Wracasz z długich wakacji albo pracujesz na umowy o dzieło i chcesz iść do lekarza? Tym, którzy nie kwalifikują się do ubezpieczenia obowiązkowego, NFZ oferuje ubezpieczenie dobrowolne i płacenie składek z własnej kieszeni. Problem w tym, że zależnie od długości bycia poza NFZ musisz zapłacić „dodatek”, który może sięgnąć nawet 10 tysięcy zł

Do Polski wróciłam po 3 latach spędzonych w Ameryce Łacińskiej. Przez cały ten czas byłam oczywiście ubezpieczona prywatnie, ale na szczęście raczej z tego nie korzystałam. W Brazylii podstawowa opieka medyczna jest dla wszystkich i za darmo, a w Peru, bardzo tania. Teraz jestem w Polsce, gdzie zdrowie nie jest ani dla wszystkich, ani tanie i chciałabym pójść do lekarza, więc zaczęłam starać się o ubezpieczenie.

Teoretycznie najłatwiej „pójść na bezrobocie”. Po zarejestrowaniu się w Urzędzie Pracy ma się prawo do bycia objętym ubezpieczeniem zdrowotnym, tak samo, jak np. osoby zatrudnione na etat czy posiadające działalność gospodarczą lub uczniowie i studenci.

Problem w tym, że ja mam pracę: tłumaczę, piszę artykuły, mam też jedną dość luźną i bezterminową umowę – zabiera to wszystko sporo czasu i daje trochę pieniędzy, ale nie zapewnia żadnych świadczeń.

W Urzędzie Pracy pytam, czy mogę być jednocześnie bezrobotna i pracować na umowę o dzieło. Okazuje się, że nie. Za każdym razem, gdy podpisuję umowę o dzieło, muszę przyjść do Urzędu i na ten dzień wypisać się z „bezrobocia”.

Ale następnego dnia mogę znowu przyjść i się wpisać – pociesza mnie pani z informacji.

Ubezpieczenie dobrowolne – łatwizna

Trochę to uciążliwe, a zresztą, ta moja bezterminowa umowa i tak mi na to nie pozwala. Decyduję się więc na ubezpieczenie dobrowolne – alternatywę, którą NFZ przewidział dla tych wszystkich, którzy nie są objęci obowiązkową opieką zdrowotną. Czyli freelancerów, takich jak ja, których jest w Polsce ok. 120 tys., a z raportu serwisu Useme wynika, że prawie połowa z nich pracuje wyłącznie na umowy o dzieło.

Miesięczna opłata przy takiej formie ubezpieczenia nie różni się niczym od standardowej składki na NFZ, czyli 9 proc. podstawowego wymiaru składki – mojego miesięcznego dochodu. Nie może być jednak niższa niż składka od kwoty odpowiadającej przeciętnemu miesięcznemu wynagrodzeniu w sektorze przedsiębiorstw z poprzedniego kwartału, ogłaszanej przez Główny Urząd Statystyczny. W poprzednim kwartale było to 4 812,84 zł, do września ubezpieczenie będzie mnie zatem kosztowało minimum 433,16 zł miesięcznie.

Biorąc pod uwagę, że według danych zebranych przez Useme, ok 40 proc. freelancerów zarabia mniej niż 1000 zł, a tylko ok. 35 proc. zarabia powyżej 2000 zł, dla przeciętnego freelancera to spory wydatek. W niewiele lepszej sytuacji są też osoby pracujące na umowie o pracę. Płaca minimalna wynosi obecnie 2100 zł brutto. Pod koniec 2016 roku, zarobki nie większe niż płaca minimalna miało 13 proc. zatrudnionych.

Jeszcze w styczniu 2017 roku Beata Szydło i Minister Zdrowia Konstanty Radziwiłł zapowiadali zniesienie NFZ, żeby od stycznia 2018 roku objąć wszystkich obywateli pełnym ubezpieczeniem finansowanym z budżetu państwa. Pisaliśmy o tym tutaj:

W lipcu 2017 roku prezes PiS Jarosław Kaczyński wycofał się jednak z rządowej obietnicy, mówiąc, że decyzja w sprawie likwidacji NFZ to „sprawa na następną kadencję„. W maju tego roku nowy minister zdrowia Łukasz Szumowski podtrzymał wersję następnej kadencji, dodając, że NFZ funkcjonuje coraz lepiej. Daję więc sobie spokój z czekaniem na cud i wybieram opcję dobrowolnego ubezpieczenia w NFZ.

Zabójcza opłata

Kiedy wydaje mi się już, że rozwiązanie jest proste i chcę wpłacić składkę, dowiaduję się jednak, że jest coś jeszcze.

„Opłata dodatkowa” równie dobrze mogłaby się nazywać karniakiem za bycie poza systemem. Bo trudno zrozumieć, jakie mogą być intencje tej sankcji za okres niebycia ubezpieczonym w NFZ. Stawki są różne w zależności od tego, jak długa jest przerwa w ubezpieczeniu i opłacaniu składek.

  • Naliczanie zaczyna się już od 3-miesięcznej przerwy. Według aktualnych stawek przy ubezpieczeniu dobrowolnym zapłacimy za to dodatkowo 962 zł.
  • Powyżej roku do dwóch lat, będzie to już 50 proc. wymiaru minimalnej składki, czyli 2406 zł.
  • Dalej jest już tylko gorzej, przerwa do 5 lat – 4812 zł, do 10 lat – 7218 zł.
  • Potem już 200 proc. wymiaru składki, czyli: 9624 zł.

Wygląda to tak, jakby ktoś podejrzewał, że freelancerzy, żeby uniknąć płacenia składek, będą czekali do momentu, kiedy zupełnie zrujnują sobie zdrowie albo poważnie zachorują i dopiero wtedy zapiszą się do NFZ, narażając system na duże koszty. Dlatego trzeba ich ukarać stosownie do czasu unikania płacenia.

Tylko czy taka metoda działa? Raczej odstrasza potencjalnych płatników, którzy albo zostają poza NFZ, albo znajdą inną pokrętną drogę, żeby na liście ubezpieczonych figurować.

Janusz z Warszawy (imię zmienione na prośbę informatora) zarabiał jako tłumacz i przez 4 lata niezbyt się tematem ubezpieczenia interesował. Aż do wyjazdu na narty, kiedy zaczął się zastanawiać co zrobi, jeśli złamie nogę. Poszedł do NFZ z planem skorzystania z dobrowolnego ubezpieczenia. Kwota, jaką usłyszał od razu wybiła mu ten pomysł z głowy. Żeby wyzerować sobie karę, uciekł się do fikcyjnej umowy na zlecenie w firmie znajomego.

„Ubezpiecz się na małżonka” – radzą mi na facebookowej grupie dla tłumaczy. Gorzej jak małżonka/-ki nie ma albo też pracuje jako freelancer. Czytam inne komentarze.

  • Ktoś deklaruje, że rozwiązał problem, biorąc jakieś małe zlecenie na parę godzin w miesiącu.
  • Ktoś inny poleca status bezrobotnego i umowy o dzieło na tzw. słupa, czyli na znajomego. Ale tutaj trzeba dobrze się umówić, bo może mu to podwyższyć podatki.
  • Ci, którzy zarabiają już całkiem nieźle, zakładają oczywiście działalność gospodarczą.

Janusz zarabiał jako tłumacz literacki, więc o działalności gospodarczej nie było mowy. „W takiej pracy ciężko o płynność finansową. Kiedy miesiąc był gorszy, nie byłoby mnie po prostu stać na opłacenie tych wszystkich ZUS-ów i składek”.

eWuś nie radzi sobie z Dominikiem

Dominik, który pracuje jako komentator sportowy, miał z NFZ jeszcze inny problem. Jako studenta powyżej 26. roku życia, na jego prośbę ubezpieczała go uczelnia. Problem w tym, że w weekendy regularnie pracował też jako komentator na umowie zlecenie, a pracodawca miał obowiązek zapewnić mu ubezpieczenie.

eWuś, czyli system Elektronicznej Weryfikacji Uprawnień Świadczeniobiorców najwyraźniej nie był na taką ewentualność przygotowany i kiedy wpływało do niego podwójne ubezpieczenie, wyrzucał Dominika z systemu. „Musiałbym co piątek wypisywać się z ubezpieczenia na uczelni, żeby na weekend mógł mi je dać pracodawca, a potem w poniedziałek zapisywać się znowu. I tak co tydzień. Dałem sobie spokój i ubezpieczony byłem już tylko w weekendy”.

Ja też chyba dam sobie na razie spokój i będę się modlić, żeby nic mi się nie stało do czasu, aż nie znajdę pracy na etat. Albo wrócę do Brazylii, bo jak łamać nogę, to chyba lepiej tam.


Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym