Zarząd województwa dolnośląskiego wszczął procedurę odwołania Cezarego Morawskiego ze stanowiska dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Kryzys w "Polskim" to nauczka dla samorządowców, by z tak delikatnym instrumentem jak teatr obchodzić się na przyszłość ostrożniej. I uważniej.

Teatr Polski stał się miejscem najdłuższego i najgłośniejszego protestu środowisk artystycznych w III RP. O rezygnację apelowała do Morawskiego m.in. Maja Komorowska, dyrektorzy warszawskich teatrów: TR Warszawa (Grzegorz Jarzyna), Dramatycznego (Tadeusz Słobodzianek) czy Powszechnego (Paweł Łysak). Solidarność z protestującym zespołem wyrażały teatry w całej Polsce. Bezskuteczne próby mediacji podjął Andrzej Seweryn.

Za Morawskim stoi Tadeusz Samborski, wieloletni działacz ZSL i PSL, obecnie w zarządzie województwa dolnośląskiego, który pół roku temu przekonał do dyrektora pozostałych samorządowców. W konkursie poparło go także kierowane przez Piotra Glińskiego ministerstwo kultury.

Jak odwołuje się szefa teatru?

Ustawa o prowadzeniu działalności kulturalnej mówi, że dyrektora instytucji kultury można odwołać tylko w trzech przypadkach:

  • choroby trwale uniemożliwiającej wykonywanie obowiązków,
  • naruszenia przepisów prawa w związku z zajmowanym stanowiskiem albo
  • nierealizowania podpisanej przez niego umowy o warunkach organizacyjno-finansowych działalności instytucji.

Samorząd Dolnego Śląska zamierza powołać się na trzeci z tych punktów. Morawski zapowiada, że pójdzie do sądu. Jeśli wygra, raczej dostanie odszkodowanie niż zostanie przywrócony na stanowisko.

Urzędujących dyrektorów scen odwołuje się bardzo rzadko.

W 2013 w Rzeszowie PiS-owski zarząd województwa odwołał Remigiusza Cabana ze stanowiska szefa Teatru im. Wandy Siemaszkowej. Powody? Rzecznik podkarpackiego marszałka wyliczał: „naruszenie zasady efektywnego wydawania środków publicznych”, „brak realizacji niektórych umów cywilnoprawnych czy poniesienie znacznych kosztów na realizację przedstawienia „Hamlet”, [podczas gdy] ostatecznie zrezygnowano z jego prezentacji”.

Problem w tym, że bardzo trudno w teatrze ustalić próg i definicję finansowej „efektywności” – jako publiczna instytucja z misją, teatr nie ma na siebie zarabiać, tylko tworzyć wartościową ofertę kulturalną.  Nawet w najlepszych teatrach zdarza się, że rozpoczęte przedstawienie, na które poniesiono już pewne nakłady, nie dochodzi do skutku.

Przypadek Teatru Polskiego każe jeszcze raz zapytać,

co jest niedopuszczalną ingerencją samorządu w gwarantowaną ustawą autonomię instytucji artystycznej, a co nieodzowną odpowiedzią na sytuację nierozwiązywalnego inaczej kryzysu.

Trudno zadekretować w prawie, co oznacza „wysoki poziom artystyczny”. W odróżnieniu od części najważniejszych muzeów, teatry nie mają rad powierniczych, w których zasiadałyby uznane autorytety opiniujące działalność placówki i wybierające dyrektora.

Rzeszowski przypadek komentowano jako decyzję polityczną. W przypadku Morawskiego merytoryczne podstawy są jednak bardzo mocne, również te mające oparcie o kontrakt.

Ani jednej premiery

Morawski zapowiadał szereg premier, tymczasem po połowie sezonu nie zrealizował ani jednej. W lutym na dużej scenie nie pojawi się żaden spektakl z repertuaru teatru – wyłącznie przedstawienia gościnne.

Zdjęto przedstawienia m.in. Krystiana Lupy czy Moniki Strzępki, na włosku zawisła też dalsza eksploatacja przyjętej entuzjastycznie w kraju i na świecie „Wycinki” – ostatniej premiery Lupy. Wbrew programowi dyrektora, zniknęła także większość edukacyjnej oferty teatru.

Ujawnić kontrakt

Dobrą praktyką mogłyby być obowiązkowa publikacja kontraktów dyrektorskich i bardziej precyzyjne ich konstruowanie. Z reguły umowy zawierają jedynie wymogi finansowe i frekwencyjne.

Można byłoby dookreślić, co oznacza realizacja składanego w konkursie programu. Aplikacje konkursowe często bywają bowiem zestawami ogólników i pobożnych życzeń. Nie rozlicza się ich z merytorycznego punktu widzenia, choć czasem byłoby to możliwe –  można by chociażby sprawdzić, ile z zapowiadanych w programie nazwisk uznanych twórców pojawiło się w rzeczywistości na scenie.

Niejednokrotnie wybitni artyści nie wiedzą nawet, że figurują w konkursowych aplikacjach. Tak było np. w przypadku Morawskiego (zapowiedział, że „zaproponuje” współpracę m.in. Grzegorzowi Jarzynie, Krystianowi Lupie, Janowi Englertowi), wcześniej też np. w aplikacji Tadeusza Słobodzianka, który w 2012 r. został dyrektorem Dramatycznego w Warszawie (zapowiadał m.in. pracę z Krystianem Lupą czy Moniką Strzępką).

Program Morawskiego odsyłał też do nieistniejących już festiwali i nierealnych źródeł finansowania.

Być może to, czego nie dookreśla ustawa, można zawrzeć właśnie w umowie.

Zawarta w 2016 r. w Jeleniej Górze jako jeden z możliwych powodów rozwiązania kontraktu przewiduje „niemożność zażegnania konfliktów pracowniczych w teatrze” – do właśnie takiej sytuacji doszło w „Polskim”.

Morawskiego wspiera zakładowa „Solidarność” (część aktorów i pracownicy techniczni), w spór zbiorowy weszła z kolei zrzeszająca aktorów i pracowników  administracyjnych i merytorycznych Inicjatywa Pracownicza.

Związkowcy z IP zwracają uwagę na zwolnienia artystów w trakcie sporu zbiorowego, motywowane jedynie krytyką dyrektora w mediach społecznościowych – to jeden z ich  argumentów za odwołaniem Morawskiego. Z kolei Solidarność zorganizowała w obronie Morawskiego referendum.

Wspólny teatr ministerstwa i samorządu

W przypadku Teatru Polskiego we Wrocławiu sprawę komplikuje fakt, iż jest on współprowadzony przez ministerstwo kultury.

Resort po zapowiedzi odwołania Morawskiego wypowiedział się bardzo enigmatycznie: „Jako współorganizator Teatru Polskiego we Wrocławiu Minister wyraża przekonanie, że wszelkie decyzje Zarządu Województwa dotyczące stosunku pracy dyrektora Cezarego Morawskiego będą podejmowane z poszanowaniem litery prawa”.

Deklarację tę poprzedziło wyliczenie sytuacji, w których prawnie możliwe jest odwołanie dyrektora, bez słowa komentarza, czy któraś z nich zdaniem resortu zaszła, bądź nie zaszła we Wrocławiu.

Czyżby ministerstwo umywało ręce? Jednak w świetle aktualnej wersji umowy o współprowadzeniu między samorządem a resortem, opinia tego ostatniego nie jest wiążąca.

Prawica broni Morawskiego

Zarzuty na prawicowych portalach, że artyści „Polskiego”  walczą o „tylko o swój interes”  czy „przywileje” trudno traktować poważnie. To cenieni aktorzy, którzy nie będą mieli problemu ze znalezieniem pracy.

Część przeszła już do teatrów Warszawy (Bartosz Porczyk, Marcin Pempuś, Halina Rasiakówna – Teatr Studio, Ewa Skibińska – Teatr Powszechny) i Krakowa (Małgorzata Gorol – Narodowy Stary Teatr). Inni podejmują gościnne projekty w innych miastach (Andrzej Kłak i Anna Ilczuk zagrają w „Chłopach” Krzysztofa Garbaczewskiego w Powszechnym, spora grupa aktorów robi z Marcinem Liberem poświęcony sytuacji w „Polskim” projekt „Fuck” w nowohuckim Teatrze Łaźnia Nowa).

Tworzona przez protestujących artystów grupa „Teatr Polski w Podziemiu” wystawiła dwa spektakle w sąsiednim wrocławskim Teatrze Capitol.

Zespół Polskiego cieszył się opinią jednego z najlepszych w Polsce. Czy po odwołaniu Morawskiego wróci do świetności?

Przed teatrem zapewne kolejny okres przejściowy – przed kolejnym konkursem samorząd powoła p.o. dyrektora, zwaśnioną załogę według nieoficjalnych zapowiedzi ma pogodzić układająca program na czas „bezkrólewia” Rada Artystyczna. Nowy dyrektor będzie musiał uzupełnić ubytki w ekipie i nadrobić stracony czas.

Cokolwiek zmieni się lub nie zmieni w prawie i procedurach po wrocławskiej aferze, kryzys w „Polskim” to nauczka dla samorządowców, by z tak delikatnym instrumentem jak teatr obchodzić się na przyszłość ostrożniej. I uważniej słuchać ekspertów.



Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym