Konserwatyzm polskich polityków to wyjątkowo zatęchła konstrukcja. Najczęściej oznacza okopanie na pozycji i nienadążanie za elektoratem. Inny konserwatyzm praktykował prezydent Paweł Adamowicz. W 2017 roku stając na czele Trójmiejskiego Marszu Równości jako pierwszy troskę o równość uzasadnił poważnym traktowaniem wartości konserwatywnych i religijnych

Mój tekst pod oryginalnym tytułem „Parada Równości. Konserwatyści odrabiają lekcję z przyzwoitości” ukazał się w pierwszej wersji w czerwcu 2017 roku w „Gazecie Wyborczej”. Przy okazji wydarzeń upamiętniających zamordowanego prezydenta Pawła Adamowicza, OKO.press przypomina polityczną mądrość jego konserwatyzmu. 


Pierwszym, który na poziomie polityki miasta wsparł społeczność LGBTI, był prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak. Już we wrześniu 2016 roku wziął udział w Marszu Równości. „To radosne, przyjazne święto. Cieszę się, że możemy pokazać takie wartości jak wolność i równość. (…) Chcemy być jako Poznań w tej części Europy, która jest przywiązana do demokracji, wolności, tolerancji i akceptacji drugiej osoby” – mówił.

W 2017 roku dołączył do niego prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, który podejrzał, jak dbanie o równość przyswoili m.in. brytyjscy torysi. Użył narracji, po którą coraz częściej sięgają konserwatyści na całym świecie, i powiedział, że jego udział w III Trójmiejskim Marszu Równości jest przejawem poważnego traktowania wartości konserwatywnych i religijnych.

„Nasze miasto – Gdańsk – chce być otwarte na różnorodność, bo różnorodność jest bogactwem, nie jest problemem. Tylko w spotkaniu z innym, tylko w spotkaniu z obcym, możemy się wzbogacić: dopiero spotkanie z inną kulturą, odmiennością czyni nas bogatszymi” – mówił Adamowicz 27 maja 2017 podczas Marszu Równości.

O ile Jaśkowiak stawia akcent na pluralizm (w swoim wystąpieniu na poznańskim marszu przypominał, że „każdy może demonstrować swoją tożsamość”), o tyle Adamowicz otworzył kilka wątków pozwalających w typowy dla Platformy Obywatelskiej „konserwatywny liberalizm” włączyć postulaty równościowe.

Adamowicz odświeża konserwatyzm

Po pierwsze, cytując encykliki Jana Pawła II, wydobył na pierwszy plan chrześcijaństwo jako religię miłości, która łączy dzięki uniwersalnemu szacunkowi dla godności człowieka. To Adamowicz odniósł się do demokracji jako poszanowania pluralizmu postaw i poglądów.

Po drugie, Adamowicz przedstawił swoją obecność na Marszu Równości jako konsekwencję znajomości historii – a konsekwencja i dziedzictwo to ważne dla konserwatystów wartości – od czasów przyjmowania przez Gdańsk uciekinierów z różnych części Europy po powstanie w tym mieście „Solidarności”.

W tym odbija się trzecia droga do połączenia konserwatyzmu i równości:

pokazanie, że konserwatyzm nie wyklucza zmiany poglądów.

Zasłanianie się pluralizmem partyjnym to błąd

Jednocześnie Adamowicz wypomniał NSZZ „Solidarność”, że w ciągu ostatnich 12 lat przebyła drogę w przeciwną stronę – bo gdy w 2005 roku Adamowicz próbował zablokować przeprowadzenie wiecu równości w Trójmieście, to właśnie związkowcy z „S” wstawili się za organizatorami, przypominając o prawie do demonstracji. Dziś, gdy „Solidarność” jest przyklejona do PiS, trudno to sobie nawet wyobrazić.

To, co zrobił Adamowicz, powinno zawstydzić jego partyjnych kolegów i koleżanki, a szczególnie Hannę Gronkiewicz-Waltz, która od lat nie tylko odmawia objęcia patronatem Parad Równości – święta społeczności LGBTI – ale konsekwentnie, demonstracyjnie nie bierze w nich udziału. W 2017 roku uczestniczyła w manifestacji w formie drukowanej, z napisem: „A moghłam być khólową tej imphezy”.

Czysto koniunkturalnie, gdy chce się skutecznie walczyć z Prawem i Sprawiedliwością, ślepa zachowawczość i zasłanianie się pluralizmem w partii to po prostu polityczny błąd. Symboliczne powitanie zgromadzonego tłumu (a w Warszawie osoby o nienormatywnej orientacji seksualnej czy tożsamości płciowej to największa z mniejszości)

można traktować jako sposób na przekucie walki o demokrację, państwo prawa, swobodę zgromadzeń, w sprawy ważne dla olbrzymiej grupy ludzi.

„Artykuł 18” o degeneracji konserwatyzmu

Lekcje za polskich konserwatystów od lat odrabiają działacze LGBTI i ich sojusznicy, którzy starają się, by dość prostą prawdę o równości i podmiotowości ludzi ubrać w strawny dla konserwatywnej większości język. Od lat odbijają się od tych samych argumentów – nie naruszając fasadowego dialogu prowadzonego w kuluarach. A może ruch powinien iść w drugą stronę?

Film „Artykuł 18” to dokumentacja działań na rzecz równości małżeńskiej. Opowiada historię negocjacji z konserwatyzmem Platformy Obywatelskiej i jej przekonaniem, że partia nie może pozwolić sobie na więcej, niż pozwoli jej społeczeństwo, że do zmian społecznych powinna przekonywać się jako ostatnia.

W efekcie „Artykuł 18” jest świadectwem niezliczonych niespełnionych obietnic oraz opowieścią o prawie, które, choć nie zostało ustanowione po to, by ograniczać – okazało się narzędziem dla tych, którzy chcą jednoczyć swój elektorat przez wskazywanie wroga.

Tytułowy art. 18 Konstytucji RP („Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”) stał się jednocześnie sposobem na oskarżenie społeczności LGBTI o niszczenie tradycji i narodu oraz podstawą odmówienia ludziom równości, co miało być wyrazem demonstracji patriotyzmu i przywiązania do wartości przez tych, którzy tę strategię stosowali.

„Artykuł 18” sięga po podstawowy ludzki wymiar, pokazując historie osób, które muszą wymyślać strategie przetrwania w niesprzyjającej rzeczywistości politycznej.

Dzięki temu jest opowieścią trafiającą do spełniających heteronormatywne wymogi „nieprzekonanych” i „niezdecydowanych”, którzy nie znają rzeczywistości życia osób LGBTI.

Dzięki temu „Artykuł 18” proponuje konserwatystom redefinicję granic obcości na podstawie wartości państwowych. Tak ujęta logika państwowego konserwatyzmu mówi: „Jeżeli chcecie zakładać rodziny, płacić podatki, dbać o symboliczny i materialny dobrobyt państwa, pomnażać jego zyski i uczestniczyć w jego programie politycznym, to państwo obejmie was opieką”.

Izrael daje paradoksalną lekcję równości

Nie jest to narracja nieznana – skrajnym przykładem jest Izrael, który tęczową flagę podniósł przede wszystkim po to, by zasłonić sprawę okupacji Palestyny. To strategia tzw. pinkwashingu [przedstawianie się jako państwo przyjazne osobom LGBT bez wdrażania praktyk antydyskryminacyjnych], która nie jest niczym innym niż próbą odwrócenia uwagi od łamania prawa.

W Izraelu uzupełnia to drugi, dziwny z punktu widzenia polityki równościowej argument – oparta na nacjonalizmie chęć włączenia „swojej” mniejszości LGBTI w politykę państwa wymierzoną w „obcych”. Dobrze obrazuje to izraelska armia, w której karierę mogą robić izraelscy geje i lesbijki, a która jednocześnie bezwzględnie dyskryminuje osoby o innym pochodzeniu etnicznym.

Dla lewicy taka narracja jest oczywiście nie do przyjęcia, ale centroprawica powinna się zastanowić, czy równość dla osób LGBTI nie jest jakąś odpowiedzią na takie zjawiska jak brunatnienie społeczeństwa, kryzys demograficzny lub wyjeżdżanie specjalistów na Zachód.


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym