela, gdzie przeanalizowano zdrowie uczestników programu masowych szczepień, zakażeni B.1.351 mieli osiem razy większą szansę na zakażenie po szczepieniu preparatem Pfizera/BioNTechu niż ci, których zakaził inny wariant. Jednak nadal niewielką: 5,4 proc. w porównaniu do 0,7 proc. a badana grupa była bardzo mała.

B.1.617: delta

Najmłodszy z czwórki, o którym wiemy najmniej. Nie został jest jeszcze, jak trzy pozostałe, uznany przez Światową Organizację Zdrowia za VoC, VoC, Variant of Concern, czyli budzący zaniepokojenie. Jest na razie VoI, Variant of Interest, czyli budzący zainteresowanie. Nie ma jeszcze wiążących wyników badań na temat jego zakaźności, a badania nad skutecznością szczepionek wobec niego przeprowadzili na razie twórcy indyjskiej szczepionki z firmy Bharat Biotech. I tutaj wiadomości z laboratorium są dobre – ich szczepionka Covaxin w III fazie badań klinicznych jest skuteczna również przeciwko B.1.617.

Te dane łączą się z analizą mutacji „indyjskiego" wirusa – z trzech kluczowych, dotyczących białka szczytowego SARS-CoV-2, żadna nie wydaje się szczególnie groźna, jeśli chodzi o unikanie barier immunologicznych ludzkiego organizmu.

Dobrze w laboratorium, jak będzie w życiu?

Tak wygląda podsumowanie skuteczności i efektywności szczepionek przeciwko nowym wariantom przygotowane przez amerykańskiego naukowca i propagatora nauki Erica Topola. W tabelce występują jeszcze wariant nowojorski i kalifornijski – ten ostatni również uznany przez WHO za VoC. Kreska nie oznacza nieskuteczność szczepionki w przypadku wariantu, tylko brak danych. BBIBP-CorV to chińska szczepionka Sinopharmu, mRNA to preparaty Pfizera i Moderny, a gwiazdka oznacza, że na razie przeprowadzono tylko badania laboratoryjne, a nie badania kliniczne lub szczepienia populacyjne.

szczepionki vs. warianty tabela
źródło: Eric Topol/Twitter

I – last but not least – również mniej przebadana odpowiedź komórkowa organizmu na zakażenie SARS-CoV-2, czyli ta oparta na limfocytach rozpoznających patogen, a nie przeciwciałach wydaje się tak samo skuteczna w przypadku wymienionych tu nowych wariantów, jak pokazuje to badanie ozdrowieńców i zaszczepionych preparatem Pfizera/BioNTechu.

Co dalej z SARS-CoV-2?

Amerykański wirusolog Trevor Bedford, jeden z najbardziej znanych specjalistów w dziedzinie mutacji wirusowych, pisze na Twitterze (który dla ludzi nauki stał się ważną platformą nie tylko do jej popularyzowania, ale i przestawiania wyników swoich badan), że kluczowym pytaniem w tej chwili jest: czy SARS-CoV-2 nadal będzie ewoluował w takim tempie jak teraz i w ciągu roku lub dwóch wyczerpie możliwości mutacji, czy też będzie bawił się z nami „w kotka i myszkę" jak grypa, której wirusy wciąż znajdują sposób, żeby oszukać bariery ochronne naszych organizmów. „To pytanie za milion dolarów" – konkluduje badacz. Nie wiemy jeszcze, czy będziemy musieli się szczepić co rok, a może w innych interwałach. Autorzy analizy w „Science" zwracają np. uwagę, że powszechnie występujące koronawirusy powodujące przeziębienie mają dwuletni cykl mutacji.

W każdym razie Moderna prowadzi już badania 3 fazy swojej wersji szczepionki przeciwko nowym wariantom, AstraZeneca zapowiada taką na jesień.

Zamykać się czy nie zamykać?

O to, jaką strategię powinien wobec wariantów przyjąć polski rząd, pytam prof. Krzysztofa Pyrcia, wirusologa z Uniwersytetu Jagiellońskiego i Rafała Halika, epidemiologa z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Polskiego Zakładu Higieny. I obydwaj mówią to samo: możemy najwyżej opóźnić pojawienie się nowych wariantów w kraju, ale nie uda się zamknąć przed nimi całkowicie granic.

Takie zresztą jest stanowisko WHO, która wskazuje, że pasażerów w ruchu międzynarodowym nie należy a priori podejrzewać o to, że przynoszą wirusa i traktować jako grupę priorytetową do testowania, nie mówiąc o innych restrykcjach (nie chodzi tu tyle o przypadki samolotów pełnych superroznosicieli z krajów, w których jest właśnie szczyt potężnej fali epidemii, bo to ogniska do wygaszania, ale o politykę traktowania przybyszów zawsze i wszędzie jako „trędowatych").

„Jeśli epidemia ma taką skalę jak w Polsce, to warianty koronawirusa i tak będą się pojawiały samoistnie. Najważniejsze w tym momencie jest, żeby nie dopuszczać do takiego rozwoju epidemii – bo to jest czynnik, który napędza ewolucję wirusa" – mówi prof. Pyrć. Również Rafał Halik jest zdania, że najważniejsze jest zajęcie się własnym podwórkiem, czyli ograniczanie transmisji wirusa we własnej populacji. Zminimalizowanie jego obecności do możliwie niskiego poziomu, bo całkowita eradykacja wirusa nie jest możliwa.

Prof. Pyrć:„ Ten wirus jest za bardzo rozpowszechniony i wśród ludzi, i wśród zwierząt. Mamy przypadek z Polski, z Gdańska, że gdzie wczesną jesienią zaraziły norki, a w tym roku wirus wrócił do nas i zaraził się człowiek. Trzeba się liczyć z tym, że taki rezerwuar istnieje".

Dlatego Rafał Halik wskazuje na stare, dobre i niezawodne metody ograniczania rozprzestrzeniania się patogenów w środowisku ludzkim: szczepienia, testy, izolacja, kwarantanna, wywiad epidemiologiczny, wygaszanie ognisk. Z tym że teraz można je stosować przy użyciu najnowszych technik informatycznych i diagnostycznych.

Niestety polskie władze zrezygnowały z dużej części tych możliwości ubiegłego lata, puszczając koronawirusa w dużej mierze „na żywioł", za co zapłaciliśmy jednym z najwyższych w Europie odsetków nadmiarowych zgonów.

Pozostaje otwarte pytanie, czy po wyszczepieniu odpowiedniej liczby osób i znaczącym spadku zakażeń wejdzie na ścieżkę minimalizowania transmisji.

Prof. Pyrć przestrzega też, żeby wariantów nie lekceważyć: „trzeba śledzić to, co się dzieje, bo może się okazać, że wariant brytyjski uzyska takie zmiany, które są charakterystyczne dla wirusa np. z Brazylii i będzie miał bardzo podwyższoną transmisyjność plus uzyska dodatkowe cechy specjalne".

Pytam, jak to było z hiszpanką – ostatnią wielką epidemią, która spustoszyła Europę, a przecież samoistnie zniknęła. Profesor odpowiada, że wirusy ewoluują w takim kierunku, żeby stawać się łagodniejsze. Zaraz jednak rozwiewa nadzieję: „to kwestia lat, może się wydarzyć za 10 albo za 50 lat".

W następnym zdaniu jednak nadzieję przywraca: „Epidemie kończą się nie dlatego, że osiągamy odporność zbiorowiskową i nikt nie choruje, tylko przebieg tej choroby jest inny.

To tak naprawdę wydarzyło się z hiszpanką. Kiedy prawie wszyscy ją przechorowali, to w kolejnych latach – bo z tym wirusem grypy mieliśmy do czynienia do lat 50. XX wieku – nasz układ immunologiczny nie blokował zakażenia, ale sprawiał, że przebieg choroby był łagodniejszy.

Mam nadzieję, że będzie się to działo jak przy hiszpance i innych koronawirusach sezonowych – za rok, dwa, trzy ten wirus będzie cały czas niebezpieczny, ale z pandemicznej skali problemu przejdziemy do skali medycznej. Jeśli odsetek osób, które wymagają opieki medycznej i hospitalizacji spadnie powiedzmy 10-krotnie, to sytuacja będzie wyglądała zupełnie inaczej. Będą przypadki śmiertelne, ale będą się zdarzały na tyle rzadko, że nie zablokuje to nam świata".

A jak piszą autorzy wspomnianej wyżej analizy w „Science", badacze z renomowanego Imperial College w Londynie: „W ostatecznym rozrachunku najlepszą obroną przeciwko pojawieniem się nowych budzących zaniepokojenie wariantów jest szybka, globalna kampania szczepień współdziałająca z innymi działaniami ograniczającymi transmisję. Wirus, który nie może zarażać, nie ma szans, by mutować.

Niestety kampania szczepień na razie nie jest globalna – biedne kraje na szeroki dostęp do szczepień będą musiały jeszcze poczekać. Zamykanie granic przed wariantami przynosi skutek doraźny, jednak na dalszą metę pomoc innym w szczepieniach wydaje się mieć decydujące znaczenie.

Udostępnij:

Miłada Jędrysik

Miłada Jędrysik – dziennikarka, publicystka. Przez prawie 20 lat związana z „Gazetą Wyborczą". Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku. Publikowała też m.in. w „Tygodniku Powszechnym", kwartalniku „Książki. Magazyn do Czytania". Była szefową bazy wiedzy w serwisie Culture.pl. Od listopada 2018 roku do marca 2020 roku pełniła funkcję redaktorki naczelnej kwartalnika „Przekrój".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne