"Dopóki hierarchia kościelna nie będzie się czuła zagrożona masowym sprzeciwem wiernych, dopóty Kościół nie zmieni swojego stosunku do zwierząt" - mówi OKO.press animalpastor Tomasz Jaeschke. I przypomina, że rolą chrześcijaństwa jest niesienie Ewangelii całemu Stworzeniu, a nie tylko ludziom

„Animalpastor żyje i dla ludzi, i dla zwierząt. To go odróżnia od typowego katolickiego duszpasterza, który skupia się tylko na człowieku” – mówi o sobie Tomasz Jaeschke, jedyny duszpasterz ludzi i zwierząt. Od lat krytykuje stosunek Kościoła do zwierząt.

Zgadza się z opinią, że w Polsce to Kościół Katolicki jest jednym z „hamulcowych” empatii Polaków wobec zwierząt. Jednocześnie twierdzi, że „chrześcijaństwo nie jest zamknięte na zwierzęta i ich cierpienie”. Ale zmiana wymaga oddolnego ruchu samych chrześcijan gotowych powiedzieć „nie” dotychczasowej praktyce. I wpłynąć w ten sposób na Kościół, który „jest dziś swoim własnym więźniem”.

Przypomina, że „zadaniem chrześcijaństwa jest głoszenie Dobrej Nowiny wszelkiemu Stworzeniu”, a ignorowanie cierpienia zwierząt „jest bezbożne i na wskroś niechrześcijańskie”.

Tomasz Jaeschke ukończył studia teologii katolickiej na Papieskim Wydziale Teologicznym w Krakowie oraz studia pedagogiki religijnej w Wiedniu. Rozstał się z kapłaństwem z przyczyn osobistych. Ale – jak podkreślił w jednym z wywiadów – „raz ksiądz, zawsze ksiądz”, bo „prawo kanoniczne mówi wyraźnie: raz ważnie udzielonych święceń kapłańskich, osobie ochrzczonej odebrać się nie da”. Jest twórcą Animal Spirit Church, o którym mówi, że nie jest nowym kościołem, ale raczej uzupełnieniem misji Kościoła Rzymsko-Katolickiego względem zwierząt, którą Watykan zarzucił.


Robert Jurszo, OKO.press: Wszyscy wiedzą, kim jest duszpasterz ludzi. Ale duszpasterz zwierząt, animalpastor?

Tomasz Jaeschke, animalpastor: To ktoś, kto opiekuje się relacjami między ludźmi a zwierzętami i im towarzyszy. Duszpasterzuje ludziom i zwierzętom. Pojawia się na przykład tam, gdzie ktoś przeżywa ból po stracie swojego ukochanego pupila. Albo wtedy, gdy cierpi zwierzę.

Animalpastor działa też wtedy, gdy potrzebna jest szybka akcja – na przykład wykupienie zwierzęcia z rzeźni, zebranie pieniędzy na operację, znalezienie dla zwierzaka dachu nad głową. Także wtedy, kiedy jego ludzki opiekun zachoruje, trafi do szpitala czy pożegna się z tym światem.

Animalpastor żyje więc i dla ludzi, i dla zwierząt. To go odróżnia od typowego katolickiego duszpasterza, który skupia się tylko na człowieku.

Animalpastor Tomasz Jaeschke udzielający błogosławieństwa podczas X Forum Etycznego "Moralny status zwierząt", fot. Stanisław Mucha
Animalpastor Tomasz Jaeschke udzielający błogosławieństwa podczas X Forum Etycznego „Moralny status zwierząt”, fot. Stanisław Mucha

Dużo jest takich animalpastorów?

Jestem jedyny.

Dlaczego?

Dlatego, że chrześcijaństwo tak się skoncentrowało na człowieku, że straciło z oczu wszystko inne. I zwierzęta, i przyrodę jako całość. Stało się skrajnie antropocentryczne, więc i zarazem nie do końca wierne Ewangelii, skierowanej przecież do całego stworzenia.

Myślę jednak, że jest wielu księży, którzy myślą podobnie jak ja. Ale milczą, bo są w kościelnej strukturze.

Ja nie jestem, więc mogę mówić otwarcie pewne rzeczy. Jestem systemowo, politycznie wolny, niezależny.

Ale chrześcijaństwo nie ma opinii religii szczególnie przyjaznej zwierzętom. Prof. Andrzej Elżanowski powiedział mi, że w Polsce to właśnie Kościół hamuje budzenie się współczucia Polaków dla zwierząt.

Niestety, zgadzam się z tą surową oceną. Nie tylko Kościół, ale Kościół też. Niemniej uważam, że chrześcijaństwo nie jest zamknięte na zwierzęta i ich cierpienie.

Ma w sobie wszelkie podstawy, potencjał, by stanąć po stronie cierpiących zwierząt. Jego założyciel, będący Bogiem Jezus z Nazaretu, był postacią o głębokiej empatii. Pochylał się nad każdym cierpieniem. Leczył, uzdrawiał, zapłakał na Jerozolimą mówiąc o jej zbliżającej się zagładzie. Kazał człowiekowi przypatrywać się liliom polnym i zwierzętom niebieskim, by uczyć się od nich mądrości nadprzyrodzonej. Zwierzęta pojawiające się w Biblii są wysłannikami Boga, zwiastunami jego mądrości. To właśnie dlatego w Piśmie Świętym w ogóle się pojawiają.

Pozostawienie ich więc później na pastwę losu, czy ignorowanie, czy lekceważenie ich cierpienia jest bezbożne i na wskroś niechrześcijańskie.

Chrześcijaństwo jakoś tego nie dostrzega.

Bo, jak wspomniałem, skoncentrowało się tylko na człowieku i jego relacji z Bogiem. Natomiast w chrześcijańskiej tradycji tkwią elementy, dzięki którym może ono wydostać się poza swój antropocentryzm. I objąć swoim przesłaniem zwierzęta oraz całą przyrodę.



Gdzie należy szukać tego – mówiąc językiem biblijnym – zaczynu?

Na przykład w literaturze wczesnochrześcijańskich pisarzy, bogatej literaturze monastycznej. W pismach Ojców Kościoła. W apokryfach, czyli literaturze, której Kościół wprawdzie nie włączył do kanonu ksiąg świętych, ale która powstawała przecież równolegle z tymi uznanymi. Znajdziemy tam wszędzie prozwierzęce fragmenty, nawet jeśli księgi nie mają charakteru doktrynalnego.

Inspiracją mogą być również hagiografie, czyli żywoty świętych. Niektórzy z nich przyjaźnili się ze zwierzętami, np. św. Roch z psem, a św. Hieronim z lwem. To są wątki, które można twórczo teologiczne interpretować.

Co musiałby zrobić polski Kościół, by stać się bardziej wyczulonym na los zwierząt?

Powinien zrewidować swoją teologię. Od Kościoła wymagam tylko tego, by był wierny swojemu powołaniu. A ono mówi, jak wspomniałem, że

zadaniem chrześcijaństwa jest głoszenie Dobrej Nowiny wszelkiemu Stworzeniu. Powtarzam: wszelkiemu Stworzeniu, nie tylko ludziom.

Głoszenie Ewangelii wszelkiemu Stworzeniu oznacza zaś świadomość tego, że wszystko, co nas otacza, jest darem od Boga. Że zwierzęta, przyroda – cała Ziemia – nie są naszą, ale Bożą własnością. To po pierwsze.

Chodzi również o to, by to, czym nas obdarowano, zachować w takim stanie, w jakim życzy sobie tego Pan Bóg. Czyli niezniszczonym. Bo na Ziemi jesteśmy tylko przechodniami, a Pan Bóg dał nam tu rolę ogrodnika, byśmy ten ziemski ogród pielęgnowali.

Dlatego wszyscy ekologowie i obrońcy praw zwierząt – nawet jeśli sami nie są chrześcijanami – są zwiastunami Dobrej Nowiny. To co robią, to nic innego, jak świecka forma głoszenia Ewangelii.

Czy taki zwrot kościelnej teologii i praktyki w Polsce i na świecie jest dziś w ogóle możliwy?

Moje dotychczasowe doświadczenie mówi jedno: impuls do zmiany musi wypłynąć z kościelnych „dołów”, od samych wiernych. Dopóki hierarchia kościelna nie będzie się czuła zagrożony masowymi głosami sprzeciwu, dopóty nic się nie zmieni.

Tylko jakoś zorganizowany ruch jego członków – przykładowo, na wzór znanych z teologii wyzwolenia wspólnot podstawowych – może przeobrazić tę instytucję.

Czemu?

Bo Kościół jest dziś sam swoim własnym więźniem. Jest takim kolosem, że ledwo się rusza. A jeśli już to robi, to powoli i ospale.

I nawet gdyby najbardziej ekologiczny papież w historii, czyli Franciszek, chciał coś naprawdę zmienić, to mu się to nie uda. Bo masa ciała jego własnego Kościoła po prostu go przygniata.

Do tego potrzeba zaangażowanych chrześcijan gotowych powiedzieć „nie” dotychczasowemu stosunkowi ich religii do zwierząt.


Rozmowa z animalpastorem Tomaszem Jaeschke została przeprowadzona podczas X Forum Etycznego, nad którym OKO.press objęło patronat medialny. Ta edycja naukowej imprezy była poświęcona kwestii moralnego statusu zwierząt. Organizatorem było Polskie Towarzystwo Etyczne.


Dziennikarz i publicysta. Członek zespołu redakcyjnego „Dzikiego Życia”. Jeśli czegoś nie pisze lub nie czyta, to najpewniej siedzi gdzieś w lesie. Instruktor sztuki przetrwania. W OKO.press pisze o ekologii i dokonaniach komisji smoleńskiej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym