"Lata 2016-2017 przyniosły przełom - polski ruch kobiecy stał się masowy. Już nie wielkomiejski, skupiony w NGO-sach, ale ogólnopolski i powszechny. Internetowy i uliczny. Wielopokoleniowy. Owszem, bywa radykalnie antyklerykalny, ale nie brak w nim kobiet wierzących" - mówiła Agnieszka Graff we wprowadzeniu do panelu o "Gniewie kobiet"

Pod hasłem „Wszystkich praw. Całego życia!” obraduje w Łodzi X jubileuszowy Kongres Kobiet, najważniejsza impreza polskiego ruchu kobiecego. Przyjechało na Kongres blisko 5 tysięcy osób z całego kraju.

O o 14.00 rozpoczął się jeden z bardziej oczekiwanych paneli „Gniew kobiet – czas protestów”. Uczestniczą w nim Miranda Korzeniowska, Marta Lempart, Oxana Lytvynenko, Bożena Przyłuska, Joanna Scheuring-Wielgus, Marta Wosak, Iwona Hartwich.

Publikujemy wprowadzenie do dyskusji prowadzących panel Agnieszki Graff i naszej koleżanki redakcyjnej  Agaty Szczęśniak


Agnieszka Graff: Znalazłyśmy swój głos — mocny i gniewny, racjonalny, ale też pełen emocji


Jesienią 2016 poczułam  — gdzieś głęboko, w brzuchu, w bebechach — co naprawdę oznaczają te legendarne feministyczne hasła. Gdy 3 października wdrapałam się z moją przyjaciółką Elą Korolczuk na wieżę kościoła świętej Anny w Warszawie, byłam już przemoczona do suchej nitki i przemarznięta na kość.

Nie czułam jednak zimna, ale dreszcz emocji i wzruszenia. To, co zobaczyłam z góry, przeszło moje najśmielsze oczekiwania: potężny falujący tłum — na Placu Zamkowym i dalej, jak okiem sięgnąć, na Krakowskim Przedmieściu.

Znacie ten widok z setek zdjęć, które potem trafiły do mediów. Parasolki, parasolki, parasolki. Odgłosy bębnów, rytmicznie wznoszone okrzyki. Pomruk tłumu — nie znałam wcześniej tego dźwięku.

Dziwne, nawet nie zauważyłam, że płaczę. Pode mną falował GNIEW kilkudziesięciu tysięcy ubranych na czarno kobiet, ich poczucie siły i wspólnoty.

Pomyślałam, że większość z nich protestuje po raz pierwszy w życiu. Potem tylko jeszcze raz przeżyłam coś podobnego — 23 marca 2018 roku — w Czarny Piątek, gdy gigantyczny marsz doszedł na Nowogrodzką i tam, w gęstym tłumie, słuchałam przemówień, czytałam radykalne hasła, wznosiłam okrzyki.

Powodem protestów był barbarzyński projekt pełnego zakazu aborcji. Ale za tym jednym powodem — za wściekłością na Ordo Iuris, na PiS, na Kaję Godek, na biskupów — za tym jednym powodem kryła się cała masa innych.

Chodziło o przemoc, o seksizm, o dyskryminację, o upokorzenia, o pogardę i lekceważenie. To był wybuch wściekłości, który Polki tłumiły od dziesięcioleci. Wylało się. Wreszcie.

O czarnych protestach napisano setki analiz. Że to był przełom pokoleniowy w społecznym oporze przeciw władzy PiS — na ulice po raz pierwszy masowo wyszła młodzież. Że był to pierwszy raz, gdy ta władza ustąpiła.

A także przełom w historii ruchu kobiecego — stał się masowy. Już nie wielkomiejski, skupiony w NGO-sach, ale ogólnopolski i powszechny. Internetowy i uliczny. Wielopokoleniowy.

Owszem, bywa radykalnie antyklerykalny, ale nie brak w nim kobiet wierzących. Z badań wiadomo, że większość uczestniczek mówi o sobie, że są „zwykłymi kobietami”. Nigdy wcześniej się nie angażowały. Poznały się na fejsie. Wyszły na ulice bronić godności.

Większość Polaków (58 proc.) deklaruje poparcie dla czarnych protestów, sprzeciw wyraża tylko 26 proc. Nawet wśród wyborców PiS 1/3 popiera protesty. 

Czas gniewu to także protesty w obronie sądów latem 2017 — wśród organizatorów kluczowe miejsce zajęły kobiety. Kobieca blokada Marszu Niepodległości — 17 kobiet na Moście. I heroiczny protest osób z niepełnosprawnościami i ich opiekunów — w większości matek. 

Fala kobiecego gniewu zmieniła Polskę. Sądzę, że zmieniła też każdą uczestniczkę protestów z osobna. Przestałyśmy się bać, przestałyśmy się wstydzić.

Patriarchat nadal trzyma się mocno, ale skończyła się samotność kobiet, które się na patriarchat nie godzą. Znalazłyśmy swój głos — mocny i gniewny, racjonalny, ale też pełen emocji. Policzyłyśmy się. Poczułyśmy, że siostrzeństwo to potęga.

Ten potężny ruch ma wiele liderek. zaprosiłyśmy kilka z Was, żałując, że nie możemy zaprosić kilkudziesięciu kolejnych. Będziemy o protestach mówić politycznie, ale także osobiście. Bo dziś prywatne jest polityczne, a to, co polityczne, dotyka nas osobiście.


Agata Szczęśniak: Kobiety zabrały głos. Wzięły sobie głos


Widzicie kobiety z mikrofonami, z megafonami, ze szczekaczkami. Kobiety, które mówią, skandują, przemawiają, krzyczą, wrzeszczą. Czasem po raz pierwszy w życiu. Czasem przed ogromnym, wielotysięcznym tłumem, a czasem przed kilkoma obcymi osobami albo przed kilkorgiem znajomych — a to bywa jeszcze trudniejsze.

Kobiety wzięły słowa w swoje ręce. Dałyśmy sobie głos. Sobie samym i sobie nawzajem. Podawałyśmy mikrofon, pomagałyśmy opanować tremę. Kobiety wiedzą, co chcą mówić i jak chcą mówić. Gdzie i do kogo.

„Od wielu lat nikt nie wsłuchuje się w głos rodziców i opiekunów dorosłych osób niepełnosprawnych” — mówiła Iwona Hartwich. Tak samo nie słuchano samych osób z niepełnosprawnościami. Ani głosu kobiet.

No to zrobiłyśmy tak, że nie można było nas nie usłyszeć. Mówiłyśmy. Krzyczałyśmy. Wrzeszczałyśmy.

Jestem dziennikarką. To wielkie wyzwanie dla mediów, kiedy obywatele i obywatelki nie potrzebują nas jako pośredników. Nie chcą, żeby media mówiły za nich i za nie. W tych dniach, w tych protestach, kobiety, których w mediach jest mało — za mało — zdobyły władzę nad mediami. Przejęły inicjatywę.

Zabrały głos. Wzięły sobie głos. Ale ten głos nie był pojedynczy, centralnie sterowany. To był wielogłos.

Wiele historii, a każda ważna. I teraz niektóre z tych historii usłyszymy raz jeszcze.


Redaktorka, publicystka. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe. Dumna z mazowiecko-podlaskich korzeni.
W OKO.press pisze o mediach, polityce polskiej i zagranicznej oraz prawach kobiet.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym