0:00
04 lipca 2021

Biden postawił Putinowi trzy warunki. Ale Rosja nie jest już pierwszym zmartwieniem USA

Joe Biden jest pierwszym od dekad amerykańskim prezydentem, który nie zaczął urzędowania od obietnicy „resetu” stosunków z Rosją. Bo – mimo spotkania z Władimirem Putinem w Genewie – dla Bidena relacje z Moskwą są jedynie elementem, i to nie najważniejszym, znacznie szerszej strategii działania w świecie

Wydrukuj

Były kandydat na prezydenta, nieżyjący już senator Partii Republikańskiej John McCain, w 2014 roku powiedział, że Rosja to „stacja benzynowa, która udaje państwo”. Podobną opinię wyraził Demokrata Barack Obama, obśmiewając swojego konkurenta do prezydentury Mitta Romneya, kiedy ten uznał Rosję za największe zagrożenie geopolityczne.

„Lata 80. dzwoniły, że chcą z powrotem swoją politykę zagraniczną” kpił ówczesny prezydent i przypominał, że „zimna wojna się skończyła”, a największym wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych w roku 2012 jest Al-Kaida. Później jednak przyszły wybory roku 2016 i rosyjskie próby wsparcia kampanii Donalda Trumpa. Sukces Trumpa, jego dawne interesy w Rosji i zafascynowanie Putinem sprawiły, że Rosja ponownie znalazła się w centrum zainteresowania. Prezydentura Bidena przynosi kolejną zmianę.

Widok z Waszyngtonu

„Chiny” – tak należałoby opisać politykę zagraniczną obecnego prezydenta, gdybyśmy musieli ograniczyć się do jednego słowa. To rywalizacji z Pekinem Biden podporządkowuje większość swoich działań. I to nie tylko na arenie międzynarodowej, lecz także w kraju.

Z jednej strony nie ma w tym nic zaskakującego, bo przecież „zwrot ku Azji” zapowiadał już wspomniany Obama. Z drugiej jednak sam Biden jeszcze nie tak dawno – w maju 2019 roku, w czasie trwającej już kampanii wyborczej – marginalizował znaczenie zagrożenia ze strony Chin. „Chiny zjedzą nam lunch? Daj spokój, człowieku”, mówił podczas spotkania z wyborcami w stanie Iowa i przekonywał, że Chińczycy sami mają poważne problemy. „Nie potrafią się zdecydować jak poradzić sobie z korupcją funkcjonującą w ramach ich systemu. Słuchajcie, to nie są źli ludzie. Ale coś wam powiem, nie są dla nas konkurencją”.

Niespełna rok później, w marcu 2020 roku w artykule dla magazynu „Foreign Affairs” pisał już inaczej. Twierdził, że Chiny stanowią „wyjątkowe wyzwanie”, że okradają amerykańskie firmy z ich własności intelektualnej, że dotują swoje przedsiębiorstwa z budżetu państwa, dając im nieuczciwą przewagę, zwłaszcza w dziedzinie najnowszych technologii.

Jednocześnie argumentował, że najlepszym sposobem na sprostanie temu wyzwaniu jest prowadzenie polityki zagranicznej, która poprawi los amerykańskiej klasy średniej, i która opiera się na współpracy z innymi państwami demokratycznymi. Treść tego artykułu jest znacznie bliższa temu, co Biden mówi i robi obecnie.

W tekście „The Emerging Biden Doctrine” [„Narodziny doktryny Bidena”] świeżo opublikowanym w „Foreign Affairs” wizję polityki zagranicznej obecnej administracji sprowadzono do trzech zasadniczych kwestii.

Konkurencja ze strony autorytaryzmów

Po pierwsze, wyzwanie ze strony Chin rozumiane jednak znacznie szerzej niż w czasie prezydentury Trumpa, któremu przeszkadzało głównie to, że Chińczycy znacznie więcej do USA eksportują niż z nich importują. Biden zwraca uwagę na konkurencję w dziedzinie najnowszych technologii – sztuczna inteligencja, sieć 5G, nowe sposoby analizy danych użytkowników sieci – ale też w ustaleniu międzynarodowych reguł określających sposób wykorzystania tych technologii.

Po drugie, zagrożenia ponadnarodowe, z którymi żadne państwo nie jest sobie w stanie poradzić samodzielnie. Do tej kategorii należą oczywiście pandemie, ale też chociażby raje podatkowe czy ataki hackerskie na firmy kluczowe dla funkcjonowania gospodarki, na czym nie tylko Stany Zjednoczone tracą ogromne, trudne do oszacowania sumy.

Tu wyzwanie polega także na przekonaniu obywateli państw demokratycznych, że ich system polityczny potrafi lepiej poradzić sobie z najnowszymi wyzwaniami niż systemy autorytarne reprezentowane przez Chiny, czy właśnie Rosję Władimira Putina.

W komentarzu opublikowanym w dzienniku „Washington Post” przed niedawną wizytą w Europie amerykański prezydent pisał:

„Oto zasadnicze pytanie na dziś: Czy demokracje są w stanie współpracować i przynieść naszym ludziom konkretne rezultaty w szybko zmieniających się czasach? Czy sojusze demokracji i ich instytucje, które ukształtowały tak dużą część zeszłego stulecia, udowodnią swoją przydatność w świetle współczesnych zagrożeń? Wierzę, że odpowiedź brzmi tak”.

Wreszcie, po trzecie, zagrożenie dla demokracji płynące od środka – ze strony partii populistycznych, polaryzacji wyborców, ingerencji w wybory ze strony państw autorytarnych oraz propagowania fake newsów mających podważyć wiarę w uczciwość całego procesu wyborczego. Te dwie ostatnie kwestie to także sprawy związane z działaniami Putina.

Podatki i drogi to polityka zagraniczna?

Takie potrójne zagrożenie wymaga złożonej i spójnej odpowiedzi. Jakiś czas temu pisałem dla magazynu „Aspen Review”, że na politykę zagraniczną Bidena nie należy patrzeć w sposób „pokawałkowany”, a brak wyraźnej granicy między polityką wewnętrzną i zagraniczną, to nie ułomność, lecz siła nowej administracji.

Bo dla Bidena plany zainwestowania bilionów dolarów amerykańską infrastrukturę drogową, komunikacyjną, energetyczną, internetową, czy w badania nad wybranymi technologiami, to także element wyścigu z Chinami i szerszej rywalizacji państw demokracji liberalnej z dyktaturami.

Prezydent wie, że jeśli nie przywróci Amerykanom prawdziwej wiary w to, iż „Ameryka znów będzie wielka”, ci mogą ponownie wybrać Trumpa lub kogoś podobnego, kto im taką obietnicę złoży.

Na razie na polu wewnętrznym sukcesy Bidena znacznie zwolniły. Po szybkim przegłosowaniu wartego niemal 2 biliony dolarów planu ratunkowego dla gospodarki, Demokratom udało się uzyskać wstępną zgodę części Republikanów na inwestycję w infrastrukturę. Ponadpartyjny plan jest jednak znacznie skromniejszy niż jego oryginalna wersja i opiewa na „jedynie” 1,2 biliona dolarów – mniej więcej połowę tego, co prezydent planował wydać w ciągu najbliższych ośmiu lat.

Sukcesem będzie też inna ustawa przeznaczająca w ciągu najbliższych pięciu lat 250 miliardów dolarów na rozwój tych technologii i sektorów gospodarki, które są zagrożone nadmiernym uzależnieniem od Chin oraz konkurencją ze strony Pekinu.

Ustawa jak na razie została zaakceptowana przez Senat, gdzie uzyskała 68 głosów, chociaż Partia Demokratyczna ma w izbie wyższej Kongresu jedynie 50 miejsc. Takie ponadpartyjne poparcie dla jakiejś kwestii to dziś prawdziwa rzadkość.

Ważnym elementem polityki zagranicznej są też starania o wprowadzenie minimalnej globalnej stawki podatku od firm i tym samym walka z rajami podatkowymi. Na to jednak wstępną zgodę wyraziły do tej pory kraje grupy G-7 i przedstawiciele UE. Do konkretnych rozwiązań droga jeszcze daleka.

Oczekiwania wobec Moskwy

A gdzie w tym wszystkim Rosja? Wcale nie na poczesnym miejscu. Jak donosił tygodnik „The Economist” „jedyne konkretne porozumienia [po szczycie Biden-Putin] dotyczą wznowienia rozmów na temat arsenału jądrowego i przywrócenia ambasadorów na stanowiska”, z których zostali odwołani przez obie strony kilka miesięcy temu.

Poza tym spotkanie z Putinem było też kolejną okazją dla Bidena do podkreślenia odmienności od Trumpa. Rozmowy w Genewie w niczym nie przypominały szczytu w Helsinkach z 2018 roku, kiedy Trump powiedział, że – wbrew doniesieniom amerykańskich służb – wierzy w zapewnienia Putina, że ten nie ingerował w amerykańskie wybory. Ówczesna doradczyni Trumpa do spraw Rosji, Fiona Hill, podczas nieszczęsnej konferencji prasowej miała być tak zdesperowana, że gotowa była włączyć alarm przeciwpożarowy, byle tylko ją przerwać. Niestety, żadnego nie znalazła.

Ile w opowieści Hill prawdy, nie wiem, ale wiem, że spotkanie w Genewie nie wymagało takich desperackich kroków. Amerykańskie media różnie je oceniały – niektórzy komentatorzy uznali, że już samo spotkanie było sukcesem Putina, bo oto kierownik „stacji benzynowej” został potraktowany jak równorzędny partner. Sam Biden przekonywał jednak, że chciał osobiście przedstawić rosyjskiemu przywódcy swoje stanowisko. Wskazał w nim między innymi, trzy granice, których przekroczenie ma się spotkać ze zdecydowaną odpowiedzią Stanów Zjednoczonych.

Trzy czerwone granice

Po pierwsze, cyberatak na 16 sektorów tworzących krytyczną infrastrukturę Stanów Zjednoczonych. Ich listę Biden wręczył Putinowi, który twierdzi, że Rosja w takie działania w ogóle się nie angażuje. Po drugie, śmierć Aleksieja Nawalnego w więzieniu. Po trzecie wreszcie próba militarnego rozwiązania konfliktu na Ukrainie.

Jak zareagował Putin? Oczywiście na konferencji po spotkaniu odrzucał jakiekolwiek oskarżenia o agresywne zachowania, czy polityczne represje w Rosji, twierdząc, że w Stanach sytuacja ma się jeszcze gorzej. Ale kilka dni później opublikował na łamach niemieckiego „Die Zeit” tekst, w którym z jednej strony powtarza kłamstwa o „zamachu stanu” zorganizowanym na Ukrainie przy udziale USA i Unii Europejskiej, który doprowadził do „odłączenia się” Krymu, aby chwilę potem wezwać Europę do odbudowania „wszechstronnego partnerstwa”.

„Po prostu nie możemy sobie pozwolić na dalsze trwanie przy dawnych nieporozumieniach, urażonych uczuciach, konfliktach i błędach. To ciężar, który powstrzymuje nas przed uporaniem się z bieżącymi wyzwaniami. Wszyscy musimy uznać nasze błędy i je naprawić”, pisał rosyjski prezydent.

Artykuł w „Die Zeit” powstał jednak przed propozycją – wysuniętą przez Niemcy i Francję – zwołania szczytu UE z udziałem Putina. Kilka dni później, gdy francusko-niemiecka inicjatywa została storpedowana, obszerny tekst napisał tym razem Siergiej Ławrow.

Ławrow żegna się z Zachodem

W artykule udostępnionym w rosyjskiej i angielskiej wersji językowej szef rosyjskiej dyplomacji stawia Zachodowi najrozmaitsze zarzuty. Oskarża o narzucanie innym krajom swoich norm; brak poszanowania kulturowej odmienności takich państw jak Rosja i Chiny; brak zrozumienia dla rosyjskich działań na Ukrainie, gdzie Kreml bronił rzekomo praw rosyjskiej mniejszości przed ruchami neonazistowskimi; czy wreszcie o próby wywarcia wpływu na Moskwę poprzez sankcje, które to próby z pewnością skończą się klęską, bo jednostronnych ustępstw wobec Zachodu prawie nikt w Rosji nie popiera.

W tekście Ławrow odnosi się też jednoznacznie do wspomnianych wyżej głównych celów polityki Bidena. Stwierdza, że spadek globalnego znaczenia Zachodu to obiektywny fakt, z którym należy się po prostu pogodzić. A z wyzwaniami współczesnego świata lepiej niż liberalne demokracje zachodnie poradzą sobie „autokratyczne demokracje”.

Trudno powiedzieć czy artykuł ministra jest próbą zaproszenia do dalszych rozmów, zwrócenia uwagi na niezadowolenie Moskwy, w czasie gdy na Morzu Czarnym trwają finansowane przez USA ćwiczenia wojskowe „Sea Breeze”, których gospodarzem jest Ukraina, a może zapowiedzią bardziej radykalnych kroków ze strony Putina.

W ten ostatni scenariusz nie wierzy jednak sam Biden. W czasie konferencji prasowej po spotkaniu w Genewie amerykański prezydent zadał publicznie takie – jak sam to określił – retoryczne pytanie:

„Masz liczącą wiele tysięcy mil granicę z Chinami. Chiny idą do przodu, […] chcą być najpotężniejszą gospodarką świata i największą oraz najpotężniejszą siłą militarną na świecie. Jesteś w sytuacji, w której twoja gospodarka ma kłopoty, musisz poruszyć nią w sposób bardziej agresywny, w sensie wzrostu. […] Nie sądzę, żeby [Putin] szukał zimnej wojny ze Stanami Zjednoczonymi. […] Powiedziałem mu […] to nie leży w niczym interesie – ani twojego, ani mojego kraju – abyśmy znaleźli się w sytuacji nowej zimnej wojny. I naprawdę wierzę, że on tak myśli – że to rozumie”.

Putin wie, że Biden oczekuje od Rosji przede wszystkim spokoju i w tym celu wskazał Rosjanom kilka „czerwonych linii”, których nie powinni przekraczać. Pytanie brzmi, co będzie w stanie zrobić, gdy rosyjski przywódca tego apelu nie posłucha. Lepiej żeby Biały Dom miał gotową odpowiedź. I żeby była ona wiarygodna.

Łukasz Pawłowski - publicysta, doktor socjologii, doradca polityczny. Wspólnie z Piotrem Tarczyńskim prowadzi „Podkast amerykański”. Autor książki „Druga fala prywatyzacji. Niezamierzone skutki rządów PiS” [2020]. Dawniej sekretarz redakcji tygodnika „Kultura Liberalna”.

Udostępnij:

Lukasz Pawłowski

Publicysta, doktor socjologii, doradca polityczny. Wspólnie z Piotrem Tarczyńskim prowadzi „Podkast amerykański” [https://www.facebook.com/podkastamerykanski]. Autor książki „Druga fala prywatyzacji. Niezamierzone skutki rządów PiS” [2020]. Dawniej sekretarz redakcji tygodnika „Kultura Liberalna”.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne