Dla sporej części skrajnego elektoratu PiS artyści to darmozjazdy i element antypolski – minister Gliński i prezes Kurski regularnie wbijają to swoim odbiorcom do głowy. Tymczasem artyści w Polsce często pracują za marne stawki, nieregularnie i bez ubezpieczenia. To może się zmienić

Czy Piotr Gliński zrobi coś dobrego dla kultury? Podczas podsumowania Ogólnopolskiej Konferencji Kultury w warszawskim Teatrze Polskim rozmawiano o systemie ubezpieczeń dla artystów-prekariuszy.

Wyliczenia związane z potencjalnym systemem ubezpieczeń dla twórców przedstawiał Maxymilian Bylicki – od pół roku dyrektor Instytutu Muzyki i Tańca, wcześniej m.in. doradca prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego i ministra kultury Piotra Glińskiego. Bylicki starał się wpisać propozycję artystów w już istniejące rozwiązania. Początkujący przedsiębiorca dostaje 2 lata obniżki składek ZUS na  start. Nic takiego nie przysługuje artyście, który dziś sam chciałby płacić sobie składki (może to zrobić, jeśli dostanie zgodę działającej przy ministerstwie kultury komisji, korzysta z tego ok. 10 tys. osób; płacą 1228 zł miesięcznie).

Nowy system nie miałby być przeznaczony dla wszystkich artystów, a jedynie dla tych mniej zarabiających. Jaki byłby próg dochodowy – tego jeszcze nie wiadomo.

Uczestnicy Konferencji podkreślali, że nie wiadomo, ilu artystów mogłoby być zainteresowanych systemem i uprawnionych do korzystania z niego. Jednak Bylicki szacował, że może być około to 60 tys. osób. Czyli, jak dodał Bylicki – mniej więcej tyle, co osób duchownych, korzystających dziś w Polsce z preferencyjnego systemu ubezpieczeń (63 tys. osób).

Księża, zakonnicy i zakonnice objęci są składką jak od minimalnego wynagrodzenia – 853 zł. Jednocześnie 80 proc. tej kwoty płaci za nich państwowy Fundusz Kościelny – duchowny sam wpłaca jedynie 170 zł miesięcznie. Uczestnicy Konferencji postulowali, by utworzyć analogiczny fundusz przy resorcie kultury. To na razie postulat samych zaangażowanych w OKK ludzi kultury, z których część ma sympatie konserwatywne, a część wręcz przeciwnie.

Ile to kosztuje i dlaczego tak późno?

Do wprowadzenia systemu jeszcze daleko – na razie ministerstwo przysłuchuje się debatom części środowisk twórczych. Ustawę o IPN PiS potrafił poprawić w 89 minut – od głosowania Sejmu przez Senat do podpisu prezydenta. Sądownictwo czy edukację „reformował” błyskawicznie, w ekspresowym tempie stworzył „polskie Yad Vashem” – Instytut Solidarności i Męstwa za przeszło 70 milionów. Zajęcie się socjalnym interesem twórców idzie znacznie wolniej.

Gdyby wziąć za dobrą monetę przedstawioną przez Bylickiego liczbę zainteresowanych systemem artystów – tyle, co duchownych – koszt dopłaty do ich składek wynosiłby rocznie około 59 mln złotych.

To mniej niż:

  • kwota, którą Gliński właśnie ofiarował na najbliższe 3 lata Tadeuszowi Rydzykowi na wspólne muzeum państwa i Fundacji Lux Veritatis w Toruniu (70 mln zł);
  • łączne wydatki rządu na rocznicowy program Niepodległa (ok. 210 milionów złotych w trzy lata) –  a zabezpieczenie socjalne dla polskich twórców byłoby bardziej znaczące dla narodowej kultury niż tysiące rekonstrukcji;
  • albo np. roczna dotacja na działanie Teatru Wielkiego Opery Narodowej (ok. 83 mln zł).

Jak widać, ministerstwo Glińskiego potrafi wydawać pieniądze lekką ręką na muzea i apele, a nie na sprawy socjalne.

Socjal, a nie cenzura

Z ubezpieczeniami związany jest „status artysty”.  Głośno jest o nim od niespełna roku. To jedna ze spraw, którymi podczas zwołanej przez siebie Ogólnopolskiej Konferencji Kultury (OKK) miała zająć się wiceminister Wanda Zwinogrodzka. Początkowo była OKK była rządową alternatywą dla Kongresu Kultury, który ministerstwo zignorowało – wydarzeniem o niejasnych do końca celach. W pierwszych miesiącach najwięcej mówiono o nowelizacji ustawy o prowadzeniu działalności kulturalnej, regulującej działanie instytucji takich jak teatry czy filharmonie. Dziś nadal OKK wysuwa wiele postulatów, natomiast propozycje w sprawie ubezpieczeń wyglądają póki co stosunkowo najklarowniej.

W pierwszych komentarzach powracała obawa, że „status” ma być narzędziem do decydowania, kto ma prawo do bycia artystą w Polsce. Ministerstwo stanowczo odcinało się od tych zarzutów. Uczestnicy OKK biorą te deklaracje za dobrą monetę.

Że „status” nie jest zamachem na wolność artystów, podkreślają zaangażowani w projekt dyrektorzy ministerialnych instytucji kultury, jak Artur Szklener – szef Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina, odpowiedzialnego za organizację OKK.  Podkreślał on, że proponowane rozwiązanie „nie ma normować dostępu do wykonywania zawodu”, ani „dostępu do rynku”. „Nie oznacza organizowania życia twórcom – jest niezależny od formy zatrudnienia. Nie wchodzi w interferencję z wolnością twórczą” – przekonywał Szklener.

Tak samo uważa związana m.in. z opozycyjnym ruchem Kultura Niepodległa Magdalena Lankosz: „Status artysty nie jestem dopuszczaniem do zawodu. Jedynie systemem wsparcia dla ubezpieczeń społecznych dla ludzi zawodów artystycznych. Mam wrażenie, że to jest niejasno powiedziane”.

Ponieważ wokół „statusu artysty” narosły kontrowersje, padł postulat, by zamiast nacechowanego romantyczną i modernistyczną tradycją słowa „artysta” – stosować określenie „status twórcy”. Chodzi o to, by wprowadzając nowy system, nie odmawiać komuś prawa do czucia się artystą.

Podkreślmy: opisywany tu system to tylko wstępny pomysł. Nie stworzono na jego podstawie jeszcze żadnego konkretnego projektu nowego prawa. Teraz minister Gliński obiecywał, że resort zaraz po podsumowaniu Ogólnopolskiej Konferencji Kultury przystąpi do prac legislacyjnych.

Zdecyduje branżowa komisja

Kto miałby dostęp do nowych uprawnień? Osoby, które albo zdobyły wykształcenie artystyczne, albo zdały specjalny egzamin przed branżową komisją. W tej chwili takie egzaminy zawodowe dla reżyserów i aktorów organizuje np. Związek Artystów Scen Polskich. Jednocześnie miałby istnieć próg dochodów, powyżej którego dopłaty do składek by nie obowiązywały. Jaki? Tego nie wiadomo.

Nadawać status twórcy uprawnionego do świadczeń miałyby stowarzyszenia i związki branżowe. Lista takich związków i stowarzyszeń miałaby być otwarta –  inaczej niż na np. Węgrzech, gdzie za rządów Orbána szereg prerogatyw nadano jednej, prorządowej konserwatywnej organizacji artystów i wpisano ją do konstytucji (pisał o tym ciekawie Stach Szabłowski w Dwutygodniku). Wejście organizacji na listę zależałoby od tego, czy jest reprezentatywna i czy zrzesza profesjonalistów, a poza tym – czy jest zarejestrowana (część z nowych zrzeszeń twórców to grupy nieformalne). Problem stanowi fakt, że polscy twórcy niezbyt chętnie w ostatnich dekadach się zrzeszali. Nie wiadomo też jeszcze, jaki byłby mechanizm nadawania danej organizacji uprawnień do decydowania o uprawnieniach twórców.

Nie obędzie się tu pewnie bez zgrzytów. Np. szef mocno konserwatywnego Związku Polskich Artystów Plastyków Janusz  Janowski, podkreślił, że oczekuje, by uprawnione organizacje nie tylko składały się z artystów i były reprezentatywne dla branż, ale też zrzeszały ludzi, którzy „status” już otrzymali; trochę nie wiadomo więc, kto miałby nadać pierwsze uprawnienia. Z kolei  szereg środowisk – w tym m.in. Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej, zrzeszające ważnych artystów sztuki krytycznej i samo krytyczne względem ZPAP – apelowało, by koniec Konferencji nie był końcem współpracy legislatorów ze środowiskiem twórczym. Sygnatariusze listu otwartego w tej sprawie twierdzili także, że za mała jest reprezentacja twórców wśród ekspertów OKK. A głos decydujący powinien należeć do praktyków i przedstawicieli organizacji.

Kto uczestniczy w rozmowach z ministerstwem? Z nowych organizacji: Unia Literacka (reprezentował ją pisarz Zygmunt Miłoszewski), Gildia Reżyserów  – w jej imieniu mówiła scenarzystka i producentka Magdalena Lankosz.  A także m.in. ZAIKS i ZASP (wypowiadał się Olgierd Łukaszewicz), Stowarzyszenie Polskich Artystów Muzyków czy Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury.

Pozostawanie w systemie zależałoby od tego, czy artysta jest wciąż czynny zawodowo. Można byłoby to wykazać na jeden z dwóch sposobów. Po pierwsze, dokumentując regularną twórczość. Albo też, po drugie, wskazując, że czerpie się dochody z pracy artystycznej – np. tantiem, publikacji czy występów. Uczestnicy dyskusji zgodzili się, że po pewnym czasie część uprawnień mogłaby przysługiwać dożywotnio.

Czy lud to kupi?

Kolejna kwestia, to czy pomysł zdobędzie poparcie polityczne.

Dla sporej części skrajnego elektoratu partii rządzącej artyści to darmozjazdy i element antypolski – minister Gliński i prezes Kurski regularnie wbijają to swoim odbiorcom do głowy,

a efekty można przeczytać chociażby w niechętnych komentarzach pod każdym tekstem o Ogólnopolskiej Konferencji Kultury w prorządowych mediach. Nie pomaga tu forsowane przez wiceminister Zwinogrodzką rozróżnienie na sprzedajnych i głośnych „celebrytów” i zwykłych, zapomnianych przez państwo cichych „artystów”. I rząd nie widzi tu, że spora część np. aktorów tworzących zaangażowany teatr w miastach innych niż Warszawa żyje za pensje poniżej średniej krajowej, a artyści wizualni są często jeszcze biedniejsi.

Z kolei lewicowi aktywiści podkreślają coraz częściej, że problemy artystów są podobne do problemów reszty prekariatu – czyli pracowników bez stałych umów o pracę, żyjących z dnia na dzień i nie objętych regularnymi składkami socjalnymi. Według szacunków ministerstwa zdrowia, w Polsce pozbawionych ubezpieczenia zdrowotnego jest ok. 2 mln ludzi. Dlaczego wyodrębniać tu uprzywilejowaną grupę, zamiast stworzyć system ubezpieczeń obejmujący wszystkich podatników czy obywateli? Albo też, jak zapytają bardziej radykalni bądź utopijni krytycy reformy – dlaczego nie wprowadzić powszechnego dochodu gwarantowanego?

Z drugiej strony – każda kolejna grupa objęta ubezpieczeniem społecznym może być postrzegana przez lewicę jako sukces jej postulatów.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym