Ela: „No tak. Jesteśmy tu na Wolności siedem lat. A razem z Mikołajem w związku - 23 lata”.
Mikołaj: „Jakie 23? 24 lata w maju będzie. Ciepło było jak się poznaliśmy”.
Szczepan: "Jak tak z panem rozmawiam, to nie chce mi się żyć".
Ada: „Tak się utarło, że jak ludzie mieszkają w pustostanach, to jest patologia. Jaka patologia?! Tu jest dom”.

10:00 rano, 28 lutego 2018. Wraz z dyrektorką Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej, Adrianą Porowską i streetworkerką Katarzyną, wyjeżdżamy na dzienny patrol po podwarszawskim Ursusie. My – autor tekstu i fotografka Agata Kubis.

Radio podaje, że jest 16 stopni mrozu.

Wyjeżdżamy spod pensjonatu św. Łazarz przy ul. Traktorzystów, w którym rocznie przebywa ponad 400 mężczyzn w kryzysie bezdomności.

Naszym celem są pustostany i ogrody działkowe, które – nie tylko podczas największych mrozów – są schronieniem dla ludzi bezdomnych.

W bagażniku mamy 30-litrowy gar gorącej zupy i worki pełne rękawiczek, czapek, szalików i swetrów.

Na termometrze telefonu minus 17 stopni.

Kamilianie i bezdomni

Kamilianie są w Polsce od 100 lat, ale Zakon Kleryków Regularnych Posługujących Chorym powstał w końcu XVI wieku. Przełożonym Prowincjalnym Polskiej Prowincji jest od 2007 roku Arkadiusz Nowak, znany z pomagania narkomanom i chorym na AIDS. Znakiem kamilianów jest czerwony krzyż.

Poza ślubami ubóstwa, czystości i posłuszeństwa składają dodatkowo ślub służenia chorym.

Od listopada 2017 z powodu wyziębienia zmarło w Polsce ponad 60 osób. W trakcie największych mrozów – które w tym roku przypadały na drugą połowę lutego (zmarły wtedy 32 osoby) – takie liczby pojawiają się jak stały dodatek do prognozy pogody.

Minus 14 stopni, cztery osoby zmarły. Minus 12, zmarły trzy.

To wtedy szersza publiczność dowiaduje się, że bezdomni są wśród nas, i że mróz ich zabija. Organizacje takie jak Kamiliańska Misja Pomocy Społecznej pracują w dzień w nocy, by uratować jak najwięcej osób.

Dyrektorka Misji Adriana Porowska i streetworkerka Kasia mówią, że prawdziwa praca to nie jest ten tryb przetrwania – z dnia na dzień, godziny na godzinę – żeby nikt nie umarł. Prawdziwa praca jest przez cały rok – na ulicach, w schroniskach i mieszkaniach treningowych.

W ich codziennej pracy religia jest w tle. Najważniejsze jest dobro bezdomnych – takie, którego sami i same oczekują, a także „odczarowanie znanej stygmy, że bezdomność to wybór”.

Do tego sloganu Ada i Kasia wracają w niemal każdym wątku, który poruszamy.

Wprowadzają nas w świat, którego nie znamy. W ich asyście już po pierwszym spotkaniu zamiast „bezdomni”, mówimy imionami bohaterów i bohaterek. Opowieść o bezdomności uzupełniają ważnymi hasłami politycznymi. Jakimi? Na przykład: „Mieszkanie to prawo, nie towar”.

Będziemy z nimi 14 godzin podczas dziennego patrolu. A potem podczas patrolu nocnego i w ośrodku dla bezdomnych mężczyzn, o czym w następnych odcinkach.

Szczepan: „Jak tak z panem rozmawiam, to nie chce mi się żyć”

„Tej nocy pięć osób zamarzło, w radio podali” – witają nas mieszkańcy pustostanu na ul. Wolności. To mały parterowy blok mieszkalny, przypomina wielką altanę działkową. Mieszka w nim pięć osób, od 2011 roku.

Wita nas ich ciepło i gościnność. Pan Rysiu (na zdjęciu poniżej) na widok aparatu zaciąga Agatę na bok i opowiada, że sam był fotografem. Robił zdjęcia zenitem, wywoływał w ciemni, było takie czerwone światło… Jeździł do Puszczy i łapał sarny na kliszach. Nie zacząłby znowu? Tylko się uśmiecha.

Na zdjęciu: Pan Rysiu, fot. Agata Kubis
Na zdjęciu: Pan Rysiu, fot. Agata Kubis

Szczepan Czechowski: „Mieszkam tam, po tej parze. Oboje zmarli. Ania – na raka płuc, a Andrzeja znaleziono martwego pod Żarowem. Prawdopodobnie zabity, ale policja nie bierze w tym udziału. Za dużo roboty jak na bezdomnego. Rodziny nie miał, rodzice nie żyją, jedynak. Ania i Andrzej 17 lat byli bezdomni. I 17 lat – razem. A ja? Niecałe trzy. Mam nawet mieszkanie, znaczy jestem współwłaścicielem. Sprawy są w sądzie już czwarty rok.  Żona mnie wymeldowała. Na same sprawy sądowe wydałem ponad 7 tysięcy. I końca nie widać. Szkoda gadać.

Jak tak z panem rozmawiam, to nie chce mi się żyć.

Czemu nie w schronisku? Nie, to nie przez alkohol. Wie pan, ja nigdy w takim środowisku nie byłem. Nigdy. Nie przyzwyczaiłbym się. Odwiedzam schronisko, żeby wziąć prysznic, założyć świeże ubranie. Ale wie pan, ja to nie lubię się tak prosić.

Teraz jest okres zimowy, ciężej z pracą. Rysiu ma tak samo. Obaj jesteśmy po sześćdziesiątce, a do pracy szukają młodszych. Nawet do ochrony nas nie chcą. Zawód mam dobry – operator sprzętu ciężkiego, 22 lata w jednej firmie. Ale lekarz mi powiedział: albo dalsza praca na sprzęcie albo możesz pan na wózku jeździć. Ta firma też w końcu upadła. Z rodziną? No, nie bardzo. Nie, nie zapraszają, jak mają zaprosić, jak syn jest dilerem [narkotyków]?

Jedna z córek raz mnie zaprosiła do siebie i do Kościoła na ślub, ale druga chyba stwierdziła, że nie warto bezdomnego”.

Na zdjęciu: mieszkańcy domu na ul. Wolności, pani Ela, pan Szczepan, fot. Agata Kubis

Na zdjęciu: wnętrze domu przy ul. Wolności, fot. Agata Kubis

Szczepan: „Tutaj nie idzie zamarznąć. Rano było 14 stopni, plus. Pod dobrą kołdrą i grubym kocem jest ciepło. Przez tych kilka lat bezdomności, to zmarło 10 osób, które znałem. Ktoś się spalił [zaczadził – red.], inny zamarzł, no i rak. U nas jest taka zasada: jak mam czegoś za dużo to się dzielę”.

„A w te mrozy to jeszcze ktoś może tu do nas przyjść. Miejsca trochę jest” – włącza się pani Ela.

Budynek, który jest domem dla pięciu osób, został przeznaczony do wyburzenia. Burmistrz chce tu stworzyć skatepark.

Ela: Jesteśmy tu na Wolności od siedem lat. A z Mikołajem w związku 23 lata

Pani Ela czeka w kolejce na mieszkanie komunalne. Przed nią jest jeszcze 40 osób.

Ada: „Rozmawialiśmy z burmistrzem i strażnikami miejskimi, żebyście wy stąd poszli prosto do mieszkania”.

Ela: „No tak. Jesteśmy tu na Wolności siedem lat. A razem z Mikołajem w związku – 23 lata”.

Mikołaj: „Jakie 23? 24 lata w maju będzie. Ciepło było jak się poznaliśmy”.

Na zdjęciu: Pani Ela i Pan Mikołaj, fot. Agata Kubis

Na zdjęciu: Pan Mikołaj, partner pani Eli,  fot. Agata Kubis

Ada: „Tak się utarło, że jak ludzie mieszkają w pustostanach, to jest patologia. Jaka patologia? Tu jest dom”.

Ela: „Mieliśmy odnawiać, odmalować, ale mówią, że będą rozwalać. No to się odechciewa”.

Mikołaj: „W korytarzu bym pomalował, żeby mieszkać jak normalny człowiek. Jak się tu przeprowadziłem, to wyglądało strasznie. Masakra”.

Ada: „Musicie mówić, że się nie rozdzielicie. Schroniska są albo dla kobiet, albo dla mężczyzn. Musicie mówić urzędnikom, że jesteście razem 23 lata i chcecie razem mieszkać. A może weźmiecie ślub i złożycie razem wniosek o mieszkanie? Większych mieszkań jest więcej, problem jest z małymi dla jednej osoby. Co za problem?

Mikołaj: „My byśmy ślub wzięli, ale nie w tych warunkach. Nam by wystarczył pokoik z kącikiem kuchennym”.

Na zdjęciu: wnętrze budynku na ul. Wolności, fot. Agata Kubis[


Ada:„Ludzie mówią, że oni sami sobie wybierają bezdomność. Nie ma czegoś takiego. Ci ludzie chcą normalnie żyć. Taka przestrzeń – nawet tak ładna i czysta jak dom pani Eli i Mikołaja – nie zastąpi samodzielnego mieszkania.

My im nawet nie podpowiadamy, żeby opuszczali to miejsce. Raczej staramy się podnieść larum wokół sprawy, żeby dostali to mieszkanie.

To my czasem potrzebujemy tłumacza, który wytłumaczy nam, co urzędnik miał na myśli, a co dopiero osoby, które mają same załatwiać tysiące zaświadczeń, by dostać własny kąt”.

Ada: „Co by się nie działo, on cały czas twierdzi: ja sobie radzę”.

Kasia: „Tu w zeszły czwartek ktoś wpadł do szybu. To jest stara modelarnia. Podobno krzyczał przez godzinę, ale nie mogli go znaleźć, aż umarł. Trzeba uważać, wszędzie dziury. Gorzko się śmieję, że wchodzimy na własne ryzyko. Na końcu hali mieszka dwóch, trzech panów. Mówiłam wczoraj Krzyśkowi, żeby przyszedł do schroniska na noc. A on, że ma robotę. A kto ma robotę, nie ginie”. A gdzie Pan będzie spał? – pytam.

Co to za różnica? W zeszłym roku to były prawdziwe mrozy!”.

Na zdjęciu: Adriana Porowska, fot. Agata Kubis

Na zdjęciu: klatka schodowa w starej modelarni, fot. Agata Kubis

Kasia: „Za dnia zbierają złom. Wracają po zmroku, ale czujecie?  Zimno jak cholera”.

Ada: „Jeszcze niedawno w oknach były szyby, ale dzieciaki rzucały kamieniami. Ostatnio wpadły tu jakieś dzieciaki rozebrały pana Adama do naga i czymś wysmarowały”.

Na zdjęciu: zaadaptowane do mieszkania wnętrza starej modelarni, fot. Agata Kubis

Na zdjęciu: zaadaptowane do mieszkania wnętrza starej modelarni, fot. Agata Kubis

Ada: „80 proc. osób w kryzysie bezdomności to mężczyźni. Kulturowo zostali tak ukształtowani, że za punkt honoru stawiają zadanie „ja sobie poradzę sobie”. Nawet jeśli ma to oznaczać  mróz, bałagan, tułaczkę. Co by się nie działo on cały czas twierdzi: „radzę sobie”. A kobiety?  Niestety dziewczyna żyjąca wśród mężczyzn na pustostanach najczęściej jest ofiarą współuzależnienia, przemocy, wykorzystywania seksualnego.

Ogólnie 90-95 proc. bezdomnych jest w placówkach, ale to życie na zewnątrz najbardziej widać”.

Ada:”Ratujemy życie w tym podstawowym sensie”

Ada: „Zimą całe moje jestestwo skupia się na tym, żeby oni przeżyli. żeby dotrwali do rana. W tych arktycznym temperaturach i my się zapętlamy. Pomaganie latem wygląda zupełnie inaczej. Jak jest ciepło to jest przestrzeń na rozmowę, pracę, terapię, kwestie administracyjne. A zimą przestajemy o tym mówić. Sami wpadamy w ten rytm. W każdym kraju pomoc wygląda inaczej.

U nas można umrzeć z zimna, więc my ratujemy życie w tym podstawowym sensie.

W Barcelonie z zimna nikt nie umrze. Mają za to rowerowe patrole medyczne. Osoby z wykształceniem medycznym mogą na miejscu wypisać bezdomnym skierowania, zaświadczenia potrzebne do starania się o zasiłek, wytłumaczyć jak się leczyć i wręczyć do ręki leki. Czegoś takiego u nas w ogóle nie ma”.

Część osób przychodzi do nas po zupę. W bluzie i klapkach. Biorą garnek zupy, rękawiczki, czapki, swetry i wracają. Inni są niechętni. Dopiero dłuższa namowa przekonuje do zjedzenia posiłku. Każdy dostaje informacje, że może przyjechać na Traktorzystów. Chociaż na jedną noc. Po ciepły posiłek, ubranie, prysznic.

Na zdjęciu: jeden z pustostanów na Ursusie, który zamieszkuje grupka młodych osób, fot. Agata Kubis

Na zdjęciu: Pani Ada i mieszkaniec jednego z pustostanów na Ursusie, fot. Agata Kubis

Pan Jarek: „Jestem tutaj i widzi pan. Mróz.

Mam dwie kołdry, koc, jakoś tam przetrzymuję. Ważne, żeby przetrwać. A dalej? Nie wiem. To jest takie życie bezdomnego.

Widzi Pani oranżada mi zamarzła. Na kość. Po co tutaj siedzieć? A jakie jest wyjście? Zupą mnie trochę Pani przekupiła.

Na zdjęciu: Pan Jarek i Ada, fot. Agata Kubis

Na zdjęciu: wnętrza innego pomieszczenia w pustostanie pana Jarka, fot. Agata Kubis

Na zdjęciu: Pan Jarek, fot. Agata Kubis

Ada: „Ta zupa zimą jest próbą pokazania, że jesteśmy po ich stronie. Potem latem nie boją się nas. Nie przychodzimy z żadną kontrolą.

Często im podpowiadamy, jak obejść prawo. Większość z nich znamy od lat.

Straż miejska rozwozi zupę we wtorki i w piątki w ciągu dnia. W trakcie mrozów staramy się, żeby ten ciepły posiłek był dwa razy dziennie. Rano i w nocy.

Czemu nie chcą przychodzić? To kwestia barier w głowie, negatywnych stereotypów. Pamiętam pana Piotra, który podchodził pod płot trzy razy i nie mógł wejść. Kiedyś był kierowcą autobusu. Opowiadał, jak przejeżdżał codziennie obok darmowej jadłodajni i myślał, co za luje, młode chłopaki, a nie chce im się pracować. I co? Zdrowie mu się posypało, w dwa miesiące skończyły się pieniądze i wylądował na ulicy. Im starsza osoba, tym gorzej, mniej znajomych i rodziny.

Nie wpychamy się na siłę. Zresztą co przychodzi np. z rozdawania paczek? W ten sposób nikt jeszcze nie wyszedł z bezdomności”.

Na zdjęciu: wnętrza innego pomieszczenia w pustostanie pana Jarka, fot. Agata Kubis

Na zdjęciu: Pani Ada we wnętrzu innego pomieszczenia w pustostanie pana Jarka, fot. Agata Kubis

Na zdjęciu: Kasia i Pan Jarek, fot. Agata Kubis

  • Zobacz więcej zdjęć

    Na zdjęciu: wnętrze innego pomieszczenia w pustostanie Pana Jarka, fot. Agata Kubis

Kasia: „Tu na działkach mieszka pan Bogusław, którego widzieliśmy na przystanku. To jego legowisko. Przejął domek, po którejś już osobie z rzędu, która tutaj zmarła. Jeden domek się spalił. Tak, to dykta. A on mówi, jest mu ciepło”.

Na zdjęciu: domek z dykty, w którym mieszka pan Bogusław, fot. Agata Kubis

Na zdjęciu: pusty dom na działkach, fot. Agata Kubis

Na zdjęciu: widok z altany na działkach, fot. Agata Kubis

Ada: „Kiedyś przyszły do nas cztery osoby – mama, tata, córka i syn. Ta mama zresztą zmarła tutaj. Chłopaka wysłaliśmy do domu pomocy, dziewczyna jest w szpitalu psychiatrycznym, ojciec też.

Przyczyna bezdomności i problemów? Jak zwykle, eksmisja. Rozbijane są całe rodziny. I nikt o tym nie mówi.

Dostęp do opieki zdrowotnej? Jeśli ma dowód osobisty, to nie ma problemu. Ubezpieczamy ich w ośrodku pomocy społecznej. A jeśli nie ma, to zostają Lekarze Nadziei na ul. Wolskiej, 20 lekarzy wolontariuszy, którzy dzielą się dyżurami. W innych przypadkach – wzywamy karetki.

Część ma też złe doświadczenia z lekarzami i przychodniami i w ogóle nie chce chodzić, ale zdrowie fizyczne jest jeszcze do ogarnięcia. Większym problemem są zaburzenia psychiczne. Wiele bym dała, żeby na patrolu był z nami psychiatra, który może diagnozować osoby, które spotykamy. Same nie potrafimy ocenić, kiedy przychodzi moment, w którym powinnyśmy natychmiast reagować.

Problemy są też z pracą. Raz przyszli do nas chłopaki i powiedzieli, że im nie chcą wypłacić pieniędzy na budowie. Pracodawca powiedział, że tego nie zrobi i już. Jak zadzwoniłyśmy i powiedziałyśmy, że jesteśmy od Rzecznika Praw Obywatelskich z Komisji – – to wypłacili. Mało tego, byli umówieni na 5 zł za godzinę, a ja przypomniałam, jaka jest stawka minimalna. I Czesiu dostał 4 tysiące, zamiast 1,2 tys. Ale byli zachwyceni, Czesiu i Jurek! Naszych podopiecznych łatwo oszukać.

Kiedy przyszli do nas z problemem. No to jedziemy na budowę. Pytamy, jak się nazywa ta firma? Coś chyba na „J”, pani Ado. Budowa, tak, ta największa na przeciwko Muzeum Powstania Warszawskiego. Jak jedzie autobus 517, to tam. Podjeżdżamy. Pytam, czy to tu? Tu? Tu? A tam cztery budowy różne. Oni nie wiedzą. „ Bo nas tak rzucają raz tu raz tu, pani Ado”.

Pan Bogusław: „Miałem na nodze obrączkę, ale zerwałem”

Pan Bogusław: „Mieszkamy jak mieszkamy. Mamy trzy koty. Wszystkie wysterylizowane. Oprócz kocura. Ja jestem mężczyzna, nie odmówię mu tego. Dawali mi 500 zł za tego rudego, ale nie. Nie sprzedamy.

Wieczorami sobie w kozie palimy. Mamy piecyki, i dużo alkoholu. Już trzeci rok tu mieszkam. Miałem obrączkę mieszkałem gdzie indziej. Na nodze obrączkę, czekałem trochę. Zerwałem ją, żonka do stawu wyniosła”.

Na zdjęciu: pan Bogusław i pani Ada, fot. Agata Kubis

Wchodzimy obok, w środku jest aż sino. Pomieszczenie pełne dymu. Mieszkają tu Agnieszka i Janek, a nie reagują. Zostawiamy uchylone drzwi, żeby się przewietrzyli. Ada i Kasia ustalają, że powiadomią Straż Miejską, by częściej ich odwiedzała. Wracamy do schroniska.

Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym