0:00
Prawa autorskie: Dariusz Borowicz / Agencja GazetaDariusz Borowicz / A...
26 kwietnia 2020

2019 najcieplejszy w historii pomiarów w Europie. Co roku bijemy rekord

Praktyczne – i tragiczne – skutki globalnego ocieplenia dają się nam we znaki tu i teraz. To polskie bezśnieżne zimy, nasilająca się susza i ponad 5 tys. hektarów pochłoniętych przez ogień w Biebrzańskim Parku Narodowym. Susza sprawi, że ceny żywności pójdą w górę. A właśnie wchodzimy w okres recesji gospodarczej wywołanej pandemią koronawirusa

Wydrukuj

2019 rok okazał się najcieplejszym w historii pomiarów w Europie, a 11 z 12 najcieplejszych lat w historii pomiarów na naszym kontynencie przypadło na wiek XXI. Raport europejskiego Programu Obserwacji Ziemi Copernicus nie pozostawia wątpliwości: Ziemia niebezpiecznie się nagrzewa. Czas na zdecydowaną akcję ratunkową. W Polsce – oprócz ograniczenia emisji dwutlenku węgla do atmosfery – na główne zadanie wyrasta oszczędzanie i retencjonowanie wody.

„Stan klimatu w Europie” to przygotowywany corocznie od 2017 roku raport programu Copernicus oparty na danych obserwacyjnych – zebranych z satelitów, a także np. z naziemnych stacji meteorologicznych – oraz obliczeniach modeli klimatycznych.

Najistotniejsze wnioski z raportu są – to żadna niespodzianka - w pełni zgodne z naukowym konsensem: rosnąca koncentracja dwutlenku węgla w atmosferze przyczynia się do stopniowego i jak na skalę planetarną bardzo szybkiego wzrostu temperatury Ziemi.

Praktyczne – i tragiczne – skutki globalnego ocieplenia dają się nam we znaki tu i teraz. To nie tylko telewizyjne migawki z katastrofalnych cyklonów na Karaibach lub pożarów australijskiego buszu, ale także polskie bezśnieżne zimy, nasilająca się susza i 5 280 hektarów pochłoniętych przez ogień w Biebrzańskim Parku Narodowym.

Europa: bez deszczu, wody i… rzek?

Z raportu wynika, że Europa Środkowo-Wschodnia cierpiała szczególnie z powodu wywołanej przez rosnącą temperaturę suszy i wynikającymi z niej wysychaniu gleb oraz obniżającego się poziomu wody w rzekach.

Według raportu średnie odchylenie temperatury w Europie od średniej lat 1981-2010 wyniosło ok. 1,2°C, minimalnie więcej niż w poprzednich rekordowo ciepłych latach 2014-2015 i 2018. Okresowo w miesiącach letnich anomalia wzrastała aż do 3-4°C.

Od ok. połowy XIX wieku temperatura w Europie wzrosła o prawie 2°C. Raport zestawia to ze wzrostem światowej temperatury o ok. 1,1°C od czasów sprzed rewolucji przemysłowej, czyli mniej więcej końca XVIII wieku.

Europa Środkowo-Wschodnia doświadczyła w 2019 roku szczególnie dotkliwych upałów, zwracają uwagę autorzy raportu. W Polsce dotkliwie odczuliśmy zwłaszcza czerwiec, kiedy anomalia względem lat 1981-2010 wyniosła aż 5,35°C. Był to najcieplejszy czerwiec w historii pomiarów instrumentalnych na terenie naszego kraju, czyli od 1781 roku.

“Do 38.1°C wzrosła [30 czerwca] temperatura w Krzyżu (Wielkopolska), co oznacza, że historyczny rekord ciepła czerwca z 1935 r. był w tym miesiącu bity dwukrotnie. Co najmniej 37.6°C osiągnęła (…) temperatura w Świnoujściu, bijąc tym samym absolutny rekord temperatury tej stacji z 1 sierpnia 1994” – pisał na blogu meteomodel.pl Piotr Djaków. Takie uderzenia gorąca mogą powtarzać się coraz częściej.

Nasz region kontynentu doświadczył też mniejszych sum opadów niż pozostałe części Europy. To przełożyło się na mniejszą wilgotność gleb, na co narzekają rolnicy, a wkrótce będziemy narzekać wszyscy, bo susza rolnicza trwa w najlepsze i jeśli zdziesiątkuje zbiory, w górę pójdą ceny żywności.

Co to oznacza w sytuacji, gdy zwolnienia z powodu kryzysu wywołanego przez pandemię COVID-19 idą w dziesiątki tysięcy – nie trzeba opisywać.

Rząd PiS już apeluje o oszczędzanie wody, bo – według ministra rolnictwa Jana Krzysztofa Ardanowskiego – może jej zabraknąć „do potrzeb komunalnych, do jedzenia, do utrzymania zwierząt”.

Kolejnym problemem, z jakim zmagała i zmaga się Polska i kraje sąsiednie jest niski przepływ wody w rzekach, ostrzega raport:

„W całej Europie przepływ w rzekach [ilość wody w m3, która przepływa w rzece w danym miejscu w czasie jednej sekundy] był niższy niż średnia przez dwie trzecie roku. Najniższy przepływ wystąpił wiosną oraz w połowie lata do wczesnych miesięcy jesiennych i był najbardziej dotkliwy w Europie Środkowej”.

„Jest to efekt skumulowanego ujemnego bilansu wodnego. W niektórych regionach przez ostatnie lata susza rozwinęła się do jej ostatniego stadium, czyli suszy hydrogeologicznej, dotykającej wód podziemnych. Rzeki w Polsce są zasilane głównie wodami podziemnymi, uzupełnianymi przez opady. Ale jeśli nie pada długo, to rzeki uszczuplają zasoby wód podziemnych, więc w kolejnych miesiącach rzeki są coraz słabiej nimi zasilane” – mówi OKO.press Sebastian Szklarek, autor bloga Świat Wody i adiunkt w Polskiej Akademii Nauk.

Wielka Polska wysuszona

Naukowcy biją na alarm. Sytuacja klimatyczna Europy przedstawiona w raporcie nie jest zaskoczeniem. Ale powinien uświadomić nam wszystkim, że zmiany zachodzą bardzo szybko, ostrzega prof. Zbigniew Karaczun z warszawskiej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

„Polska jeszcze do niedawna była uważana za kraj, w którym skutki zmian klimatu nie będą tak dotkliwe, jak na przykład na południu Europy. Jak pokazały nam ostatnie lata, to nieprawda. Mamy trzeci rok suszy hydrologicznej z rzędu i deficyt wody staje się w naszym kraju ogromnym problemem – dla przyrody, rolnictwa i gospodarki.

Sumarycznie opadów jest mniej więcej tyle samo, ale są one bardziej intensywne i rzadsze. Okresy bezdeszczowe wydłużają się” - mówi OKO.press prof. Karaczun.

„Należymy do krajów o najmniejszych zasobach wodnych w całej Unii Europejskiej. Na jednego mieszkańca Polski przypada 1600 m3 wody na rok. I nie jest to przeliczenie na osobiste potrzeby każdego z nas. To uśredniony podział zasobów wodnych naszego kraju przypadających na jednego mieszkańca, z uwzględnieniem wszystkich potrzeb, w tym zapotrzebowania przemysłu oraz energetyki. Co to w praktyce oznacza? To znaczy, że wody w Polsce mamy naprawdę mało. A w okresie suszy średnia ta maleje do 1000 m3 wody na jednego mieszkańca” – napisały Wody Polskie z okazji Dnia Ziemi (22 kwietnia).

Konieczna retencja

By zmienić ten niekorzystny obraz, rząd PiS chce realizować Program Rozwoju Retencji. Według jego założeń Polska ma retencjonować ok. 15 proc. objętości tzw. średniorocznego odpływu rzecznego w 2027 roku. Obecnie odsetek ten wynosi zaledwie 6,5 proc. Odpływ rzeczny to inaczej woda dostarczana do koryta rzeki, np. przez deszcze lub w efekcie topnienia śniegu (o ile ten spadnie; w ostatnim sezonie zimowym śniegu praktycznie nie było). Wartość inwestycji w retencję w ramach programu to ok. 12 mld zł.

"Już tym roku zrealizowane zostaną zadania na kwotę 60 mln zł. Będą to działania przede wszystkim dla terenów rolniczych, takie jak udrażnianie cieków wodnych czy modernizacja małych urządzeń wodnych, które najszybciej poprawią sytuację regionów najbardziej zagrożonych w tym roku suszą" – powiedział wg PAP minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk.

Niestety, “udrażnianie cieków wodnych” brzmi jak echo minionych lat, gdy przez gospodarkę wodną rozumiano regulację rzek czy osuszanie terenów podmokłych – czyli to wszystko, co przyczynia się do zwiększonego odpływu wody i wysuszania gleby.

Na szczęście wydaje się, że Wody Polskie chcą działać sensowniej niż min. Gróbarczyk.

"60 mln zł skierowane [zostanie] na nowatorski program kształtowania zasobów wodnych na terenach rolniczych w regionach najbardziej zagrożonych suszą rolniczą. Głównym założeniem i celem jest ograniczenie skutków suszy przez wzmocnienie retencji korytowej rzek, kanałów i rowów, przez budowę i odbudowę systemu jazów, zastawek, przepusto-zastawek, umożliwiających nawodnienie użytków rolnych” – czytamy na stronie Wód Polskich.

To konkretne i pozytywne plany. Przez lata system melioracji został zaniedbany tak bardzo, że ostatnio przyczyniał się głównie do odpływu wody z terenów rolniczych. Rowy melioracyjne głównie wykaszano, a o roli zastawek i innych metod umożliwiających retencję niemal zapomniano. Drewniane zastawki rozleciały się, a metalowe - rozkradziono.

„System rowów melioracyjnych to gotowa przestrzeń do retencji opadów. Jeśli zrobimy na nich zastawki to mamy dużą pojemność retencyjną niewielkimi nakładami, a w dodatku rozproszoną, co poprawia stosunki wodne na znacznej powierzchni” – mówi OKO.press Szklarek.

Udostępnij:

Wojciech Kość

W OKO.press pisze głównie o kryzysie klimatycznym i ochronie środowiska. Publikuje także relacje z Polski w mediach anglojęzycznych: Politico Europe, IntelliNews, czy Notes from Poland.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne