0:00
18 lipca 2020

Białoruś się burzy. Łukaszenka zamyka demonstrantów i wyklucza rywali do wyborów prezydenckich

Białorusini pierwszy raz od dawna uwierzyli w możliwość odsunięcia Łukaszenki od władzy, ale pierwszym skutkiem tej zmiany jest tysiąc zatrzymanych i wyroki na łącznie 1300 dni więzienia. Dyktator ma 3 proc. poparcia, ale chce siłą wygrać sierpniowe wybory

Wydrukuj

Do piątku 17 lipca 2020 już 33 tys. Białorusinów podpisało petycję o odsunięcie Aleksandra Łukaszenki od władzy. Przez dwa dni, 15-16 lipca, ludzie złożyli też ponad 5 tysięcy skarg do Centralnej Komisji Wyborczej – białoruskiego odpowiednika PKW. Skargi dotyczyły niedopuszczenia do wyborów prezydenckich dwóch z trzech najbardziej popularnych kandydatów.

Ulice większych miast niemal codziennie stają się przestrzenią pełną protestujących ludzi, jeżdżących wkoło rowerzystów i samochodów trąbiących na znak protestu.

Białorusini pierwszy raz od dawna uwierzyli w możliwość odsunięcia Łukaszenki od władzy, a efekt tej zmiany nastawienia to niemal tysiąc zatrzymanych i wyroki na łącznie ponad 1300 dni więzienia i 150 tys. zł grzywien.

Pierwszy raz w historii reżimu Łukaszenki protestujący próbują też odbijać zatrzymywanych z rąk OMON (oddziały prewencji podległe MSW), ale nigdy nie było też aresztowań białoruskich dziennikarzy i blogerów na taką skalę i jeszcze nigdy nie wyprowadzano na ulice jednostek wojsk wewnętrznych.

Niecały miesiąc przed wyborami, które mają się odbyć 9 sierpnia 2020 roku, Białorusini żyją w ogromnym napięciu, niepewni tego, co wydarzy się następnego dnia, ale pewni tego, że 9 sierpnia zapisze się w białoruskich podręcznikach historii.

Co się teraz dzieje w Białorusi? Opowiemy po kolei.

Babaryko to nie dysydent. Sojusz kandydatów biznesowych

Mogłoby się wydawać, że scenariusz wyborów prezydenckich w Białorusi po prostu się powiela, jak wiele razy wcześniej. Protesty proeuropejskich i prodemokratycznych aktywistów, studentów i opozycyjnych działaczy, oburzonych autokratycznymi praktykami władzy, rozpędzane są skutecznie przez OMON.

Wiele wskazuje jednak, że tym razem na ulice wychodzą inni ludzie i kto inny im przewodzi. Chociaż "przewodzi" to nie do końca odpowiednie określenie, raczej - kto inny ich reprezentuje.

Wiktor Babaryko, początkowo główny kontrkandydat Łukaszenki w nadchodzących wyborach, któremu sondaż przeprowadzony przez Narodową Akademię Nauk Białorusi dawał niemal 60 proc. poparcia, i który zebrał ponad 400 tys. podpisów, jest byłym już prezesem Belgazprombanku – spółki-córki rosyjskiego Gazprombanku.

Odrzucony przez Centralną Komisję Wyborczą Babaryko jest, a właściwie był, kandydatem „biznesowym”, jak klasyfikuje go popularny w Białorusi portal informacyjny tut.by, czyli przedstawicielem przedsiębiorców.

Takich reprezentantów przedsiębiorców i „zwykłych ludzi”, próbujących na co dzień odnaleźć się w skrajnie zbiurokratyzowanej i targanej kryzysami ekonomicznymi Białorusi, była w tych wyborach jeszcze trójka, a do tego dochodzi dwójka kandydatów tradycyjnie opozycyjnych.

No i Łukaszenka, rzecz jasna, ale jemu wspomniany sondaż dawał 3,4 proc. poparcia.

Ostatecznie w wyborach wystartuje urzędujący prezydent i dwoje z kandydatów liderujących nowym społecznym ruchom – Swietłana Cichanouskaja i Siarhiej Czerczeń.

I to właśnie ci kandydaci „biznesowi” i „niezależni” cieszą się największą popularnością w społeczeństwie, czego dowodem może być sondaż, zorganizowany przez państwową instytucję (białoruski odpowiednik IFiS PAN).

W tym i w wielu innych sondażach łącznie uzyskiwali oni ponad 80 proc. poparcia.

Charakter tych niezależnych i apolitycznych kandydatur podkreśla fakt, że po ogłoszeniu przez CKW niedopuszczenia do wyborów Babaryko i trzeciego pod względem popularności Walerija Cepkało, komitety tych dwóch kandydatów oraz Swietłany Cichanouskiej się połączyły, a popierający ich ludzie przyjęli tę nieoczekiwaną decyzję z wielką aprobatą.

Telewizja publiczna: Łukaszenka ma poparcie "70 proc. młodzieży"

Takiej kandydatury jeszcze w historii białoruskich wyborów nie było, a ostatnim kandydatem, któremu uwierzyli „zwykli ludzie”, był startujący w 1994 roku Aleksandr Łukaszenka. „Zwykli ludzie” byli jednak 26 lat temu zupełnie inni niż teraz, a ci wierzący w Łukaszenkę przez ostatnie 26 lat mieli dużo okazji i powodów, żeby się ze swojej wiary wyleczyć.

Wtedy Białorusini poszli za Łukaszenką, wierząc w jego antyestablishmentowe i antykorupcyjne obietnice, albo żyjąc jeszcze postkomunistycznym sentymentem i marzeniem o wielkim wodzu wywodzącym się z narodu.

I choć niewiele osób wierzy w to, że Łukaszenka naprawdę ma tylko 3 proc. poparcia, to chyba nikt w Białorusi nie ma wątpliwości, że tak niskiego poziomu zaufania wobec urzędującego prezydenta jeszcze nie było - zarówno w obozach nawołujących do zmian, jak i w samym otoczeniu dyktatora.

Bardzo trudno mówić dzisiaj o realnych liczbach w odniesieniu do poparcia dla Łukaszenki - ludzie uczestniczący w protestach szacują jego poparcie na 15-20 proc., ale najnowsze badania propagandowej białoruskiej telewizji mówią o poparciu rzędu „70 proc. wśród młodzieży”.

Wydaje się, że Białorusini uwierzyli dzisiaj jednak w coś innego, mianowicie, że nadszedł czas na to, by prezydent był ich przedstawicielem, a nie władcą.

Interesują ich rozwiązania realnych problemów - po 26 latach reżimu i propagandy skutecznie zraziło ich do polityki i wolą, by teraz reprezentował ich ktoś taki jak oni, ktoś stroniący od polityki.

Dlaczego Białorusini wychodzą dzisiaj na ulice?

Na początku maja 2020, w środku pandemii, kiedy kandydaci zaczęli zbierać podpisy i pojawiły się realne kontrkandydatury wobec Łukaszenki, władza zaczęła podejmować coraz bardziej paniczne i brutalne działania. I to dopiero one sprowokowały masowe akcje solidarnościowe.

Na początku uderzono w Babaryko, który 12 maja 2020 został zdymisjonowany ze stanowiska prezesa Belgazprombanku. Prokuratura nagle wszczęła postępowanie wyjaśniające w sprawie rzekomych nieprawidłowości w działaniu zarządu tej instytucji oraz domniemanych prób wpłynięcia na wyniki nadchodzących wyborów przez Rosję.

Zarzuty o ukrytą "opcję rosyjską" są wystosowywane w Białorusi po raz pierwszy i to w stosunku do kandydata nawołującego do demokratycznych wyborów. Kilka osób z jego otoczenia zostało aresztowanych, a siedziba banku została przeszukana, zarekwirowano kolekcję obrazów należącą do banku oraz równowartość kilkuset tysięcy złotych w białoruskich rublach.

Następnie na celownik wzięto drugiego pod względem popularności kandydata - youtubera-aktywistę Siarhieja Cichanouskiego, któremu na wszystkie możliwe sposoby utrudniano zbieranie podpisów. Służby bezpieczeństwa tłumaczyły swoje działania ochroną społeczeństwa przed rozwijaniem się epidemii koronawirusa.

W rekordowych momentach do stanowisk komitetu wyborczego Cichanouskiego stały kilkusetmetrowe kolejki, co spotykało się z milicyjnymi interwencjami lub prowokacjami.

Przy okazji jednej z nich, 29 maja w Grodnie, zatrzymany został sam Cichanouski. Wideo z zatrzymania rozeszło się w mediach społecznościowych, a incydent bezpośrednio prowadzący do zatrzymania gorzko rozbawił Białorusinów - jeden z milicjantów, próbując dokonać zatrzymania, przy pierwszym kontakcie z ludźmi towarzyszącymi youtuberowi padł na ziemię nieudolnie symulując obrażenia.

To wystarczyło, by Białorusini zaczęli bardziej zdecydowanie okazywać swoje oburzenie, wychodząc na ulice i tworząc ciągnące się przez całe miasta solidarnościowe łańcuchy wolności.

To, co odróżnia dzisiejsze protesty od tych z poprzednich lat, to to że dopiero

po raz drugi w najnowszej historii tego kraju objęły one dziesiątki miast, a nie tylko stołeczny Mińsk (po raz pierwszy miało to miejsce w 2017 roku, kiedy Łukaszenka nałożył podatek na bezrobotnych).

Demonstrujący ustawiali się w łańcuchach wolności, w których osoby utrzymywały ze względu na epidemię bezpieczny dystans, co jednocześnie uniemożliwiało masowe zatrzymania, do których doszło na wiosnę 2017 roku.

Wtedy, w dniu finalizującym dwumiesięczny okres protestów, wszystkie osoby zmierzające do centrum Mińska były przechwytywane przez milicyjny kordon szczelnie odcinający centrum miasta i wywożone w więźniarkach lub nieoznakowanych samochodach na odległe osiedla Mińska, gdzie były bezprawnie trzymane do końca dnia.

Łańcuchy wolności nie chronią pojedynczych osób, ale gwarantują, że tylko nieliczna część protestujących zostanie zatrzymana, jeśli do takowych zatrzymań dojdzie. I oczywiście doszło.

Chronią też protestujących przed prowokacjami i zarzutami o podsycanie niepokojów, które w skrajnych przypadkach w 2017 roku białoruskie władze interpretowały jako terroryzm, czego wynikiem były wysokie wyroki dla kilku szerzej nieznanych opinii publicznej aktywistów organizujących protesty.

Stare rozwiązania siłowe już nie działają

Pokojowe okazywanie solidarności i niechęci do metod białoruskich służb bezpieczeństwa spotkało się z jeszcze bardziej desperacką reakcją władzy. Zatrzymanie Cichanouskiego oznaczało powrót metod znanych z poprzednich lat prezydentury Łukaszenki – ulicznych łapanek, przeszukań niezależnych redakcji, prewencyjnych aresztowań dziennikarzy, aktywistów i działaczy.

Tym razem do tej listy należy dodać jeszcze blogerów. Na początku czerwca okazało się jednak, że zatrzymanie jednego z kandydatów na prezydenta nie przestraszyło Białorusinów.

Podpisy zbierane przez komitet Cichanouskiego przeszły na jego żonę, Swietłanę Cichanouską, która przejęła sondażową popularność męża. Podobnie jak bez strat przejęła wyborców dwóch niedoszłych konkurentów – Babaryki i Cepkały.

To zresztą dobitnie pokazuje, że przy okazji tych wyborów kandydaci są reprezentantami swoich wyborców, a nie ich liderami – aresztowanie kogokolwiek z nich niewiele zmienia w nastroju Białorusinów, a wręcz wzmacnia ich oburzenie.

Co więcej, przez 26 lat rządów Łukaszenki obywatele Białorusi zdążyli przyzwyczaić się do reżimowych praktyk do tego stopnia, że kandydaci przygotowali się na możliwość ich aresztowania.

Cichanouski przekazał swoje poparcie żonie, a zatrzymany 18 czerwca pod zarzutem łapówkarstwa i przestępstw podatkowych Babaryko przygotował specjalne wideo-oświadczenie.

Nawołuje w nim do przywrócenia konstytucji z 1994 roku, tj. sprzed dojścia do władzy Łukaszenki, oraz ogłasza złożenie gotowego obywatelskiego projektu do parlamentu, który by ją przywracał. Tłumaczy również obszernie, dlaczego według obecnie obowiązującej w Białorusi konstytucji nawet osoba przebywająca w miejscu odosobnienia może kontynuować ubieganie się o urząd prezydenta.

Razem z Wiktorem Babaryko zatrzymany został jego syn Eduard, wobec którego wysunięto zarzuty przestępstw podatkowych. Eduard prowadzi jeden z najpopularniejszych w Białorusi serwisów crowdfundingowych, które w minionych latach umożliwiały aktywistom zbieranie pieniędzy na politycznie motywowane grzywny, koszty procesowe czy pomoc rodzinom więźniów politycznych.

Jego portal MolaMola w trakcie pandemii wydatnie przyczynił się również do wsparcia białoruskiej służby zdrowia, jednak wraz z aresztowaniem Eduarda został zablokowany. Podobnie zresztą jak inny popularny portal tego typu Ulej.by.

Aktywiści ze zdelegalizowanej organizacji Viasna (Вясна) 18 czerwca, czyli jeszcze przed zatrzymaniem Babaryki i nasileniem przemocy służb bezpieczeństwa, opublikowali raport, w którym szacowali łączną liczbę aresztowanych w ostatnim czasie na 98 osób, którym zasądzono 1316 dni więzienia.

Oprócz tego od 6 maja do 29 czerwca 107 osób ukarano grzywnami na łączną wysokość 90 tys. białoruskich rubli (około 150 tys. zł).

Przez dwa miesiące kampanii wyborczej trwały również prewencyjne aresztowania ważniejszych działaczy opozycyjnych. Prezes największej obecnie opozycyjnej partii (Białoruska Chrześcijańska Demokracja) Pawieł Siewiaryniec spędził w więzieniu już niemal 90 dni, z czego 10 w izolatce.

Mikałaj Statkiewicz, jeden z kandydatów na prezydenta z 2010 roku, który spędził po tym w więzieniu 6 lat wyroku za „organizowanie masowych zamieszek”, dostał teraz 15 dni więzienia za składanie kwiatów na wojskowym cmentarzu 8 maja, w Dniu Zwycięstwa (szeroko świętowanym we wszystkich państwach byłego ZSRR 9 maja).

Wyrok otrzymał zaocznie, ale jego wykonanie władze odroczyły na odpowiedni dla siebie moment, który nadszedł 31 maja, kiedy Statkiewicz chciał wziąć udział w zbieraniu podpisów komitetu swojej partii.

18 czerwca, data zatrzymania Babaryko i jego najbliższych współpracowników, nie jest zresztą przypadkowa – to był przedostatni dzień składania podpisów przez komitety kandydatów na prezydenta.

Od 19 czerwca zaczęły się represje na pełną skalę, łącznie z ulicznymi łapankami - młodzi ludzie, nierzadko przypadkowi, w przytłaczającej większości mężczyźni, są siłą zaciągani do nieoznakowanych wozów policyjnych przez nieumundurowanych funkcjonariuszy.

Często wywozi się ich do aresztów w odległych częściach miasta, gdzie są przetrzymywani bez procesu i bez możliwości kontaktu z adwokatami. Zatrzymaniom towarzyszą czasami brutalne i fachowe pobicia - wypuszczani z aresztów mężczyźni mają porozbijane twarze, szczególnie nosy i atramentowe sińce w okolicach nerek.

Masowo wychwytuje się również dziennikarzy i blogerów, którzy relacjonują obecne wydarzenia. Białoruskie MSW podało, że 19 czerwca zatrzymano 270 osób, ale prawdziwa liczba zatrzymanych wahała się w granicach 350 osób.

14 lipca - dzień protestu

Początek lipca przyniósł Białorusinom chwilę wytchnienia od ulicznych protestów, ale upłynął też w dużym napięciu i niepewności. Centralna Wyborcza Komisja ogłosiła, że po przeliczeniu podpisów i ich zweryfikowaniu komitetowi trzeciego pod względem popularności kandydata Walerija Cepkały zostało około 75 tys. podpisów, czyli ilość niewystarczająca do dopuszczenia do wyborów prezydenckich.

Komitet Cepkały, byłego prezesa i pomysłodawcy Białoruskiego Parku Wysokich Technologii, złożył do CWK 160 tysięcy podpisów, co oznacza, że Komisja odrzuciła ponad połowę z nich. Jednocześnie w całej Białorusi trwało polowanie na blogerów - co bardziej wpływowi i popularni trafiali do aresztów, a ich kanały hakowano, bądź blokowano.

Napięcie rosło w miarę zbliżania się 14 lipca – daty ogłoszenia przez CWK oficjalnej listy kandydatów na prezydenta. A kiedy ten dzień wreszcie nastąpił okazało się, że na liście zabrakło nie tylko Cepkały, ale również Babaryko.

Takiej decyzji spodziewali się chyba wszyscy, ale i tak rozpoczęła ona nowy etap protestów na niespotykaną w Białorusi skalę.

Wieczorem tego samego dnia śródmiejskie ulice Mińska zapełniły się tysiącami pokrzykujących spacerowiczów, setkami jeżdżących wkoło rowerzystów, a centrum miasta stanęło w korku trąbiących samochodów.

Na ulice wyszli mieszkańcy nie tylko Mińska, ale też kilkunastu innych miast Białorusi – protesty w tych miastach były mniej liczne, ale istotny jest fakt, że znowu się odbyły. Wszystkie te wersje protestowania łączyła spontaniczność i nieuchwytność.

Władze z kolei znowu odpowiedziały wzmożoną brutalnością – OMON w samym Mińsku zatrzymał tego wieczora co najmniej 250 osób, a w innych miastach łącznie 50. Pierwszy raz od dojścia do władzy Łukaszenki Białorusini próbowali aktywnie odbijać zatrzymanych, niejednokrotnie skutecznie.

W trakcie łapanek szczególnie zajadle siły bezpieczeństwa odławiały dziennikarzy i osoby próbujące nagrać interwencje oddziałów prewencji.

Przez cały wieczór i następny dzień docierały do mieszkańców Mińska nowe informacje o łapankach. Nie przeszkodziły one jednak w złożeniu do CWK ponad 5000 skarg na niedopuszczenie Babaryki i Cepkało do wyborów.

W rekordowych momentach kolejka do siedziby Komisji liczyła 2500 osób.

15 lipca przyniósł też kolejną sytuację bez precedensu, niektóre ulice Mińska zablokowały wojska wewnętrzne, co dla Białorusinów jest sytuacją tyleż niepokojącą, co zagadkową. Wojskowi nie uczestniczą w łapankach i działaniach OMON, ale nie reagują również na próby wyjaśnienia po co i dlaczego znaleźli się na ulicach.

Wieczorem ponownie nasiliły się uliczne protesty, ale na mniejszą skalę niż poprzedniego dnia. W miejscach, w których zbierało się najwięcej ludzi, bardzo utrudnione było łączenie się z internetem, a skala tych trudności wskazuje raczej na zagłuszanie sygnału, niż na naturalne przeciążenia.

Jeszcze tej samej nocy zaczęła szwankować na terenie całej Białorusi aplikacja Telegram, przez którą utrzymują kontakt protestujący.

Połączenie komitetów opozycji

Efektem ogłoszenia 14 lipca przez CWK listy kandydatów było połączenie się komitetów Babaryko, Cepkały i Cichanouskiej.

Po tym ogłoszeniu do Prokuratury Generalnej została wezwana przewodnicząca komitetu Babaryki Maria Kaleśnikawa i powszechnie uważa się, że prędko stamtąd nie wyjdzie.

Decyzji o połączeniu mało kto się spodziewał, choć chciało jej wielu - zaskoczenie tylko wzmocniło przekonanie Białorusinów, że tym razem warto walczyć, bo liderujący im reprezentanci naprawdę rozumieją ich potrzeby i wychodzą im na przeciw.

Ludzie wychodzący dzisiaj na białoruskie ulice identyfikują się z hasłem „Я/МЫ 97%”, które bezpośrednio odnosi się do wspominanego sondażu Narodowej Akademii Nauk Białorusi. Ich postulaty są bardzo proste. Podsumowuje je petycja umieszczona na popularnym portalu change.org:

1. A. Łukaszenko rażąco narusza prawa człowieka.

2. A. Łukaszenko bezprawnie rządzi państwem

3. A. Łukaszenko negatywnie wpływa na gospodarkę kraju

4. Działania A. Łukaszenko doprowadziły do znaczącego zwiększenia śmiertelności związanej z COVID-19

5. A. Łukaszenko ponosi odpowiedzialność za wiele niezgodnych z prawem dekretów i sfałszowanych spraw karnych

6. A. Łukaszenko stoi na przeszkodzie prawidłowemu przeprowadzeniu wyborów w Republice Białorusi

My, 97% obywateli Republiki Białoruś prosimy A. Łukaszenko o dymisję!”

Na ten moment petycję podpisało 33 tys. osób, jednak o popularności dzisiejszego ruchu społecznego w Białorusi lepiej może świadczyć niemal 1,2 miliona podpisów zebranych na kandydatów stających w wyborach naprzeciwko Łukaszenki. I okoliczności w których te podpisy zostały w tak dużej ilości zebrane. A warto przy tym zauważyć, że uprawnionych do głosowania w Białorusi jest nieco ponad 6,8 miliona obywateli.

W mediach społecznościowych uruchomiono również akcję jednoczącą protestujących z pracownikami służb państwowych - ubrani w swoje mundury publikują oni zdjęcia ze sloganami „Я/МЫ 97%” lub takimi, które wzywają Łukaszenkę do odejścia.

Na niespotykaną wcześniej skalę zaktywizowali się również Białorusini żyjący za granicą. Chociażby zorganizowana naprędce 21 czerwca, spontaniczna pikieta pod ambasadą Białorusi w Warszawie, mimo braku szerszej promocji zebrała z dnia na dzień kilkaset osób. To niespotykana od wielu lat liczba na wydarzeniu dotyczącym Białorusi i jej sytuacji politycznej.

Wierzą, że zmiana jest możliwa

Uczestnicy protestów mówią jednoznacznie, że po raz pierwszy naprawdę wierzą w zmianę, że po raz pierwszy odkąd pamiętają są w stanie pokonać strach jaki wiąże się z publicznym żądaniem zmian w Białorusi. Żądaniem wyrażanym w równym stopniu przez uliczne protesty, co przez zapychanie systemu niezliczonymi skargami i petycjami. Reżim Łukaszenki tak skutecznie przyzwyczaił Białorusinów do gargantuicznej biurokracji, że ci obrócili ją przeciw reżimowi.

Wszystkie opisywane tutaj starania białoruskiego społeczeństwa składają się na całościową wizję pokolenia, czy może nawet kraju, który mówi „dość” dyktaturze Łukaszenki. Społeczeństwa, które szykuje się na 9 sierpnia z przekonaniem, że to właśnie ten dzień będzie rozstrzygający.

I tutaj znowu chyba po raz pierwszy Białorusini nie życzą sobie nacisków z Rosji, nie oczekują pomocy od władz Unii Europejskiej czy też poszczególnych zachodnich państw.

Skąd się wzięło „97% nas”?

Po wydarzeniach grudnia 2010 roku, kiedy brutalnie rozpędzono wielotysięczną, prodemokratyczną demonstrację w Mińsku, a opozycyjni liderzy dostali wieloletnie wyroki więzienia, zachodni świat z roku na rok coraz mniej interesował się życiem Białorusi i jej obywateli.

Szczególnie w obliczu wojny ukraińsko-rosyjskiej, która wybuchła w 2014 roku. W miarę rosnących w siłę ruchów populistycznych, nierzadko finansowanych przez Rosję, większość zachodnich demokracji zaczęła skupiać się w coraz większym stopniu na swoich problemach, zostawiając problemy zewnętrznego świata na bezterminowe „później”.

W tym czasie Białorusini musieli radzić sobie z szalejącą inflacją, gospodarczymi skutkami sankcji wymierzonych w Rosję (Białoruś jest silnie uzależniona finansowo od Rosji) oraz nieudolną polityką gospodarczą Łukaszenki, który sprzedawał Rosji i Chinom wszystko, co ci byli skłonni kupić.

Doraźne zastrzyki środków, czasami otrzymywanych też od Unii Europejskiej za uwolnienie więźniów politycznych, w ogólnym rozrachunku nie poprawiały sytuacji ekonomicznej kraju, ale stopniowo ograniczały jego zasoby.

Molochy, jakimi są nieliczne istniejące jeszcze zakłady, od dawna nie są konkurencyjne na rynku międzynarodowym. W efekcie Białoruś od wielu lat pozostaje na granicy bankructwa, a płacą za to Białorusini.

Jednocześnie dorastało w Białorusi pokolenie urodzone lub wychowane po rozpadzie ZSRR, pokolenie millenialsów z konieczności silnie zakorzenione w internecie. Globalizujący wpływ mediów społecznościowych jest tam równie silny co w Europie Zachodniej, o ile nie silniejszy.

Konsekwencją tak ułożonej rzeczywistości był nagły wysyp uzdolnionych białoruskich programistów, czy też ludzi zmuszonych do sprawnego poruszania się w niekorzystnych, zbiurokratyzowanych warunkach zatrudnienia.

Niezliczona ilość płatnych certyfikatów, pozwoleń i coraz to nowych danin budowała w Białorusinach głębokie poczucie niesprawiedliwości i to ono przede wszystkim wybrzmiewa dzisiaj na ulicach.

Pierwsze wyrazy niezadowolenia tego pokolenia można było usłyszeć we wspomnianym 2017 roku, kiedy to liderzy opozycji dołączyli do oddolnie organizowanych protestów, które nie oni zwoływali.

Przez prawie dwa miesiące ludzie regularnie wychodzili na ulicę żądając cofnięcia dekretu o nowym podatku i zmiany polityki gospodarczej kraju. Podatek „darmozjadów” miał na celu finansowe obciążenie osób pracujących w szarej strefie w Białorusi, otrzymujących wypłaty z zagranicznych firm, albo takich, którzy wyjeżdżali za pracą za granicę.

Łukaszenka nie do końca chyba zrozumiał co się wtedy stało, choć jego zdecydowana i brutalna reakcja, połączona z regularnie odświeżanymi obrazami rujnującego nieszczęścia, jakim jest dla Ukrainy wszczęta w 2014 wojna, skutecznie odsunęły (na chwilę) wizję politycznych przemian w Białorusi.

W kraju tym silnie kultywowana jest pamięć o II wojnie światowej i jej konsekwencjach (zresztą nic dziwnego – z rocznika 1920 przeżył wojnę 1 na 10 mężczyzn), dlatego też wizja jakiegokolwiek przelewu krwi odstręcza Białorusinów i ich paraliżuje.

Propaganda sączona przez białoruskie i rosyjskie media dostępne w Białorusi skupiała się w ostatnich latach głównie na krytyce opozycji, wypaczaniu obrazu konfliktu w Ukrainie czy też polityki realizowanej przez zachodnie demokracje. A na popularności zyskiwały w tym czasie pozornie apolityczne ruchy społeczne.

Teraz wszyscy ci ludzie zmęczeni poziomem trudności życia wynikającym z samego faktu życia w Białorusi głośno żądają zmian. Wiele wskazuje na to, że tym razem łatwo nie zrezygnują ze swoich postulatów.

Szczególnie, że frustracja sposobem rządzenia i bezczelnością Łukaszenki również się w ostatnich miesiącach nawarstwiała. Po październikowych wyborach parlamentarnych publicznie zastanawiał się on nad tym, czy następna tura, ta objęta w niezapowiedzianych wtedy jeszcze wyborach prezydenckich, powinna być jego ostatnią. Oraz nad tym, który z jego synów powinien być jego następcą.

Do wyborów parlamentarnych właściwie nie zostali wtedy dopuszczeni niezależni i opozycyjni kandydaci, a Białorusini dali wyraz swojemu niezadowoleniu tradycyjnie oddając kilkanaście procent głosów „przeciwko wszystkim”.

Co więcej, na dwa miesiące przed wyborami prezydenckimi, około pół roku po wyborach parlamentarnych Łukaszenka zarządził dymisję rządu. Dał tym jasny sygnał, że wszelkie planowane zmiany w gospodarce są anulowane, a państwo pozostanie na kursie coraz bardziej obciążającym Białorusinów.

Zdjęcie z Marszu Solidarności z Białorusią, Warszawa 27 czerwca 2020

Koronawirus cynizmu

Wydaje się jednak, że tym, co przelało szalę białoruskiej goryczy była pandemia koronawirusa, a właściwie opieszałość i cynizm, z jakim to nieszczęście potraktował Łukaszenko. Białoruś właściwie nie wprowadziła obostrzeń, nie zamknęła też granic, mimo że wszyscy jej sąsiedzi wprowadzili.

Liczba oficjalnie potwierdzonych przypadków jest analogiczna do liczby przypadków w Szwecji, ale śmiertelność jest rzekomo 15 razy niższa – według oficjalnych danych. Oficjalne dane wykazują w tym samym czasie bezprecedensowy i niewytłumaczalny wzrost zachorowań na zapalenie płuc.

Oficjalne narracja o koronawirusie przypomina tę czarnobylską – ludzie są informowani o obostrzeniach i zaostrzeniach związanych z epidemią post factum. Przekształcenie szpitali na zakaźne jest ogłaszane pacjentom przez bezterminowe odwoływanie standardowych wizyt.

Zajęcia na uczelniach oficjalnie jeszcze się odbywały w normalnym trybie w czasie, kiedy studenci mieli przychodzić tylko na zajęcia laboratoryjne (te w małych grupach).

Trudno znaleźć inny powód takiego podejścia władzy do koronawirusa, niż strach przed ostatecznym bankructwem systemu. Łukaszenka nie raz w ciągu swojej dyktatury udowadniał, że jest dużo bardziej wyrachowanym i świadomym władcą niż się wydaje.

Od początku dofinansowywał policję i wojsko, wypłacał na czas godne pensje pracownikom państwowych zakładów, by uniknąć strajków. Wreszcie szczuł na „miastowych” wewnętrznych migrantów urodzonych i wychowanych na wsi. I z równą determinacją tępił i dyskredytował niezależne media.

Dlatego kiedy nadeszła pandemia, a Łukaszenko nic w związku z nią nie zrobił, trudno doszukiwać się w tym głupoty czy negacjonizmu – to raczej cynizm i makiaweliczna gotowość poświęcenia ludności na rzecz wydolności systemu.

Łukaszenko przez lata budował swoje poparcie na strachu przed zmianą, budował propagandę stabilności i cudzych niepowodzeń. Internet częściowo tylko, ale jednak tę narrację przełamał. Pandemia COVID-19 zachwiała stabilnością, a szalejące statystyki zachorowań obnażyły wyjątkową niewydolność i kłamliwość reżimu. Tym razem Łukaszence będzie bardzo trudno uchronić swoją władzę.

Dlaczego to ważne dla Polski, Europy czy świata?

Choćby dlatego, że w obliczu kryzysu demokracji oraz autorytarnych dążeń poszczególnych europejskich i światowych rządów lub przywódców, Białoruś jest miejscem, w którym społeczeństwo wyłamuje się z tej tendencji. Staje do walki o prawo wyboru, o prawo do godnego życia i swobodnego wyrażania swoich poglądów.

Jest też inny powód. Białoruś jest w tym momencie jedynym miejscem na świecie, w którym wydarzenia nie sprzyjają polityce realizowanej przez putinowską Rosję. Białoruś jest niezwykle ważnym strategicznie terytorium dla Putina, a kilkudziesięciotysięczny kontyngent rosyjskich wojsk trzyma w szachu nie tylko Białoruś, ale również Polskę i państwa bałtyckie.

Uwiązanie Ukrainy w niekończący się hybrydowy konflikt paraliżuje jej prodemokratyczne dążenia, ale podobny scenariusz w Białorusi wydaje się niemożliwy – próżno w trakcie dzisiejszych białoruskich protestów szukać nacechowanych nacjonalistycznie sloganów, które bez trudu można było niestety znaleźć na peryferiach ukraińskiej rewolucji 2014 roku.

Rosyjskie prorządowe media dopiero od niedawna krytykują Łukaszenkę, dopiero od niedawna doszły do głosu animozje między Putinem i Łukaszenką. Nagła zmiana narracji jest czasochłonna i ryzykowna. Putin musiałby zdecydować się na otwarty konflikt z Białorusią, której armia jednoznacznie sygnalizowała, że stanie do obrony ojczyzny w przypadku takiego konfliktu.

Taka ewentualna wojna byłaby dla Rosji dosyć trudna, a jej koszta mogłyby pogrążyć reżim Putina. Uzasadnienie takiego konfliktu przed Rosjanami również należałoby do niezwykle trudnych zadań.

Jednocześnie zmiana układu sił w Białorusi oznaczałaby dla pochłoniętej koronawirusowym kryzysem Rosji ogromny problem, a plany destabilizacji państw bałtyckich na wzór ukraiński znacząco by się od Putina oddaliły. Podobnie oddaliłaby się odległa, ale istniejąca wizja rosyjskiej agresji na Polskę.

Przykład silnie osadzonej w autorytarnych okowach Białorusi, która wyzwala się sama z siebie, bez udziału zachodnich potęg, odbiłby się szerokim echem również w samej Rosji regularnie targanej antyputinowskimi demonstracjami.

Jak można pomóc?

Mimo że Białorusini sami zajęli się swoimi sprawami, to wciąż istnieją sposoby, żeby pomóc im w wolnościowych dążeniach. Rzecz jasna, każdy powód, by im pomóc jest dobry – nie ma znaczenia czy jest to troska o Białoruś i jej obywateli, wiara w ideę wolności i demokracji czy pragnienie ograniczenia wpływów Putina.

Warto też od razu powiedzieć, że wszelkie zbiórki organizowane poza granicami Białorusi mogą w obecnej sytuacji mieć trudne do przewidzenia skutki. Regulacje finansowe i polityka podatkowa tego kraju może spowodować, że darowizny finansowe pochodzące z zagranicy mogą być zinterpretowane jako przestępstwo finansowe, jak miało to niestety miejsce w przypadku Alesia Bialackiego, który został za takowe skazany na 4,5 roku więzienia o zaostrzonym rygorze.

Dlatego wszystkie składki organizowane przez podmioty z siedzibą poza granicami Białorusi muszą je przeprowadzać z całościowym i dogłębnym wsparciem osób obeznanych w białoruskim prawie.

Wsparcie finansowe najlepiej realizować przez bezpośrednie zbiórki białoruskich organizacji, najlepiej przez portale crowdfundingowe. Białoruscy aktywiści zajmujący się ochroną praw człowieka i wspieraniem pokrzywdzonych ciężko pracują nad znalezieniem skutecznych i bezpiecznych metod wpłacania pieniędzy.

Na razie wiemy o jednej aktywnej zbiórce, która funkcjonuje mimo wielkich przeciwności. Fundusze zbierane na takich zbiórkach wydawane są na opłacenie grzywien, kosztów procesowych oraz pomoc rodzinom zatrzymanych. W Polsce przez swoje media społecznościowe informować dokładniej o takich bezpiecznych zbiórkach będzie Inicjatywa Wolna Białoruś.

Białorusinom pomóc mogą również wszelkie akcje solidarnościowe, głosy wsparcia płynące od podobnych protestującym tam dzisiaj „zwykłych ludzi”.

O solidarnościowych pikietach i marszach informować w Polsce będzie również Inicjatywa Wolna Białoruś albo Białoruski Dom. Bieżące informacje na temat sytuacji w Białorusi można śledzić na profilach tych dwóch organizacji albo bezpośrednio na stronach białoruskich portali informacyjnych; nashaniva.by, bielsat.eu, svaboda.org lub tut.by.

Autor Nikita Grekowicz jest aktywistą Inicjatywy Wolna Białoruś

Udostępnij:

Nikita Grekowicz

Niezależny dziennikarz specjalizujący się w tematach Białorusi i Europy Wschodniej. Od 2022 pracuje w Dziale Edukacji Międzynarodowej Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Od 2009 roku związany ze Stowarzyszeniem Inicjatywa Wolna Białoruś, członek Zarządu Stowarzyszenia w latach 2019-2021. Absolwent Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW z dyplomem zrealizowanym na kierunku Artes Liberales. Grafik i ilustrator. Z pochodzenia Białorusin.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne