Jesteśmy niezawodoleni z rządu, ale sprzeciwiamy się wojnie i zniszczeniu. Czujem niepokój i gniew zmieszany z głębokim smutkiem – mówi nam w wywiadzie Abdollah Momeni, irański aktywista demokratyczny, który wielokrotnie trafił do więzienia za swoją działalność
W styczniu Irańczycy masowo wyszli na ulice, by protestować przeciwko fatalnej sytuacji gospodarczej i rosnącej inflacji. Protesty szybko przybrały charakter antyrządowy. Rządzący Iranem odcięli obywatelom dostęp do internetu, a następnie przez kilka dni krwawo stłumili protesty. Zlokalizowana w USA i prowadzona przez Irańczyków organizacja HRANA doliczyła się co najmniej 7 tys. ofiar śmiertelnych, najpewniej było ich znacząco więcej.
28 stycznia 17 osób wywodzących się z szeroko rozumianej irańskiej opozycji podpisało list, w którym czytamy:
„Masowe mordowanie osób walczących o sprawiedliwość; osób które odważnie protestowały przeciwko temu pozbawionemu legitymacji systemowi, to zorganizowana zbrodnia państwa przeciwko ludzkości. Strzelanie do cywilów, pozbawianie życia dziesiątek tysięcy ludzi, aresztowanie kolejnych dziesiątek tysięcy, atakowanie rannych oraz odmawianie im opieki medycznej są działaniami przeciwko bezpieczeństwu Iranu i zdradą ojczyzny. Odpowiedzialność spoczywa na Przywódcy Islamskiej Republiki i jego represyjnym systemie”.
Wśród sygnatariuszy znajdziemy dwóch znanych na całym świecie reżyserów filmowych: Dżafara Panahiego i Mohamada Rasulufa, laureatkę Pokojowej Nagrody Nobla Narges Mohammadi, a także aktywistę Abdollaha Momeniego. Kilka dni później irańskie władze zaaresztowały trójkę z sygnatariuszy: Mehdiego Mahmudiana, Widę Rabbani i Momeniego.
17 lutego cała trójka została zwolniona z więzienia za kaucją.
W przypadku Momeniego nie był to pierwszy pobyt w więzieniu. Szlify aktywistyczne zbierał jako 22-latek podczas protestów studenckich w 1999 roku. Pierwszy raz do więzienia trafił w 2001 roku. W 2009 roku był doradcą reformistycznego kandydata w wyborach prezydenckich – Mehdiego Karubiego. Irańska opozycja do dziś uważa, że wybory z 12 czerwca 2009 roku wygrał drugi reformistyczny kandydat – Mir-Hosejn Musawi. Władze szybko ogłosiły, że zwycięzcą został konserwatywny prezydent Ahmad Ahmadineżad. W proteście na ulice wyszły setki tysięcy osób, a ówczesny ruch wspierający Musawiego był w tamtym momencie najpoważniejszym wyzwaniem rzuconym Republice Islamskiej.
Wtedy państwo zareagowało przemocą. Zabito kilkadziesiąt osób. Kilka tysięcy trafiło do więzień. Wśród nich Momeni. Aresztowany 21 czerwca 2009, z więzienia wyszedł dopiero wiosną 2014 roku. Amnesty International uznała go wówczas za „więźnia sumienia” i nawoływała do uwolnienia go. Pomimo czasu w więzieniu nigdy nie opuścił Iranu i nigdy nie porzucił prodemokratycznego aktywizmu.
Udało nam się skontaktować z Momenim i zadaliśmy mu kilka pytań. W ekskluzywnym wywiadzie aktywista mówi nam o perspektywie na demokratyczne zmiany w Iranie i o atmosferze w kraju po miesiącu wojny.
Jakub Szymczak, OKO.press: Czy sądzi Pan, że dzisiejsza wojna może ostatecznie przynieść zmianę w kierunku bardziej demokratycznego systemu w Iranie?
Abdollah Momeni: Chociaż wojna może tymczasowo osłabić rząd, nie przyczynia się bezpośrednio do demokratycznej transformacji. Wręcz przeciwnie, na spalonej ziemi, którą pozostawia, perspektywy dla politycznych i obywatelskich wysiłków na rzecz awansu demokracji i praw człowieka stają się coraz bardziej ograniczone.
Wojny zazwyczaj niszczą infrastrukturę, osłabiają społeczeństwo obywatelskie i tworzą warunki do zwiększonej represji oraz koncentracji władzy politycznej przez dotychczasowe władze.
Jednak ta wojna uwypukliła ważną rzecz dla wielu Irańczyków: obecny system polityczny dotarł do ślepego zaułka i jest niezdolny do zapewnienia bezpieczeństwa, dobrobytu i dobrej przyszłości.
Od co najmniej dwóch dekad zwolennicy reform i zmian w Iranie ostrzegali, że agresywna polityka zagraniczna w połączeniu z wewnętrzną represją ostatecznie doprowadzi do zbrojnego konfliktu. Te ostrzeżenia Islamska Republika ignorowała, a wielu z nas zapłaciło za to cenę. Ludzie tacy jak ja byli więzieni przez lata przez irańskie Islamskie Sądy Rewolucyjne za otwarte mówienie o takich problemach.
Nadzieję można pokładać w tym, że rosnąca świadomość słabości systemu przekształci się w zbiorową wolę zmiany i organizacji politycznej. To może położyć fundamenty pod demokratyczną transformację.
Pozostał Pan w Iranie. Jak postrzega Pan reakcje Irańczyków wokół siebie na wojnę?
Myślę, że jest to przede wszystkim mieszanka niepokoju, gniewu i głębokiego smutku.
Ludzie są niezadowoleni z obecnej sytuacji, ale jednocześnie zdecydowanie sprzeciwiają się wojnie i zniszczeniu, które jeszcze bardziej osłabiają ich warunki ekonomiczne i społeczne. Zabijanie cywilów — zwłaszcza dzieci — wywarło głęboki emocjonalny wpływ na społeczeństwo.
Irańczycy są też bardzo wyczuleni na integralność terytorialną swojego państwa i niepodległość. Nie chcą, aby ich kraj stał się nieskończonym polem bitwy. Szczególne obawy budzi możliwość pogorszenia relacji między Iranem a sąsiednimi narodami. To może prowadzić do dalszego pogorszenia sytuacji i w całym regionie, i w samym Iranie.
Postrzegamy siebie siebie jako cywilizację zakorzenioną w tym miejscu od tysięcy lat, historycznie kojarzoną z pokojem, współpracą i współistnieniem ze swoimi sąsiadami, angażującą się w wojnę jedynie w obronie własnej.
Mamy ograniczony dostęp do głosów z Iranu przez ciągłe, niemal całkowite odcięcie Irańczyków od międzynarodowego internetu. Z kolei rozsiana po całym świecie diaspora wypowiada się chętnie. Wśród niej sporo jest tych, którzy w Trumpie upatrują najlepszą dziś szansę na zmianę systemu politycznego w Iranie. Jak Pan, który z kraju nie wyjechał., ocenia te głosy?
Uważam, że to nie tylko błędne, ale przede wszystkim niebezpieczne podejście. Te głosy głęboko mnie zasmucają. Z najnowszej historii wiemy, że interwencje, które miały doprowadzić do pozytywnej zmiany politycznej, w wielu krajach doprowadziły do niestabilności, przemocy, a nawet upadku państwa.
Ludzie popierający interwencję muszą zdać sobie sprawę, że Trump działa w interesie swojego kraju. Nie interesuje go budowanie demokratycznego systemu w Iranie. Pokazał, że może łatwo współpracować z niedemokratycznymi reżimami, gdy służy to jego interesom.
Demokracja nie jest importowanym projektem. Nie można jej narzucić środkami militarnymi. Przyszłość Iranu musi określić jego własny naród w demokratycznym procesie. Nie zrobią tego zagraniczne rządy.
W styczniu irański rząd krwawo stłumił protesty, a Pan trafił wówczas na chwilę do więzienia. Czy w trakcie wojny represje wobec społeczeństwa obywatelskiego trwają?
Tak, a w niektórych przypadkach nawet się nasiliły. Wojna często dostarcza rządom uzasadnienia do większych ograniczeń i militaryzowania przestrzeni publicznej. Nasza komunikacja ze światem została znacznie utrudniona. Jak wiecie, Irańczycy nie mają dostępu do globalnego internetu od miesiąca – od początku wojny. To może być rekordowo długie naruszenie prawa obywateli do swobodnej komunikacji.
Rzeczywiście, możliwość organizowania się została znacznie ograniczona. Jednak ta represja nie jest oznaką siły reżimu, lecz raczej strachu — strachu przed społeczeństwem, które nie przyznaje już systemowi legitymizacji ani mu nie ufa.
W „Prospect Magazine” napisał Pan, że nie ma powrotu do wcześniejszego status quo w Iranie. Kontrakt społeczny między władzą a społeczeństwem musi się zmienić. Czy mimo tego, że wojna nie przyniesie demokracji, widzi Pan w najbliższym czasie szansę na zmianę i jakiś krok ku demokracji?
Tak, ponieważ społeczeństwo irańskie bardzo się zmieniło.
Ostatnie masowe protesty w połączeniu z doświadczeniem wojny uświadomiły ludziom, że obecna sytuacja jest nie do utrzymania. Nic już nie wróci do tego, co było przed wojną.
Nasze demokratyczne dążenia są zakorzenione w naszej historii. Mamy za sobą wiele przełomów i prób reform kraju. W 1906 roku Irańczykom udało się przekształcić monarchię absolutną w konstytucyjny system parlamentarny. Dążenie do demokracji nie jest nowe. Jest częścią 150-letniego procesu historycznego.
Inspirują nas również inne demokratyczne transformacje na świecie. Ruch „Solidarności” w Polsce, kierowany przez Lecha Wałęsę, pokazał, że nawet w najtrudniejszych warunkach demokratyczna zmiana jest możliwa. Dzieje się to dzięki społeczeństwu obywatelskiemu, narodowej solidarności i pokojowemu oporowi.
To właśnie Polacy lepiej niż większość nowoczesnych narodów rozumieją, jak trudne mogą być takie transformacje. W Iranie nie mamy dziś wyboru. Musimy dążyć do zmiany religijnego systemu autorytarnego na świecką demokrację. Sądzę, że jest to dziś konieczne bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. I jednocześnie jest bardziej osiągalne niż kiedykolwiek wcześniej.
Czy widzi Pan liderów i organizacje wewnątrz Iranu, które mogą poprowadzić taką transformację?
Tak, społeczeństwo irańskie ma ogromny potencjał. Mamy sieć aktywistów obywatelskich, politycznych, pracowniczych i kulturalnych. Są też osoby, które zdobyły zaufanie publiczne, płacąc wysoką osobistą cenę za obronę praw ludzi. Wśród nich jest Mir-Hosejn Musawi, który od niemal 17 lat pozostaje w areszcie domowym. Powodem jest sprzeciw wobec sfałszowanych wyborów prezydenckich w 2009 roku.
Jest też Narges Mohammadi, laureatka Nagrody Nobla Pokojowej, obecnie uwięziona. A także inni więźniowie polityczni, tacy jak socjolog Said Madani skazany m.in. za „propagandę przeciwko reżimowi”, i Mostafa Tadżzade, polityk obozu reformistycznego.
Ale pamiętajmy: transformacja demokratyczna musi opierać się na zbiorowym i pluralistycznym przywództwie, obejmującym wszystkie tendencje polityczne, a także mniejszości etniczne i religijne. Musi wyłonić się z samego społeczeństwa.
Czy sądzi Pan, że możliwe jest przeprowadzenie takiej transformacji bez włączania elementów obecnego systemu? To częsty postulat grup opozycyjnych poza Iranem.
Wiemy z historii, że wiele udanych demokratycznych transformacji obejmowało jakąś część ludzi z istniejącego systemu. Całkowite ich wykluczenie mogłoby doprowadzić do upadku i chaosu. A tego nikt nie chce, nikomu to nie pomoże.
Jeśli osoby wewnątrz systemu są zaangażowane w zakończenie obecnego porządku konstytucyjnego i wsparcie demokratycznej transformacji, mogą odegrać pewną rolę. Jednak taki udział musi odbywać się w ramach przejrzystego mechanizmu, który zapewnia odpowiedzialność i obejmuje mechanizmy sprawiedliwości transformacyjnej.
Sztywne podejście „wszystko albo nic” może utrudnić pokojową transformację.
Jak postrzega Pan rolę Rezy Pahlawiego, syna monarchy obalonego w 1979 roku? Czy może być liderem politycznym, który przeprowadzi zmiany w Iranie, jak sam twierdzi?
Popieram system demokratyczny, w którym wszystkie instytucje są wybierane w regularnych i powszechnych wyborach. Nie wierzę w indywidualne, silne przywództwo jako sposób na rozwiązanie dla przyszłości Iranu. Przyszłość musi być budowana na demokratycznych mechanizmach i wolnym wyborze narodu.
Podczas styczniowych protestów niektórzy demonstranci wyrażali poparcie dla pana Pahlawiego. Niektórzy widzą w nim kogoś, kto może odegrać rolę przejściową. Inni opowiadają się za odnowieniem monarchii. Wizja polityczna Pahlawiego pozostaje dla wielu Irańczyków niejasna.
Ja obawiam się głównie tego, że w popiera on zagraniczną interwencję w celu zmiany reżimu. Pomysł, że siły zewnętrzne mogłyby obalić system i zainstalować go u władzy, jest zarówno nierealistyczny, jak i niepokojący. Niektóre stanowiska wyrażane przez jego zwolenników sugerują również autorytarne tendencje, nawet jeśli on sam odrzuca takie podejście.
Ostatecznie jednak każda osoba lub siła polityczna może odegrać konstruktywną rolę tylko wtedy, gdy jasno zobowiąże się do demokracji, praw człowieka, suwerenności narodowej i odrzucenia jakiejkolwiek zagranicznej interwencji w określaniu politycznej przyszłości Iranu.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze