"Wychodzimy, idziemy w ich kierunku, oświetlamy latarkami, stajemy w rzędzie przed grobem Jolanty Szymanek-Deresz. Mówimy, dlaczego tu jesteśmy i że nie odejdziemy. Grabarze unikają spojrzeń, odwracają się, rozchodzą, któryś wsiada do auta, inny chowa się między groby. Stoimy". Relacja z próby zablokowania ekshumacji

„Jest taka krytyczna miara dzikości i kulturowej obcości zachowań, która czyni z rodaka najeźdźcę i okupanta we wspólnym domu. Jest taka krytyczna miara niegodziwości, która rodzi surowy gniew” – mówi OKO.press jedna z obywatelek, która w poniedziałek 16 kwietnia 2018 próbowała zablokować ekshumację zwłok Jolanty Szymanek-Deresz.

Szefowa kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego zginęła w 2010 roku w katastrofie w Smoleńsku. Jej mąż Paweł Deresz, nie wyraził zgody na ekshumację. Apelował do prok. Marka Pasionka, by uszanować jego żałobę. Bezskutecznie.

„Sąd zwrócił się do prokuratury z prośbą o wstrzymanie ekshumacji do czasu odpowiedzi na pytanie sądu skierowane do Trybunału Konstytucyjnego, czy działalność prokuratury w tym przypadku jest zgodna z polską Konstytucją. To pytanie zostało zadane Trybunałowi 4 kwietnia 2017 roku, ale odpowiedzi wciąż nie ma” – mówił we wtorek 17 kwietnia 2018 TVN24 Paweł Deresz.

Publikujemy emocjonalną relację – kompilację wypowiedzi kilku osób – uczestniczących w akcji, która miała powstrzymać ekshumację. Autorzy prosili o anonimowość.


Kolejna granica niegodziwego i niedozwolonego została przekroczona, kolejny przypadek upokarzającego pomieszania Dobrego i Złego. W tym kraju już w zasadzie wszystko wolno, a kiedy wolno, ludzie bez wstydu okazują swą prawdziwą twarz. A w tym wypadku jest to twarz potworna – tym razem była to twarz hieny.

Przed cmentarzem radiowozy, odblaskowi policjanci rozświetlają mrok. Rozpięta taśma odgradza cmentarz od drogi. Wchodzimy chwilę przed 23:00. Przemykamy między grobami w kierunku kwatery smoleńskiej. Siadamy pod dużym drzewem, pomiędzy tablicami nagrobków i zniczami.

Pachną tuje, ich gałęzie zostają mi we włosach. Na jednym policzku chłodny kamień nagrobka, na drugim – miękka bluza. Ziemia wydaje zapach wiosny zmieszanej z deszczem.

Czekamy, obserwujemy zaparkowane nieopodal samochody służb, które oświetlają niebieskimi i czerwonymi światłami ścieżki cmentarne. Skupienie właściwe światom zmarłych w połączeniu z obecnością formacji siłowych nadaje jakiś straszny wymiar temu miejscu. Pod osłoną nocy, po cichu. Bez kamer, ze wstydem. Zamierzają wygrzebać z grobu kolejne ciało.

Na Wojskowych Powązkach siedmioro obywatelek i obywateli stanęło na drodze machiny nienawiści, podłości i głupoty, która w ohydnym i brutalnym akcie sięga po szczątki kolejnej z ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, drwiąc przy tym z próśb i uprawnionych żądań rodziny ofiary, a tym samym depcząc jej ,,przyrodzoną i niezbywalną” godność.

Machina ta działa na polityczne zamówienie szaleńca opętanego nienawiścią, rozładowującego swój kompleks braku uczestnictwa w wielkiej historii i wewnętrzne poczucie winy.

Nie wiemy, o której zaczną. Kropi deszcz. Krótko po północy pojawiają się światła latarek. Lustrują teren. Potem trzy postacie zbliżają się do grobu Jolanty Szymanek-Deresz. Czekamy cierpliwie. O pierwszej na teren wjeżdżają auta – dwa karawany i jeden bus.

Stajemy się nieproszonymi świadkami tego, o czym wszyscy mówią w tym kraju od ośmiu lat, ale czego nikt nie widział na oczy. Nie wiemy, co się może zdarzyć za chwilę.

Wysiadają grabarze i rychło przystępują do pracy. Będą ryć w mogile w imię doraźnych interesów, cynicznej polityki budowanej na kłamstwie i obłudzie.

Na żądanie jednego małego człowieka, którego jedyną wartością jest zemsta, a działaniem pogarda. Więc wychodzimy, idziemy w ich kierunku, oświetlamy latarkami, stajemy w rzędzie przed grobem Jolanty Szymanek-Deresz. Mówimy, dlaczego tu jesteśmy i że nie odejdziemy.

Grabarze unikają spojrzeń, odwracają się, rozchodzą, któryś wsiada do auta, inny chowa się między groby. Stoimy. Zaczyna mocniej padać. Na miejscu pojawiają się żołnierze Żandarmerii Wojskowej, otaczają nas, dowódca wzywa do rozejścia się. Odmawiamy.

Druga linia

Deszcz i cisza cmentarza zostają przerwane przez formułki policji, powoływanie się na Prawo i Paragrafy. W obliczu śmierci i niebytu tworzy to obezwładniający kontrast. Gwałt doczesności na wieczności. Gwałt politycznej doraźności dumnych żywych nad szczątkami bezbronnych zmarłych.

Sytuacja patowa, stoimy piętnaście minut, pół godziny, godzinę. Żandarmeria ewidentnie nie wie, co z nami zrobić. Dowodzący powtarza na nasze słowa, że „rozumie” – w taki sposób, w jaki zwracamy się do dzieci, gdy wiemy, że mówią bzdury albo do chorych psychicznie, żeby ich nie wyprowadzić z równowagi. Dookoła same młode chłopaki z ogolonymi głowami w beretach. Nie mają świadomości, w czym biorą udział. Nie zdają sobie sprawy jak brudne będą ich ręce. Próbujemy im to wytłumaczyć, są przecież wojskowymi, stoją wśród grobów ludzi, którzy powinni być dla nich wzorem.

Jedni spuszczają głowy, inni reagują głupkowatym śmiechem, żartami.

Ten rechocik młodego żołnierza najlepiej streszcza nasze czasy. Fake newsy, epoka post-prawdy, śledztwa i teorie spiskowe, które budzą powszechny śmiech, a mimo to utrzymują przy władzy. Obrońcom przyzwoitości i prawdy pozostaje w przydziale tylko śmiech i politowanie.

Gdy oświetlam ich czołówką, odwracają głowy, widać jedynie odblaskowe elementy mundurów.

Po godzinie przyjeżdża policja, formują drugą linię, znów wzywają do rozejścia się, grożą konsekwencjami i użyciem siły.

Szepczą do krótkofalówek, ten dźwięk wżyna się w ciemną ciszę. Znicze dalej migoczą, masa wiązanek złożonych ceremonialnie i z paradą na okolicznych grobach niedawno, 10 kwietnia, powiewa wstęgami i honorami w imieniu Ojczyzny. Tydzień później już można się obejść bez honoru. Jednego dnia czczą, innego bezczeszczą.

Żandarmi i policja w bezprecedensowym (jeśli chodzi o okoliczności) spektaklu pohańbienia swojego człowieczeństwa, jak też pohańbienia munduru z orzełkiem w koronie i konstytucyjnych obowiązków, jak ochrona godności obywateli, oraz zaniechania prawa do odmowy wykonania rozkazu wiążącego się z popełnieniem przestępstwa (a takim jest naruszenie przepisów Konstytucji RP), szykuje się do pacyfikacji protestu.

Legitymowanie nad grobem

Uparcie obstajemy przy swoim. Odpowiadamy, że odejdziemy, tylko jeśli odjedzie grupa ekshumacyjna. Zatem stoimy.

Policja wzywa ochroniarza, pewnie po to, by wyrecytował formułkę, która pozwoli na oskarżenie o naruszenie „miru domowego”. Nieważne, że dotychczasowe sprawy o naruszenie miru marszałka zostały przez sąd uznane za bezzasadne.

Mówimy o tym policjantom, niektórzy sami przecież wzywani byli w naszych sprawach jako świadkowie. Zdają się o niczym nie wiedzieć. Zaczyna się legitymowanie. Robili to już na ulicy, sprzątając nas sprzed nóg neofaszystów na Nowym Świecie, robili to pod więzieniem na Rakowieckiej, także w obławie na ulicy Wilczej, gdy gniewny tłum udawał się w stronę Nowogrodzkiej. Teraz zrobią to nad grobem.

Funkcjonariusze zostali obsadzeni w roli ponurych hien cmentarnych, napierających bezduszną tyralierą na świadomych swych praw i obowiązków obywateli i obywatelki, oddzielających policyjnych funkcjonariuszy własnymi ciałami od linii hańby.

Proszą o dokumenty, zadają te same głupie, zwyczajowe pytania. Znamy niektóre z ich twarzy i nazwiska, to komenda ze Śródmieścia. Krótko przed trzecią rano pod same groby wjeżdżają policyjne suki, otwierają drzwi. Policjanci wydają ostatnie ostrzeżenie, dostajemy dwie minuty. Stoimy. Potem sprawy dzieją się już szybko, jak zwykle. Nie stawiamy oporu, zresztą ich jest kilkudziesięciu, nas siedmioro. Któryś z policjantów, wynoszący jednego z nas mówi, że jesteśmy na cmentarzu i że powinniśmy uszanować to miejsce.

W suce

Dwa duże znicze na grobie Szymanek-Deresz dogasają. Iglaste wieńce okalają majestatycznie grób. Ławeczka przed mogiłą czeka na bliskich, którzy pewnie nie mogą zmrużyć oka tej nocy.

Nie wygraliśmy, choć próbowaliśmy. Mieliśmy nadzieję, że uda się zatrzymać choć na jeden dzień ten nekrofilski teatr jednego aktora. Przegraliśmy, ale te kilka godzin na cmentarzu powązkowskim to był chyba najważniejszy, przynajmniej dla mnie, protest ostatnich miesięcy.

Świecka świętość porządku konstytucyjnego i odczuwane przez wielu współobywateli sacrum śmierci osoby bliskiej zostały po raz kolejny zbezczeszczone, a haniebny spektakl ekshumacji – powstrzymany ledwie na dwie godziny. A więc przegraliśmy. Z taktycznego punktu widzenia cała akcja była przewidywalną klęską, a obecność rodzimego wojskowego munduru czyniła ją jeszcze wstrętniejszą. Ala przecież każda wywalczona minuta spokoju ofiary katastrofy i jej rodziny nadawała głęboki sens temu krótkiemu trwaniu w symbolicznym sprzeciwie wobec głupców, nienawistników i cyników, w sprzeciwie wobec złoczyńców.

Jest taka krytyczna miara dzikości i kulturowej obcości zachowań, która czyni z rodaka najeźdźcę i okupanta we wspólnym domu. Jest taka krytyczna miara niegodziwości, która rodzi surowy gniew.

I jest masa lawiny smutku i obrzydzenia, która ujście może znaleźć tylko w bezsilnym trwaniu, by nie sięgać po krzyk i pięść. Kto jednak igra z takimi uczuciami, brata się ze Złem.

Godzinę później: policyjne auto rusza od razu za mną. Trzyma się kilka metrów od zderzaka. Krążymy po wąskich uliczkach, kręcimy się na rondach. Na jednym się zgubili, skręcili nie tam gdzie trzeba. No to poczekałem. Po paru minutach znów byli na zderzaku. Potem wąskie uliczki Śródmieścia. W pewnym momencie zatrzymuję auto, wysiadam, podchodzę do nich. Pytam dlaczego za mną jeżdżą. Mówią, że nie wiedzą. W końcu skręcam w moją ulicę. Wtedy wyprzedzają i machają na do widzenia.

Rano oczy otwieram na dźwięk głosu.

– Wstawaj, miałem cię obudzić godzinę temu. A…

Pauza, chwila zawahania; w głosie bezsilność.

– …wykopali.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym