Spał dwie i pół godziny, ze dwa razy się zdrzemnął. Przebadał dziesiątki osób, podejmował wiele decyzji, które decydowały o zdrowiu lub chorobie. Pięciokrotnie wzywano go na operacje. Reporterka OKO.press - sama walcząc z sennością - notowała przebieg 36 godzin jego pracy w radomskim szpitalu. I zrozumiała, dlaczego lekarze-rezydenci mają dość

Od stycznia 4 tysiące młodych lekarzy w całej Polsce przestanie pracować po godzinach i w kilku miejscach jednocześnie. To ich protest przeciwko niskim nakładom na polską służbę zdrowia.

Jednym z nich jest Krzysztof Hałabuz, rezydent 4. roku chirurgii. Zgodził się na moją reporterską asystę.

Poniedziałek 4.30

Krzysztof Hałabuz budzi się w mieszkaniu na warszawskich Kabatach. Poszedł spać o północy, żeby przespać 5,5 godziny przed ciężkim tygodniem, ale obudził się przed budzikiem, a potem nie mógł już zasnąć.

Ja budzę się godzinę później. Wypijam zieloną herbatę i o 5.50 wychodzę z domu. Na szczęście mieszkamy blisko siebie.

6.00 Spotykamy się przed blokiem Krzysztofa i jego samochodem ruszamy do Radomia. Krzysztof jeździ tą trasą codziennie, chyba że po skończeniu pracy na oddziale ma jeszcze nocny dyżur – tak jak będzie dzisiaj.  Zacznie pracę o 7.00, a skończy jutro o 15.00 .

Czyli 32 godziny non-stop, nie licząc dojazdów. Tak pracuje cztery razy w miesiącu, kiedy ma dyżur w Nocnej Pomocy Lekarskiej, poza swoją umową, za co dostaje 16 zł netto/za godzinę. Nocne dyżury na oddziale i na SOR-ze, czyli Szpitalnym Oddziale Ratunkowym – cztery lub pięć w miesiącu – odbywa w ramach umowy, bez dodatkowych pieniędzy.

Zarabia 2600 zł na rękę.

Ale od stycznia koniec z pracą po godzinach. Krzysztof Hałabuz jest współzałożycielem i przewodniczącym Porozumienia Rezydentów, które zorganizowało w październiku miesięczny protest głodowy. Głównym postulatem było zwiększenie finansowania służby zdrowia do co najmniej 6,8 proc. PKB. Rząd zignorował ich głodówkę, więc zmienili formę protestu. Krzysztof tłumaczy: „Wypowiadamy klauzulę opt-out. To taki specjalny dopisek w umowie o pracę, w którym – wbrew Kodeksowi Pracy – zrzekamy się prawa do pracy w regulowanych godzinach. W efekcie zamiast przepisowych 192 godzin miesięcznie pracujemy po 300”

W radomskim szpitalu klauzulę opt-out wypowiedzieli wszyscy rezydenci z wyjątkiem dwóch rezydentek ginekologii: ordynator powiedział im, że jeżeli to zrobią, to będzie problem z zaliczeniem specjalizacji. W całej Polsce klauzulę opt-out wypowiedziało ponad 4 tysiące młodych lekarzy. Od 1 stycznia 2018 będą pracować maksymalnie 48 godzin tygodniowo. A to oznacza duży problem z obsadzeniem dyżurów, zwłaszcza na oddziałach ratunkowych.

6.30. Pędzimy autostradą. Krzysztof tłumaczy, dlaczego ich protest jest ważny dla całej służby zdrowia: „To nie jest tylko problem lekarzy rezydentów, ale też specjalistów. Oni dostają – czasem – trochę lepsze pieniądze, ale też muszą tyle zasuwać.

Nie chcę tak zapieprzać za 10-15 lat. Chciałbym uczyć młodych lekarzy, zamiast kombinować, jak wcisnąć im jak najwięcej dyżurów, żebym sam nie musiał pracować po nocach. Chcę mieć czas na normalne życie, na sen, na sport – wszystko to, co zalecamy naszym pacjentom. Uwielbiam grać w tenisa – od dwóch lat nie miałem rakiety w ręku. Kiedyś śpiewałem w chórze Izby Lekarskiej, ale w czwartkowe wieczory albo mam dyżur, albo jestem wykończony”.

Dwa energetyki (on), dwa papierosy (on) i jedną kanapkę (ja) później dojeżdżamy do Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego w Radomiu.

7.15 Wchodzimy na oddział chirurgii. Szybka kawa (ja), zmiana ubrania na fartuch (Krzysztof). Oczy mi się kleją.

Na oddziale pracuje 15 lekarzy, w tym 6 rezydentów, z czego tylko dwie kobiety, jedna na urlopie macierzyńskim. Wchodzę piętro wyżej zostawić rzeczy, jestem tak nieprzytomna, że potykam się na schodach.

7.30 Początek porannego raportu. Lekarze omawiają kolejne przypadki: cukrzyca, guz wątroby, drenaż ropnia śródsierdzia, stopa cukrzycowa, uraz śledziony, przepuklina brzuszna… Jest mi ciepło, siedzę na wygodnej kanapie, oczy powoli się zamykają…

8.36 Na szczęście zaczynamy poranny obchód oddziału, działa adrenalina. Lekarze są uprzejmi, każdego pacjenta witają miłym słowem typu „Dzień dobry, jak się pani czuje?”. Pacjentów jest tak wielu, że pięcioro leży na łóżkach dostawionych w korytarzu.

8.55 Krzysztof idzie na blok operacyjny asystować przy operacji przepukliny. Ja zostaję w pokoju lekarskim z Anią, rezydentką drugiego roku. Urodziła się w Radomiu, potem z rodzicami wyjechała do Chicago. Wróciła do Polski studiować medycynę: „Chciałam jak najszybciej stanąć przy stole operacyjnym, a w Stanach najpierw trzeba skończyć college, a dopiero potem szkołę medyczną. Mama jest internistką, tata chirurgiem naczyniowym”.

Ale teraz Ania nie wie, czy zostanie w Polsce: „Podoba mi się atmosfera – wszyscy sobie pomagamy, w Stanach jest większa konkurencja. Jak ktoś jest na bloku, to ktoś za niego robi wypisy [czyli wypełnia dokumenty niezbędne do wypisania pacjentów ze szpitala – red.]. Czasem nawet pomagają w tym specjaliści. Ale strasznie harujemy – ostatnio miałam cztery dyżury pod rząd, w tym tzw. dyżur wyjazdowy, czyli jeździłam karetką do pacjentów od 18 do 8 rano.

Nie wiem, czy chcę całe życie tak pracować za takie małe pieniądze. Na razie mogę – nie mam dzieci, rodziny, kredytu. Ale kiedyś bym chciała. Chciałabym kiedyś kupić samochód. W Stanach tempo pracy jest może i podobne, ale pieniądze dużo lepsze”.

9.30 Ania teoretycznie skończyła nocny dyżur – trzy operacje: przepuklina, ostry pęcherzyk i tzw. „depacking” wątroby – o 7.00 rano. Ale nadal siedzi przy komputerze i wypełnia niekończące się tabelki opisujące jej dyżur. Do pokoju wchodzi ordynator oddziału i wygania ją do domu. „Idź, bo padniesz trupem”.

10.49 Krzysztof wraca z operacji. Przerwa na kanapkę. Pokazuję mu reportaż w dzisiejszym „Dużym Formacie” (dodatek „Wyborczej”) o rezydentach, którzy wyjechali za granicę. Krzysiek wzdycha: „Same truizmy, zero konkretów”. Ale cieszy się, że o młodych lekarzach pisze się coraz więcej.

10.55 Przerwa na papierosa w bocznej klatce schodowej szpitala. Na schodach ktoś przykleił naklejkę „Zawód umierający”.

11.00 Na korytarzu łapie nas pacjent. Krzysztof prowadzi go do pokoju lekarzy – nie ma innego miejsca na rozmowę. Starszy mężczyzna, Stanisław, ma raka płuc z przerzutami do krtani, przyszedł do szpitala, bo nie może przełykać. Jego dokumentacja jest na onkologii, Krzysztof nie ma do niej wglądu. Absurdalne. Całe to mozolne wypełnianie dokumentów – i elektronicznie, i na papierze, się marnuje, bo informacje nie przepływają pomiędzy oddziałami. Krzysztof umawia pacjenta na następny dzień, na zabieg wszczepienia rurki do karmienia prosto do żołądka. Mężczyzna zostanie na oddziale, dziś ma zlecone podstawowe badania. Od rana lekarze przyjęli dziewięć osób.

11.27 Przyjmujemy kolejną pacjentkę, szukamy dla niej miejsca na oddziale. Będzie szóstą osobą na korytarzu.

11.50 Czas na papierkową robotę – dublowanie danych z elektronicznej bazy danych na papier. „Nasi” pacjenci podpisują zgody na zabieg. Siadamy na kanapie, żeby chwilę odpocząć. Krzysztof wyciąga iPada, wchodzi na stronę Porozumienia Rezydentów na Facebooku, jest jednym z administratorów. Odpowiada na komentarze i moderuje posty.

11.54 Wchodzi jeden z lekarzy specjalistów, zabiera Krzysztofa do asysty przy operacji portu żylnego.

12.55 Powrót z operacji

13.00 Idziemy na obiad do szpitalnego bufetu. Krzysztof je zestaw dnia (pieczarkowa + kotlet mielony z ziemniakami, marchewka z groszkiem), ja wybieram panierowaną pierś z kurczaka.

13.25 Powrót z obiadu. Chwila oddechu: Krzysztof wyciąga iPada, zaczyna grać w „Rośliny kontra zombie”. Próbuje sadzić rośliny, które bronią go przed zombie.

13.45 Do pokoju lekarskiego wchodzi wnuczka Stanisława, tego pacjenta z rakiem płuc. Pyta o dziadka. Ale lekarze nie są w stanie nic powiedzieć o nowotworze, bo wszystkie informacje są na innym oddziale. Bo pacjent został przyjęty na chirurgię tylko w sprawie problemu z przełykaniem…

Krzysztof przez chwilę rozmarza się o elektronicznej bazie danych pacjentów, która obejmowałaby całą Polskę.

14.20 Dariusz, lekarz specjalista z 15-letnim stażem, mówi mi, że nie narzeka na zarobki, ale na ilość pracy – po 12-13 godzin dziennie. Wtrąca się inny rezydent: właśnie przyszła jego rodzina, żeby się mogli na chwilę zobaczyć. Inaczej nie widziałby się z żoną i dwójką dzieci przez trzy doby. I tak ma szczęście, bo mieszkają w Radomiu. Krzysztof ma dwójkę dzieci w Warszawie – jeśli ma taką serię dyżurów, jak teraz, to nie widuje się z nimi nawet kilka dni.

15.00 Koniec pracy na oddziale! Rzucam się na „moją” kanapę w pokoju lekarskim i od razu zasypiam. Krzysztof śpi w dyżurce piętro niżej.

17.30 Budzik! Jeszcze nie wiem, że te dwie i pół godziny będą najdłuższym snem przez następne 24 h.

Lekarz-rezydent dyżurujący na oddziale, Daniel, pyta, czy odpoczęłam. Odpowiadam, że nie bardzo. Daniel opowiada, że od 6 rano poprzedniego dnia spał ciągiem najwyżej dwie godziny. Jest na drugim roku rezydentury, to jego piąty dyżur w tym miesiącu. W listopadzie przepracował ponad 300 godzin. Nie jest zadowolony z podwyżek zaproponowanych przez Radziwiłła: „W przyszłym roku będę zarabiał 2800 zł na rękę. Ktoś, kto dopiero zacznie rezydenturę na chirurgii – 3500 zł, a za dwa lata – będzie zarabiał prawie 1000 zł więcej niż ja na czwartym roku”.

17.45 Robię sobie czwartą kawę. Czas przygotować się do dyżuru w Nocnej Pomocy Lekarskiej. NPL została stworzony, żeby odciążyć SOR (Szpitalny Oddział Ratunkowy). Nocni pacjenci najpierw zgłaszają się na rejestrację, gdzie lżejsze przypadki odsyłane są właśnie do NPL-u.

18.00 Idziemy sprawdzić, co się dzieje w NPL-u. Na razie nikogo nie ma, wracamy do dyżurki. Kiedy jesteśmy na schodach, dzwoni pielęgniarka, że przyszedł pierwszy pacjent.

Pomiędzy 18 a 6 rano w NPL-u pojawi się trzynaścioro pacjentów. Każdego pacjenta Krzysztof musi dokładnie opisać, i to dwa razy – w komputerze i w specjalnym zeszycie.

Pomiędzy każdym z nich próbujemy spać, ale Krzysztofa budzą telefony od pielęgniarki, która nie może pozwolić sobie na żadną przerwę. Krzysztof dzwoni do mnie, wciągam adidasy i zbiegam za nim po schodach

19. 00 młody chłopak z dusznościami;

19.10 pięciolatka z zapaleniem ucha;

19.41 dziesięciolatka z bólem kręgosłupa od dźwignięcia;

20.05 niemowlak z dziwną wysypką;

20.24 siedmiolatek z bólem brzucha, który nie mija po żadnym środku przeciwbólowym;

21.45 40-latka z krwią w moczu;

21.55 siedmiolatka Wiktoria z 37.7 stopnia gorączki, która nie mija po ibuprofenie, dostaje antybiotyk;

22.05 dwunastolatek z gorączką i przeziębieniem (nic takiego, po co na dyżur);

23.05 pięciolatek z bólem (już nie mam siły notować szczegółów);

23.30 50-latek, który miał zgłosić się na kontrolę po tygodniu przyjmowania antybiotyku i zdecydował, że przyjdzie właśnie o tej porze, „bo tak mu pasuje z pracą”;

Wtorek, 1.13 nastolatka z podejrzeniem wyrostka, którą wysłał do nas lekarz z podradomskiego szpitala, gdzie nie było oddziału chirurgii dziecięcej. Ale nie wypisał skierowania – musiała więc przejść przez rejestrację, NPL i dopiero Krzysztof mógł wypisać jej skierowanie do chirurga;

3.34 mężczyzna zwija się z bólu (pleców);

5.48 Przychodzi ostatni na tym dyżurze pacjent, starszy pan z biegunką i wymiotami. Krzysztof dzwoni, żeby mi o tym powiedzieć, ale każe mi iść dalej spać. Długo nie musi mnie do tego przekonywać.

7.00 Dzwoni budzik. Mam ochotę zrobić komuś krzywdę. Szybki prysznic, kawa (nie jestem już nawet głodna, mimo że ostatni posiłek – kanapkę zjadłam o 17.45 poprzedniego dnia).

7.30 Początek porannego raportu. Czuję się jak zombie. Krzysztof jest zdecydowanie mniej rozmowny, dużo mniej żartuje. Daniel robi sprawozdanie z dyżuru na oddziale – jeden zgon, dwóch nowych pacjentów, trzy zabiegi.

8.33 Koniec raportu, idziemy na obchód po oddziale. Krzysztof rozmawia z każdym i każdą, jak się czuje, tłumaczy, co będzie się z nimi działo.

9.15 Koniec obchodu, wracamy do pokoju lekarskiego, Krzysztof siada do papierów. Po raz kolejny widzę, jak marnowany jest najcenniejszy dla pacjentów zasób – czas lekarza.

Krzysztofowi wraca humor. Kiedy jeden ze starszych lekarzy wzdycha: „A Ania siedzi i głaszcze te babcie, zamiast robić wypisy”, Krzysztof odpowiada: „Ale tylko dzięki temu mamy te ciastka od pacjentów, musi być równowaga!”.

10.30 Krzysztofa wzywają na blok operacyjny. To jego 27. godzina pracy i czwarta operacja, będzie asystował przy amputacji piersi. Ja nie mam już siły robić notatek. Patrzę tępo w przestrzeń. Specjalista z 15-letnim stażem opowiada: „Kiedyś nie było rezydentury, była dwustopniowa specjalizacja, po każdym stopniu egzamin. Miałem umowę o pracę jako młodszy asystent, pensję płacił mi szpital, a nie ministerstwo. Żeby zostać specjalistą, trzeba było dobrze zdać egzamin i mieć zgodę tzw. „specjalisty wojewódzkiego.”

11.45 Krzysztof wraca z bloku operacyjnego. Wyciąga iPada. Rośliny zabijają zombie.

12.15 Krzysztofa wzywają na kolejną, drugą z kolei amputację piersi. Zostaję sama w pokoju lekarskim – wszyscy lekarze są na bloku operacyjnym. Co jakiś czas zaglądają pacjenci i rodziny pacjentów. Patrzą na mnie jak na lekarza: z mieszanką nabożnego szacunku, nadziei i strachu. Przybierają pozę zawstydzonego ucznia. Dziwne uczucie. I strasznie mi głupio tłumaczyć, że nie jestem lekarką i nie będę w stanie im pomóc.

13.30 Krzysztof wraca z bloku operacyjnego. Jest poddenerwowany, nie chce mu się już nawet nic mówić.

13.40 Wychodzę zrobić wywiad z prezesem szpitala. Krzysztofa znów wzywają na blok operacyjny – to 30. godzina jego pracy i piąta operacja. Na szczęście okazuje się, że na bloku jest już inny rezydent i Krzysztof wraca do pokoju lekarskiego.

14.51 Kończę wywiad z dyrektorem, siedzę w gabinecie rzeczniczki prasowej. Dostaję sms-a od Krzysztofa: „Jedziemy! Czas zmykać :-)”. Staram się cały czas coś mówić, żeby nie zasnął za kierownicą. Krzysztof śmieje się, że czasem zabiera pasażerów z BlaBla car, żeby coś gadali.

16.20 Dojeżdżamy pod blok Krzysztofa w Warszawie. Ze zmęczenia nie wiem, jak się nazywam. Od razu pod prysznic i spać! Krzysztof następnego dnia ma nocny dyżur na oddziale.


List otwarty Porozumienia Rezydentów do rządu: zapraszamy do rozmów w imię dobra polskiego pacjenta


Porozumienie Rezydentów, organizator protestu głodowego młodych lekarzy z października 2017, a teraz akcji zbiorowego wypowiadania klauzuli opt-out, opublikowało 2 grudnia 2017 list otwarty do premier, prezydenta i ministra zdrowia, w którym tłumaczą powody wypowiadania klauzuli opt-out i przypominają, że to kontynuacja ich protestu głodowego z października.

Wymieniają też jeszcze raz swoje postulaty: „Zwracamy się po raz kolejny do rządu o

  • wyznaczenie planu szybkiego podniesienia nakładów na system opieki zdrowotnej w Polsce do wymaganego 6,8 proc. PKB, które WHO określa jako minimum potrzebne do zabezpieczenia bezpieczeństwa obywatelom naszego kraju.

Pozostałe postulaty pozostają niezmienne w stosunku do protestu głodowego, który miał miejsce w październiku 2017 roku. Chcemy

  • zmniejszenia kolejek,
  • zmniejszenia biurokracji,
  • oraz godziwych warunków pracy i płacy.

Pani Premier, Panowie Ministrowie zapraszamy do rozmów w imię dobra polskiego pacjenta i lepszej przyszłości systemu ochrony zdrowia w Polsce. Wg obietnicy Pani Premier Rząd do 15 grudnia miał przygotować rozwiązania pod warunkiem zakończenia protestu głodowego. Czekamy na nie z niecierpliwością”.

Właściwie każdy lekarz przed 35. rokiem życia, który nas leczy, to rezydent. Co 10. z nich chce wyjechać za granicę: ich wynagrodzenie nie drgnęło od 2009 roku, podczas gdy średnia pensja krajowa wzrosła o prawie 1000 zł.

Klauzula opt-out to (klauzula wykluczająca) specjalny zapis w umowie o pracę, w którym lekarze zrzekają się regulowanego czasu pracy. W praktyce pracują w związku z tym dużo dłużej niż 48 godzin tygodniowo przewidzianych w kodeksie pracy (po doliczeniu 10 godzin nadliczbowych do ustawowych 40 godzin). Klauzula opt-out dotyczy lekarzy i diagnostów laboratoryjnych, jej wypowiedzenie ma miesięczną karencję.

Z wydatkami na poziomie 4,4 procent PKB (dane Eurostatu z 2015 roku) Polska jest znacznie poniżej średniej UE (7,2 proc.). Nic dziwnego, że Polacy i Polki zmuszeni są dużo wydawać na prywatne leczenie (ok. 2 procent PKB), które jednak nie może zastąpić publicznej opieki zdrowotnej, szczególnie szpitalnej, bo jest bardziej kosztowne i w wielu aspektach mniej efektywne.  

Publiczna opieka zdrowotna cierpi na brak pieniędzy, dramatyczna jest zwłaszcza sytuacja pielęgniarek, ratowników medycznych oraz – właśnie – lekarzy rezydentów. Dlatego rezydenci podczas październikowego protestu głodowego domagali się zwiększenia finansowania na zdrowie –  do 6,8 proc. PKB, co jest uznane za minimum przez Światową Organizację Zdrowia”.

Absolwentka studiów europejskich na King’s College w Londynie i stosunków międzynarodowych na Sciences Po w Paryżu. Współzałożycielka inicjatywy Dobrowolki, pomagającej uchodźcom na Bałkanach i Refugees Welcome, programu integracyjnego dla uchodźców w Polsce.
W OKO.press pisze o służbie zdrowia, uchodźcach i sytuacji Polski w Unii Europejskiej.


Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym