10 czerwca 2021

Adam Leszczyński z OKO.press nominowany do "Nike"! Przeczytaj fragment "Ludowej Historii Polski"

Dziennikarz OKO.press, socjolog i historyk Adam Leszczyński otrzymał nominację do Nagrody Literackiej "Nike" za "Ludową historię Polski". Publikujemy fragment jego książki

Adam Leszczyński, współzałożyciel i dziennikarz OKO.press, socjolog i historyk, profesor Uniwersytetu SWPS, znalazł się wśród 20 nominowanych do Nagrody Literackiej "Nike" 2021 za "Ludową historię Polski". Jak mówi, to panorama dziejów Polski opisana z perspektywy podstawowego konfliktu społecznego — konfliktu wokół podziału dóbr.

Pozostali nominowani to: Kasper Bajon („Fuerte”), Waldemar Bawołek („Pomarli”), Krzysztof Fedorowicz („Zaświaty”), Igor Jarek („Halny”), Bożena Keff („Strażnicy fatum”), Michał Komar („Skrywane”), Joanna Krakowska („Odmieńcza rewolucja”), Jerzy Kronhold („Długie spacery nad Olzą”), Justyna Kulikowska („Tab_s”), Aleksandra Lipczak („Lajla znaczy noc”, tu znajdziesz teksty Aleksandry Lipczak dla OKO.press), Elżbieta Łapczyńska („Bestiariusz nowohucki”), Stanisław Łubieński („Książka o śmieciach”), Mira Marcinów („Bezmatek”), Edward Pasewicz („Sztuka Bycia niepotrzebnym”), Grzegorz Piątek („Najlepsze miasto świata”), Jacek Podsiadło („Podwójne wahadło”), Robert Pucek („Zastrzał albo trochę”), Zbigniew Rokita („Kajś”), Monika Śliwińska („Panny z Wesela”).

Publikujemy fragment książki Adama Leszczyńskiego o obietnicach, które II RP złożyła robotnikom.

"Ludowa Historia Polski": fragment

II RP nie spełniła obietnic składanych robotnikom. Schemat był podobny, jak w przypadku wsi: państwo polskie obiecywało, kiedy wymagało aktywnego wsparcia; później interesy elit przeważały, a z obietnic albo się wycofywano, albo ich po prostu nie realizowano. Najważniejsze akty prawne uchwalono w krytycznych miesiącach 1918–1919 r.: dekret o ośmiogodzinnym dniu pracy (23 listopada 1918 r.), o inspekcji pracy (3 stycznia 1919 r.), o pracowniczych związkach zawodowych (8 lutego 1919 r.).

Sejm Ustawodawczy uchwalił jeszcze ustawę o zatargach zbiorowych w rolnictwie (1 sierpnia 1919 r.) oraz o czasie pracy w przemyśle i handlu (18 grudnia 1919 r.). Później uchwalono jeszcze ustawę o urlopach (16 maja 1922 r.) oraz ustawę o ochronie pracy kobiet i młodocianych, nad którą prace trwały 6 lat (2 lipca 1924 r.). Wprowadzało to w odrodzonej Rzeczypospolitej regulacje prawne porównywalne z tymi, które obowiązywały wówczas w krajach Europy Zachodniej, a niekiedy nawet bardziej korzystne dla pracowników. 11 stycznia 1919 r. został także wydany dekret o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby, chociaż szczegółowe regulacje wprowadzono później.

Problemem były jednak nie regulacje – chociaż i one w latach 30. były zmieniane w sposób niekorzystny dla pracowników – ale fakt, że w praktyce przestrzegano ich rzadko i tylko w niektórych sektorach gospodarki (np. w dużych zakładach państwowych). Stale niedofinansowana i nieskuteczna była Inspekcja Pracy, podobnie jak w czasach carskich (a także w III RP po 1989 r.). Nieco ponad stu inspektorów i podinspektorów miało kontrolować kilkadziesiąt tysięcy zakładów pracy zatrudniających 1,5 mln robotników. Inspektorzy stwierdzali kilkadziesiąt tysięcy przypadków naruszeń prawa pracy rocznie, ale był to wierzchołek góry lodowej.

Publikacje Haliny Krahelskiej (zastępczyni Głównego Inspektora Pracy 1919–1921 i 1927–1931) z lat 20. przynoszą wstrząsający obraz notorycznego łamania praw pracowniczych. Dzieci i młodocianych zatrudniano w przemyśle powszechnie, w niektórych branżach (np. metalowej i szklanej) stanowili oni kilkanaście procent pracowników. Według danych Kasy Chorych w Warszawie do ubezpieczenia zgłoszono w 10 miesiącach 1927 r. aż 1112 dzieci poniżej 15 roku życia, których zatrudnianie zgodnie z ustawą z 1924 r. było nielegalne. Najmłodsze miały 10 lat. Był to tylko ułamek zatrudnionych dzieci, bowiem warsztaty rzemieślnicze nie zgłaszały ich wcale. Młodociani zarabiali grosze – od 1/5 do 2/3 płacy dorosłego robotnika niewykwalifikowanego. W jednej z warszawskich fabryk płacono młodocianym zaledwie 22 grosze na godzinę. Często nie dostawali nic; przez rok i dłużej „praktykowali” za darmo. Krahelska podawała przykłady.

„Oto wytwórnia wyrobów metalowych, zatrudniająca 15 robotników, w tem chłopców trzech. Praca chłopców na zasadzie ustnej umowy z rodzicami jest przez cały pierwszy rok zupełnie bezpłatna, w drugim i trzecim chłopcy mogą coś dostawać zależnie od uznania, opinji i woli kierownika, oraz od swoich zalet «moralnych»; płaca taka wynosi 3 – 5 zł. tygodniowo” .

Praca młodocianych opłacała się – tłumaczyła Krahelska – gdyż młody pracownik obsługiwał maszynę równie sprawnie, jak starszy, a kosztował wielokrotnie taniej. Powszechną praktyką było nieudzielanie urlopów – zarówno młodocianym, jak i dorosłym; w niektórych branżach nie było ich w rzeczywistości wcale. W przypadku sporu sądy zazwyczaj przyznawały rację pracodawcom, tłumaczącym się np. tym, że robotnik sam zrezygnował z urlopu.

Podobną fikcją był ośmiogodzinny dzień pracy. „Łódź skasowała ten ośmiogodzinny dzień roboczy” – pisała Krahelska w studium o warunkach pracy w przemyśle łódzkim. Według danych związków zawodowych o 50 fabrykach w 1927 r. w 27 były zmiany trwające 12 godzin, w siedmiu – 16 godzin, a w pozostałych zwykle 10 godzin. Przemysłowcy tłumaczyli, że robotnicy chcą tyle pracować, żeby więcej zarobić; Krahelska twierdziła, że robią to bez dodatkowej zapłaty.

Opisywała też mechanizmy przymusu:

„(…) są fabryki, gdzie wprost oznajmia się przy przyjmowaniu robotnikowi, iż praca trwa 12 godzin i że jest to warunek otrzymania pracy; są fabryki gdzie dyrekcja obwieszcza przedłużenie dnia pracy na piśmie, przyczem redakcja takich ogłoszeń brzmi kategorycznie, robotnika się nie pyta o zdanie.

W innych wypadkach, wprowadzając zmiany przedłużone, dyrekcja spekuluje bezpośrednio na strachu robotnika przed utratą pracy. Proponuje się pracę po godzin 12, a gdy propozycja nie spotyka entuzja­zmu śród ogółu robotników, to się oświadcza, że trzecia zmiana (ośmiogodzinna) może być przyjęta, ale później, wobec konieczności redukcji, będzie się za­ trzymywało ludzi z tej trzeciej zmiany, a zwalniało ze zmian obecnie pracujących. Są fabryki, gdzie stopniowo przedłużało się dzień roboczy, ażeby uśpić czujność robotników bardziej uświadomionych.

W niektórych fabrykach wprowadzenie dnia przedłużonego odbywa się bardzo uroczyście, w drodze zbierania ogółu robotników i głosowania za 8-godzinnym dniem pracy lub przeciw niemu. (…) dzisiejsza psychika robotnika łódzkiego (poza biedą i nędzą mąterjalną) w wysokim stopniu jest uległą pracodawcom i przez nich steroryzowaną”.

Takiej pracy towarzyszyły fatalne warunki higieniczne: zaduch, pył, brud, słabe oświetlenie. Krahelska pisała:

„Higjena jest całkowicie lekceważona przez przemysłowców łódzkich. Tu bezwzględnie przykład idzie z góry. (…) Traktuje się postulaty higjeny jako rzeczy, które dałyby wynik dodatni [w postaci wzrostu wydajności – AL.] dopiero po długich dziesiątkach lat i na które, zresztą, przemysł łódzki «niema pieniędzy»”.

Według lekarzy fabrycznych 30–40 proc. zatrudnionych w Łodzi kobiet chorowało na gruźlicę. W innych branżach i regionach było równie źle. Pracodawcom łamanie prawa pracy po prostu się opłacało: sądy bardzo często ich uniewinniały, a jeśli nakładały kary, to bardzo niskie (dotyczyło to także sądów pracy, powołanych w 1928 r.). Krahelska komentowała w jednym ze swoich studiów:

„(…) stałe stosowanie kar poniżej minimalnego wymiaru ustawowego i uniewinniania winnych wykroczenia przyczyniło się do podważenia w społeczeństwie poczucia obowiązku przestrzegania ustaw o pracy; robotnik wychodził z sądu ze świadomością zdwojonej krzywdy, zaś przedsiębiorca – z przekonaniem o możności dalszego bezkarnego łamania ustaw”.

W połowie lat 20. średnia kara dla pracodawcy za przekroczenie czasu pracy wynosiła w Warszawie od 30 do 50 zł, za zatrudnianie nieletnich dzieci – od pięciu do 25 zł . Ten stan rzeczy, pisała Krahelska, nie był wcale przypadkiem.

„(…) źródeł wskazanego złego stanu ochrony pracy w Polsce szukać należy w fakcie wspólnego do niedawna znacznym odłamom społeczeństwa niedoceniania wartości życia, zdrowia i praw robotnika.

W prasie, równie jak w urzędach, na różnych konferencjach, zjazdach, odczytach publicznych działała przemożna sugestja sposobu myślenia i rozumowania przemysłowców, którzy pod płaszczykiem interesów wytwórczości krajowej potraf i przez szereg lat zwalczać ideę ochrony pracy w Polsce, zabezpieczając sobie wolną rękę w gospodarowaniu zdrowiem i energją robotnika.

Najważniejszy czynnik produkcji, ujmując już rzecz pod kątem jej interesów, czynnik ludzki – przez szereg lat pozostawał w cieniu, a wszelka twórcza myśl o jego ochronie bywała niezwłocznie atakowana z całą zawziętością przez pewną, najbardziej pod tym względem aktywną, część obozu przemysłowców i najczęściej ustępowała z placu walki, nie znajdując nigdzie poparcia".

Do tych „znacznych odłamów społeczeństwa”, które „nie doceniały”, należy zaliczyć władze RP – z Piłsudskim, byłym socjalistą, a od maja 1926 r. dyktatorem sprawującym niepodzielne rządy. Przykład szedł z góry.

Ewolucja polityczna Piłsudskiego została dobrze opisana: już w czerwcu 1926 r. premier w rządzie pomajowym, Kazimierz Bartel, zawarł przymierze z organizacją przemysłowców – „Lewiatanem” . Piłsudski spotkał się także ze środowiskami ziemiańskimi w rezydencji Radziwiłłów Nieświeżu. „Podaliśmy sobie ręce dla zapoczątkowania współpracy gospodarczej” – pisał szef „Lewiatana” Andrzej Wierzbicki. W trakcie spotkania Bartel obiecał w imieniu Piłsudskiego, że „ani w polityce społecznej, ani gospodarczej Marszałek nie pójdzie na żadne eksperymenty” .

Rządzący mogli mówić (jak premier Władysław Sikorski w 1923 r.), że celem ich polityki jest podnoszenie „materialnej, moralnej i kulturalnej stopy życia klasy robotniczej i pracującej”, ale w praktyce było to daleko na liście rządowych priorytetów. Wydatki na politykę społeczną osiągnęły 155 mln zł w 1931/1932 r., ale większość z tego została przeznaczona na walkę z bezrobociem; po przekazaniu ich funduszowi pracy systematycznie malały, sięgając 44 mln zł w 1935–1936 r. (według innych danych nawet mniej: w miastach wydano na ten cel 34 mln zł, a na wsi tylko 5 mln w 1935–6r. ). W ostatnim roku istnienia II RP kwota ta wzrosła do 67 mln zł. W praktyce, jak łatwo policzyć, państwo polskie wydawało na cele społeczne od 1 zł 50 gr do 2 zł na obywatela rocznie.

(Z tekstu zostały usunięte przypisy.)

Udostępnij:

Redakcja OKO.press

Jesteśmy obywatelskim narzędziem kontroli władzy. Obecnej i każdej następnej. Sięgamy do korzeni dziennikarstwa – do prawdy. Podajemy tylko sprawdzone, wiarygodne informacje. Piszemy rzeczowo, odwołując się do danych liczbowych i opinii ekspertów. Tworzymy miejsce godne zaufania – Redakcja OKO.press

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne