0:000:00

0:00

Prawa autorskie: il. Mateusz Mirys / OKO.pressil. Mateusz Mirys / ...

To był poranek 5 grudnia 2022.

Szef Netflixa Reed Hastings (w środku po lewej stronie stołu) u Andrzeja Dudy, 5 grudnia 2022. Fot. Przemysław Keler/KPRP (ze strony Prezydent.pl)

Prolog: Netflix u Dudy i Morawieckiego

Współzałożyciel i szef (do stycznia 2023) ogólnoświatowej korporacji Netflix, Reed Hastings, przylatuje do Warszawy i spotyka się na śniadaniu z prezydentem Dudą. Jeszcze tego samego dnia ma spotkanie z premierem Morawieckim.

I cyk: do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego wpływa notatka ministra cyfryzacji Janusza Cieszyńskiego, by z procedowanego i szeroko konsultowanego projektu ustawy o prawie autorskim wykreślić zapisy o konieczności zapłaty twórcom wynagrodzenia od internetowych wyświetleń dzieł audiowizualnych.

Tak się załatwia biznesy!

Rodzime środowiska twórcze od miesięcy nie są w stanie umówić spotkania ani z premierem, ani z prezydentem, tymczasem szef prywatnej zagranicznej firmy wpada do stolicy i jednego dnia spotyka się z najwyższymi politykami w kraju i ubija interes – stojący w sprzeczności z interesem polskich obywateli – i to nie tylko twórców, ale obywateli w ogóle.

Szczególną rolę odgrywa tu Janusz Cieszyński, którego notatka robi wrażenie, jakby był nie tyle ministrem cyfryzacji, ile ministrem platform cyfrowych.

Ale zanim opiszemy szczegóły i przedstawimy los polskich scenarzystów, przenieśmy akcję za ocean.

O co im w tym Hollywood chodzi?

2 maja 2023 amerykańscy scenarzyści pod egidą swoich związków zawodowych rozpoczynają strajk. O co im chodzi?

O pieniądze.

O warunki pracy.

O dziki rozwój tzw. sztucznej inteligencji (AI).

Wielu ludziom może się wydawać, że w Hollywood twórcy żyją jak pączki w maśle. Przyjęcia w willach z basenami, fotki w portalach plotkarskich i relacje glamour z festiwali. Niestety – to tylko lukrowa polewa na kwaśniejącym torcie.

Warunki pracy scenarzystów amerykańskich pogarszają się z roku na rok – w dużej mierze za sprawą gwałtownego rozwoju rynku streamingowego, tak wielkich firm jak Netflix, HBO Max, Prime Video, Amazon Prime, Apple TV...

Paradoks? Owszem. Bo pracy jest coraz więcej za sprawą pączkujących serwisów emitujących filmy i seriale, ale jest ona wykonywana w coraz większym pośpiechu, coraz bardziej „po łebkach”, za coraz mniejsze stawki.

Dla streamerów jakość nie jest priorytetem. Jest nim zysk.

Produkować jak najwięcej i jak najtaniej, osiągając jak najwyższe zyski– ta ogólna zasada kapitalizmu szczególnie obciąża pracujących przy projektach twórców.

A że wszystko w branży zaczyna się od scenarzystów, także i oni pierwsi rozpoczęli rozmowy z AMPTP [Alliance of Motion Picture and Television Producers, organizacją zrzeszającą w USA producentów i nadawców – red.] o warunkach pracy.

Gdy rozmowy nie przyniosły skutku, Amerykańska Gildia Scenarzystów, zrzeszająca 20 tys. osób, ogłosiła strajk. I strajkują już trzeci miesiąc.

Do scenarzystów dołączyli aktorzy – i fabryka (ang. Industry) stanęła na dobre.

Czy mają szansę na sukces?

Przedstawiciele AMPTP twierdzą, że przetrzymają strajk bez szwanku, bo mają zapas produkcji na wiele miesięcy. Z drugiej strony scenarzyści są twardzi – poprzednie strajki – w latach 1960, 1981, 1985, 1988, a zwłaszcza studiowy protest w 2007/2008 roku – pokazały, że potrafią walczyć o swoje interesy.

Jak pisze 2 sierpnia 2023 „New York Times”, AMPTP zmienia strategię i widząc twardą postawę aktorów, chcą dogadać się z gildią scenarzystów. Po piątkowym (4 sierpnia) spotkaniu z AMPTP, które miało być tajne, ale studia filmowe wypuściły informacje o jego przebiegu, późnym wieczorem w piątek (już w sobotę polskiego czasu), komitet strajkowy scenarzystów wydał komunikat.

Informuje o ustępstwach AMPTP, dotyczących m.in. stosowania sztucznej inteligencji, ale „powtarza, że oczekuje, iż wszystkie fundamentalne kwestie, które były przyczyną strajku scenarzystów w ostatnich trzech miesiącach, zostaną uwzględnione w porozumieniu”.

Streamerzy nie chcą się dzielić zyskami

Jednym z postulatów protestu jest sprawiedliwy podział zysków z odtworzeń filmów i seriali.

Platformy streamingowe zarabiają gigantyczne pieniądze na obrocie dziełami scenarzystów, płacąc im coraz mniej i nie uwzględniając w umowach z nimi premii od sukcesu. Ta tzw. success fee jest najbardziej sprawiedliwym rodzajem wynagrodzenia: napiszesz dobry scenariusz do filmu czy serialu, który widzowie chętnie oglądają, to zarabiasz dużo, naskrobiesz gniota, to wybacz, kasy nie ma.

Jednak platformy nie chcą dzielić się z twórcami, dzięki którym te zyski osiągają. Gwarantują sobie pełnię praw do dzieła i płacą sztywną stawkę podstawową – wyższą co prawda niż w telewizjach, jednak nieproporcjonalną do zysku.

Jeden z szefów mediowego giganta – Bob Iger, CEO (prezes) Disneya – w wywiadzie dla „Variety” powiedział wręcz, że żądania scenarzystów (i aktorów) są nie do zrealizowania. I mówi to gość, którego majątek szacuje się na pół miliarda dolarów i który

rocznie osiąga kilkadziesiąt milionów zysku z handlu pracą scenarzystów.

A scenarzyści na hollywoodzkie gale przychodzą często w kupionych na kredyt garniturach i na siłę uśmiechając się do kamer, udają, że i oni żyją w centrum filmowego blichtru.

Wystarczy przytoczyć historię Hwang Dong-Hyuka, autora słynnego na cały świat serialu „Squid Game”. Netflix zarobił na nim miliard dolarów, ale nie pozwolił scenarzyście (i reżyserowi) uczestniczyć w tych zyskach zmuszając go do podpisania niekorzystnej umowy. OK, gość mógł jej nie podpisać, serial by nie powstał, Netflix by nie zarobił...

Ale czy naprawdę o to chodzi? Nie lepiej, aby wszyscy byli zadowoleni?

Dlaczego nie może być sprawiedliwie?

Przecież ten sukces to wspólne dzieło – i scenarzysty, i platformy. Dlaczego zarabiać ma tylko ona? Bo jest silniejsza i może narzucać swoje zasady?

Algorytm napisze, avatar zagra?

Jeśli do tego wszystkiego dołożymy AI, to sytuacja robi się naprawdę nieciekawa. Studia filmowe chcą zastępować scenarzystów algorytmami, a aktorów avatarami.

AI – sztuczna inteligencja, która nie myśli. Generator treści – cudowne dziecko postępu, którym zachłystują się ludzie, wierząc w nieograniczone możliwości kreacyjne, a które tak naprawdę ma służyć do mnożenia pieniędzy.

Naiwne są złudzenia, że AI pomoże w rozwoju ludzkości, a w szczególności rozwoju kultury. Owszem – AI może być przydatnym dla twórcy narzędziem, ale na razie zmierza do zastąpienia człowieka, który jest przecież twórcą kultury przeznaczonej dla drugiego człowieka.

Po co ludziom „kultura” produkowana przez maszyny? Co to za rozwój?!

Owszem – w medycynie, w naukach ścisłych, logistyce – algorytmy okazują się potrzebne, a nawet niezbędne. Ale w kulturze? Przecież tzw. sztuczna inteligencja nie jest żadną inteligencją.

Niczego nie tworzy, nie wymyśla. Kompiluje jedynie to, co ma w bazie danych, korzysta z wytworzonych już przez ludzi zasobów, w sferze scenariopisarstwa – ze scenariuszy już napisanych, które mogą być wzbogacane kolejnymi historiami prawdziwymi i zmyślonymi, krążącymi po globalnej sieci.

Przekonał się o tym dobitnie Charlie Brooker, który postanowił oddać sztucznej inteligencji napisanie jednego z odcinków ostatniego sezonu słynnego „Black Mirror”. Dostał powierzchowną kompilację dotychczas napisanych odcinków, w której nie było żadnej nowej, odkrywczej treści. „Pojawiło się coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało wiarygodnie, ale na drugi rzut okazało się gównem” – komentował.

Sztuczna Inteligencja kradnie pomysły i nie płaci

Wykorzystanie AI generuje też problem finansowy. Za korzystanie z napisanych już scenariuszy generator treści nie zapłaci ich autorom, nawet jeśli jest oczywiste, że „ukradł” czyjeś dzieło czy jego fragmenty. Nie ma na świecie takiego prawa, które by go do tego zmusiło.

Przykładowo, jeśli jakiś zespół scenarzystów napisał kilka sezonów serialu, stworzył charakterystyczne postaci, schematy postępowań itp., to po tych kilku sezonach wytwórnia będzie mogła się zespołu pozbyć i przekazać dalszą pracę algorytmowi. Wystarczy jeden człowiek, który będzie „zadawał” tematy (tzw. prompty) do kolejnych odcinków i algorytm je stworzy – z gorszym skutkiem, ale za pół darmo.

Czysty zysk dla wytwórni, bo wiadomo, że człowiek zawsze jest najdroższy.

To samo dotyczy aktorów, od których amerykańskie studia filmowe już domagają się zgody na skanowanie ich twarzy, sylwetek i głosu – by móc produkować nieograniczoną liczbę filmów bez zatrudnienia ludzi i bez płacenia im! Jednym słowem zostało stworzone narzędzie, które zamiast służyć człowiekowi pomocą przy tworzeniu dzieł, zmierza do wyeliminowania go z gry.

Z gry, przypomnijmy – o wielkie pieniądze, a bynajmniej nie o jakość i wartości artystyczne.

Paradoksalnie, to zagrożenie zostało zobrazowane w pierwszym odcinku nowego sezonu netflixowego „Black Mirror”. Wytwórnia pozazdrościła firmie Mattel, która w „Barbie” robi sobie jaja z firmy Mattel i ukazała samą siebie w tzw. krzywym zwierciadle, z przymrużeniem oka.

Na pewno? Czy raczej pokazała nam swoje prawdziwe zamiary, oswajając przyszłych uczestników rynku i odbiorców z nadchodzącymi zasadami?

W skrócie, aby nie spojlerować: wytwórnia oferuje kilkusetstronicowe umowy, których nikt nie czyta, a w nich ukryte zgody na wszystko i na zawsze. Za pomocą AI można dysponować cudzym wizerunkiem w dowolny sposób, nawet sprzeczny z wszelkimi zasadami współżycia społecznego.

Wszystko w imię pieniędzy.

Przeczytaj także:

Strajk amerykański a sprawa polska

Jak się mają postulaty amerykańskiej gildii do polskich realiów? Za oceanem scenarzyści często podpisują kontrakty przypominające umowy etatowe. W Polsce scenarzyści to wolni strzelcy na umowach o dzieło albo na samozatrudnieniu.

Ale postulaty amerykańskie i polskie są zbieżne – udział w zyskach platform, poprawa warunków bytowych.

Dlatego też scenarzyści pod przewodnictwem Gildii Scenarzystów Polskich solidaryzują się z kolegami z USA i w Dniu Solidarności Scenarzystów, 14 czerwca 2023, zorganizowali pikietę przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów.

Dlaczego w tym miejscu?

Bo jedna, ale podstawowa rzecz odróżnia sytuację scenarzystów w Polsce i USA.

W Ameryce prezydent Joe Biden stoi po stronie scenarzystów. W Polsce władza staje po stronie platform.

„Mam nadzieję, że strajk scenarzystów w Hollywood wkrótce się skończy, że pisarze otrzymają sprawiedliwe umowy, na jakie zasługują. Współtworzą kultowy amerykański przemysł i potrzebujemy ich, aby opowiadali historię naszego narodu i historię każdego z nas” – mówi prezydent USA.

W Polsce jest dokładnie odwrotnie. Z prezesem Netflixa spotykają się prezydent, premier i przedstawiciele rządu (patrz wyżej – Prolog) i postulowane przez scenarzystów (i innych twórców) zmiany w prawie, niekorzystne dla gigantów streamingowych, zostają utrącone.

To teraz więcej o tych ustawach.

Artyści na granicy nędzy, bez szans na emeryturę

W ostatnim czasie powstały dwa ważne projekty. „Ustawa o artystach zawodowych” miała uregulować sytuację bytową artystów, którzy ledwie wiążą koniec z końcem, często na granicy wegetacji.

Przesada? Oto cytat ze stron rządowych: „Ustawa jest odpowiedzią na szereg postulatów zgłaszanych od lat przez środowisko artystyczne. Większość artystów znajduje się w bardzo trudnej sytuacji materialnej, utrzymując się z nieregularnych przychodów – często poniżej płacy minimalnej. Niestabilność zatrudnienia i niskie zarobki powodują, że artyści w Polsce żyją poza systemem ubezpieczeń społecznych. Wielu twórców nie stać na odprowadzanie składek emerytalnych, przez co po osiągnięciu wieku emerytalnego nie przysługuje im emerytura”.

Poczucie bezpieczeństwa jest najbardziej deficytowym towarem w świecie scenarzystów. Żaden z nas nie ma etatu. Niewielu ma perspektywę jakiejś emerytury.

Problemem jest nawet ubezpieczenie zdrowotne, nie mówiąc o uzyskaniu kredytu na mieszkanie. Wszystko rozbija się o pieniądze. Podczas prac nad ustawą o statusie artysty zawodowego wyszło na jaw, że

większość twórców w Polsce zarabia poniżej średniej krajowej, a 30 procent poniżej minimum socjalnego.

Scenarzyści nie są tu wyjątkiem. Sytych kotów jest naprawdę niewiele.

Rząd podkreśla, że takie regulacje jak „Ustawa o artystach zawodowych” sprawdzają się w innych krajach. I co najważniejsze, że koszty ustawy zostaną pokryte z opłaty reprograficznej, która jest już pobierana od producentów sprzętów elektronicznych służących do odbioru treści audio-wideo i która „będzie rozszerzona i dopasowana do zmieniających się realiów”. Rząd podkreśla, że opłata reprograficzna nie jest podatkiem.

Opłata reprograficzna, funkcjonująca w Polsce od 1994 roku, jest zryczałtowaną rekompensatą przekazywaną artystom przez producentów i importerów sprzętu elektronicznego umożliwiającego tzw. dozwolony użytek osobisty. Czyli korzystanie na własne potrzeby z utworów takich jak muzyka, film, obraz czy tekst, co znacząco zwiększa popyt na urządzenia elektroniczne.

Opłata zazwyczaj pobierana jest od takich urządzeń jak komputery, tablety, kopiarki, odtwarzacze czy SmartTV, a także od tzw. czystych nośników danych (płyt, dysków, pendrive’ów, kart pamięci). W Polsce lista urządzeń nie była aktualizowana przez kilkanaście lat i opłatą wciąż objęte są magnetofony i magnetowidy oraz kasety audio i VHS. Opłata nie jest podatkiem, wpływy z niej nie zasilają budżetu państwa ani samorządów terytorialnych.

Źródło: omówienie projektu Ustawy o artystach zawodowych

Populizm Dudy w 2020 roku podtopił ustawę

W czerwcu 2022 roku rząd podkreślał, że ustawa trafi do Sejmu w najbliższych miesiącach, ale do dziś nie została uchwalona, a opłata reprograficzna nie została rozszerzona.

Na przeszkodzie stanęła polityka.

Najpierw kampania wyborcza Andrzeja Dudy, który powtarzał, że nie zgadza się na żadne podatki od smartfonów i komputerów. Bo to spowoduje podniesienie ich cen i jest złe dla konsumentów, ponieważ producenci na pewno na nich przerzucą te koszty.

Był to polityczny populizm w najczystszej postaci, obliczony na zdobycie głosów w kampanii. Kosztem twórców.

Zaznaczyć tu od razu należy, że wysokość opłaty reprograficznej to maksymalnie 3 proc. – więc nawet jeśli producenci sprzętu przerzuciliby koszty na konsumentów, to urządzenia podrożałyby o kilkanaście złotych, a te najdroższe, warte kilka tysięcy, o 100 złotych.

Ale kampania wyborcza prezydenta to nie wszystko.

Za zatrzymaniem ustawy stoi też potężne lobby producentów sprzętu elektronicznego ZPAV (Związek Producentów Audio-Video; polska grupa międzynarodowej Federacji Przemysłu Fonograficznego). Mając wielkie wpływy i pieniądze, ZPAV potrafi skutecznie dotrzeć do decydentów i zablokować przepisy, które mogłyby ich pozbawić choćby jednego czy dwóch procent wpływów.

W jaki sposób to robią? Co i komu obiecują?

Dyrektywa unijna każe wyrównać prawa w Internecie

Jeszcze drastyczniej wygląda druga „Ustawa o zmianie prawa autorskiego i praw pokrewnych”, która powinna być wprowadzona w związku z unijną dyrektywą DSM Parlamentu Europejskiego Rady Europejskiej o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Chodzi w niej m.in. o zabezpieczenia praw twórców w zmieniającej się rzeczywistości medialnej oraz

urealnienie wynagrodzeń, które ma polegać na włączeniu emisji internetowych do systemu tantiem.

Należy tu wyjaśnić, jak skonstruowane są wynagrodzenia twórców.

Z perspektywy scenarzysty – składają się z dwóch części: wynagrodzenia autorskiego za napisanie dzieła oraz części „success fee” („premii za sukces”) – tantiem od wyświetleń. Od każdego wyświetlenia (czy też biletu w kinie) na konto autora scenariusza spływa niewielka suma – od kilku groszy, do stu kilkudziesięciu złotych.

Im więcej wyświetleń, tym „success fee” jest większa. Z mocy prawa obejmuje to wyświetlenia kinowe i telewizyjne, ale nie obejmuje Internetu, choć sieć radykalnie zwiększa udział w rynku, wypierając właśnie telewizję i kina.

Mówiąc językiem scenarzysty zasadniczym „turning point” była tu pandemia, która niemal zniszczyła dystrybucję kinową, a wywindowała pod nieboskłon platformy streamingowe.

Przygotowana przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ustawa miała urealnić sytuację i wyrównać warunki konkurencyjne. Powtórzmy, że mamy do czynienia z absurdalną niesprawiedliwością: potężne platformy streamingowe są uprzywilejowane finansowo wobec rodzimych nadawców i stacji telewizyjnych oraz kin i nie muszą ponosić opłat.

Jest oczywiste, że „streamerzy” są ustawie niechętni, bo wolą dalej nie płacić nic.

I tu wracamy do opisanej w prologu wizyty szefa Netflixa, najpotężniejszej z platform streamingowych. Wpadł do Warszawy, pogadał z prezydentem i premierem i ustawa, która miała lada moment wchodzić do porządku obrad – utknęła w jakiejś szufladzie.

Co się wydarzyło? Co obiecał szef Netflixa prezydentowi i premierowi? Nie wiadomo. W każdym razie wystarczyło do zablokowania ustawy.

Znana jest natomiast pewna notatka pewnego ministra.

Notatka ministra cyfryzacji: wycofać tantiemy z Internetu

Argumenty platform powtarza co do joty minister cyfryzacji Janusz Cieszyński, który po spotkaniu Reeda Hastingsa z Mateuszem Morawieckim, „bez żadnego trybu” napisał notatkę do ministerstwa kultury z rekomendacją wycofania z projektu ustawy zapisów o tantiemach z Internetu.

Stało się to już po terminie oficjalnych konsultacji i uzgodnień.

Minister kultury nie przychylił się do rekomendacji, i projektu nie zmienił, na co z kolei ministerstwo finansów zareagowało zarzutem, iż wprowadzenie tantiem od wyświetleń internetowych będzie nowym podatkiem.

Tezę o podatku z lubością powtarza minister Cieszyński w kolejnych medialnych wystąpieniach. Podkreśla, że w dobie galopującej inflacji dba o polskich konsumentów i nie chce, by ponosili większe opłaty za abonamenty platform streamingowych, bo one na pewno przerzucą koszty na konsumentów.

Zadziwiające jest to wybielanie bogatych platform, które i tak regularnie podnoszą ceny abonamentów.

Robią to bez oglądania się na wprowadzane lub niewprowadzane ustawy – maksymalizując po prostu swoje zyski.

Tantiemy z Internetu miałyby oscylować wokół 1,5 proc. dochodów z rynku – w odniesieniu do abonamentu, który kosztuje średnio 50 złotych, potencjalna podwyżka wyniosłaby 75 groszy… Potencjalna, ale mocno wątpliwa – bo czy platformy ogłoszą, że wobec zmian w prawie podnoszą abonament o kilkadziesiąt groszy?

Minister Cyfryzacji czy Minister Platform Cyfrowych?

Nasuwa się pytanie, czyim ministrem jest Janusz Cieszyński. Wygląda, jakby był Ministrem Platform Cyfrowych, a nie Ministrem rządu RP ds. Cyfryzacji.

Jednocześnie minister wraz z premierem działają de facto na szkodę budżetu, gdyż blokując ustawę, utrzymują sytuację, w której wszystkie zyski platform wypływają z Polski. Tymczasem te 1,5 proc. tantiem zostałyby w kraju, w kieszeni twórców będących polskimi podatnikami, którzy zapłaciliby od tych sum prawdziwe podatki, a także wydali je w większości w Polsce.

Teraz pieniądze – a mówimy nawet o 2,5 mld zł (!) – w większości uciekają do kieszeni zagranicznych udziałowców platform.

Mało tego, Polska jest ponad dwa lata spóźniona z wprowadzeniem Dyrektywy DSM (większość krajów UE już to zrobiła) i naliczone zostały nam kary wynoszące 13 700 euro dziennie. Od granicznej daty 7 czerwca 2021 roku.

Nie dość więc, że pieniądze platform nie zostają w Polsce, to jeszcze Polska z kieszeni każdego podatnika zapłaci kary umowne. Gdzie tu sens? I w czyim imieniu działa minister polskiego rządu i jego premier? Na pewno nie w imieniu polskich artystów i polskich podatników.

Hejt na scenarzystów: „w d*** im się poprzewracało”

Tezy i sformułowania, którymi posługuje się minister Cieszyński w wywiadach i na swoim profilu twitterowym, są podobne do używanych przez przedstawicieli platform streamingowych. Populistyczne hasła nakręcają hejt części społeczeństwa na twórców. Co jest na rękę cyfrowym gigantom.

Wymowę internetowych komentarzy pod artykułami na temat tantiem z Internetu można streścić jednym zdaniem: „artystom w d***ch się poprzewracało”.

Tantiemy jawią się jako nienależne ekstra opłaty, wymagane przez chciwych twórców łupiących zwykłych odbiorców.

Artystów, a zwłaszcza scenarzystów, przyrównuje się do przedstawicieli zawodów rzemieślniczych. Na przykład do stolarza, który, gdy wykona stół i go sprzeda, to przecież nie domaga się opłaty od każdego gościa, którego nabywca zaprosił na obiad. A scenarzyści chcą zapłaty za każdego widza… Skandal!

Porównanie brzmi efektownie, ale jest nietrafione. Stolarz jest oczywiście twórcą stołu, ale wykonał jeden mebel z przeznaczeniem, by nabywca przy nim jadł sam lub z gośćmi. Stół tego stolarza nie podlega masowej produkcji. Jeśli jednak ktoś zaprojektuje stół np. dla Ikei, to na podstawie przepisów o wzornictwie przemysłowym otrzymuje wynagrodzenie za każdy sprzedany stół wykonany według jego projektu.

Jest to właśnie rodzaj tantiem. Nie jest to wiedza powszechna, ale może najwyższy czas, aby taką się stała?

Niech żyje drapieżny kapitalizm

Ludzie krytykujący zasady tantiemizacji dzieł sztuki stoją na pozycjach bliskich drapieżnego kapitalizmu z jego pierwotnej postaci wyzysku pracownika przez przedsiębiorcę-kapitalistę nieograniczonego żadnymi regulacjami. Sami zresztą doświadczają tej nierówności i tym łatwiej przenoszą je na innych.

Tymczasem czasy się zmieniły. Inne jest podejście do pracy, do wynagrodzeń. Nikt już nie chce pracować na akord, zapier***ć za przysłowiową miskę ryżu (choć niektórzy wciąż są do tego zmuszani).

Ludzie starają się pracować, by godnie i dobrze żyć, a nie żyć po to, by pracować.

To w myśl tych zasad pracodawcy, by przyciągnąć do siebie wartościowych pracowników, proponują pakiety socjalne, medyczne, dodatkowe korzyści w postaci karnetów na siłownie, do kin, etc. Oprócz podstawowych wynagrodzeń istotne są także premie, systemy motywacyjne w postaci np. wyjazdów zagranicznych, dodatków okolicznościowych, trzynastek i czternastek…

I nikogo to nie dziwi, ale gdy scenarzyści domagają się czegoś więcej niż tylko gołej zapłaty za napisany tekst, padają ofiarą populistycznej krytyki. Co więcej, argumenty w tej krytyce ewidentnie podsuwa strona, której są na rękę – czyli przedstawiciele platform streamingowych i światowych korpo-gigantów medialnych.

Dlaczego jednak w tę linię wpisują się przedstawiciele rządu, który powinni stać po stronie obywateli i korzystnego dla nich prawa?

Wracając do scenarzystów...

Los scenarzysty w Polsce. Żył w cieniu, ale...

Rzeczy, zdarzenia, istoty znajdują swój sens dzięki słowom. Od słów ułożonych w scenariusz zaczyna się wszystko w świecie filmu.

Ze scenarzystami jest trochę jak z grawitacją. Nie widać ich, choć istnieją i to oni i one sprawiają, że świat filmowy i serialowy żyje. Kto zna nazwisko scenarzysty ulubionego filmu czy serialu? Pytanie retoryczne. Znamy aktorów i ewentualnie reżysera. Zza ich pleców scenarzysty już nie widać.

Czy to problem? Owszem, w momencie, gdy jeden z głównych twórców jest pomijany w informacjach o filmie, w anonsach festiwalowych, brakuje jego nazwiska na afiszach filmów, które napisał, a nawet w branżowych tabelach Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej informujących o pieniądzach przeznaczanych na rozwój scenariuszy (sic!).

Albo, gdy reżyser czy producent opowiada o filmie, o kulisach jego powstania i jego sensie, nie wspominając o osobie scenarzysty, który wymyślił wszystko, o czym jest mowa.

...to się na szczęście zmienia

Tyle że bardzo powoli.

Anonimowość scenarzystów wywodzi się z systemu kinematografii czasów minionych, który to system promował w Polsce film autorski w opozycji do „zachodniego” kina producenckiego. Nie wchodząc w szczegóły – reżyser sam pisał scenariusze swoich filmów, a wszystko działo się w ramach zespołów filmowych, gdzie otrzymywał odpowiednie wsparcie autorskiego dzieła.

W ostatnich trzech dekadach sytuacja branży filmowej i telewizyjnej w Polsce systematycznie się jednak zmienia i do głosu zaczynają dochodzić scenarzyści. Obecnie większość filmów na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni nie należy już do nurtu kina autorskiego i ma różnych scenarzystów i reżyserów.

W ramach produkcji serialowej, zwłaszcza tej telewizyjnej, to scenarzysta dzierży palmę pierwszeństwa. Dla opowieści powołuje, a czasem uśmierca postaci, kieruje ich losami, jak filmowy król.

Dlaczego coś się wydarza w serialu? Bo król/scenarzysta tak chciał!

Trochę to uproszczone, bo opowieść nie zależy tylko od widzimisię autora tekstu, ale także od sympatii i antypatii widzów i okoliczności pozaekranowych (wydarzeń w życiu aktorów, sytuacji finansowej producenta czy stacji emitującej serial), ale generalnie scenarzysta jest królem polskich seriali.

Albo królową… akurat nazwisko Ilony Łepkowskiej, zwanej „królową polskich seriali”, m.in. szefowej Gildii Scenarzystów Polskich, jest powszechnie znane i jest to wyjątek potwierdzający regułę.

W ostatnich latach scenarzysta czy scenarzystka coraz częściej nazywani są showrunnerami. Dzieje się tak dlatego, że rolę kin i telewizji przejmują platformy streamingowe (Netflix, HBO Max, Apple TV, PrimeVideo itd.).

W ich produkcjach seriali premium tak uwielbianych na całym świecie, wiodącą rolę gra showrunner. Jest de facto współproducentem, decyduje o charakterze opowieści, o doborze aktorów, wyborze reżysera. Bierze na swoje barki odpowiedzialność, często również finansową, za sukces lub porażkę projektu.

Ale nie do końca działa zasada, że „nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”. Scenarzysta ma nad sobą producenta oraz nadawcę.

Na czym polega ta nasza praca?

„Takie głupoty to ja też bym mogła wymyślać, tylko mi się nie chce” – powiedziała o pracy scenarzysty pani w średnim wieku zagadnięta w trakcie ulicznej sondy przez scenarzystów Gildii.

Jak to jest z tą pracą scenarzystów? Ciężka? Lekka? Stuka sobie przy biurku w klawiaturę. Albo jeszcze lepiej, siedzi z laptopem na plaży przy drinku?

Żadna dobrze wykonywana praca nie jest lekka. Wymaga poświęcenia, skupienia, zaangażowania. Jasne, że murarz ma cięższa fizycznie pracę, a chirurg bardziej wyczerpującą psychicznie. Generalnie scenarzysta cały czas jest w pracy i w procesie tworzenia.

Skąd bierze pomysły? Czasem „z głowy, czyli z niczego”, ale przeważnie z życia, z obserwacji, z mediów – przetwarzamy przeczytane teksty, obejrzane wiadomości czy reportaże. Rozmawiając ze scenarzystą, można się spodziewać/obawiać kreatywnego przetworzenia i użycia w filmie lub serialu swojej historii. Beware of screenwriters! [Uważaj na scenarzystów – red.].

Coraz większą bazą branży audiowizualnej są adaptacje książek. Ich autorzy często stają się współscenarzystami bądź scenarzystami, przekładając język prozy na język filmu.

Scenarzysta serialowy, zwłaszcza główny scenarzysta projektu, pracuje po kilkanaście godzin dziennie, często w weekendy, a na wakacje z rodziną musi wziąć laptopa. Jak wrzuca na social media zdjęcia spod palmy, to powstaje wrażenie luksusowego życia, a to bardzo często po prostu praca w odmiennych warunkach.

Jeśli scenarzysta jest członkiem zespołu scenariuszowego (tzw. writers room) pracującego nad serialem, ma więcej czasu i poczucie stabilizacji, oczywiście jeśli wiadomo, że serial będzie kręcony, a on sam ma w nim pewną pozycję.

Scenarzyści piszący fabuły mają teoretycznie najwięcej czasu, ale i najmniejsze poczucie bezpieczeństwa, bo nigdy nie wiadomo, czy scenariusz zostanie zrealizowany, a pisanie filmu fabularnego najczęściej zajmuje lata (rozwój pomysłu, dokumentacje, pisanie kolejnych wersji itd.).

Epilog: walec czy świetlana przyszłość?

Jak więc wygląda sytuacja scenarzystów w Polsce? Paradoksalnie.

Z jednej strony jest coraz lepsza: scenarzyści zdobyli pewną widoczność i pozycję branżową. Prężnie działa Gildia Scenarzystów Polskich, rynek audiowizualny rozwija się, stwarzając nowe szanse i coraz więcej miejsc pracy dla scenarzystów.

Z drugiej strony, warunki oferowane przez producentów i nadawców realnie się pogarszają, nie nadążając za szalejącą inflacją i rozwojem rynku. Nie nadąża też rozwój prawa i zarządzanie nim i w perspektywie kilku lat sytuacja finansowa i społeczna scenarzystów może się drastycznie pogorszyć.

Jeśli dodamy do tego niekontrolowany rozwój sztucznej inteligencji – i brak chęci jakiejkolwiek regulacji tego narzędzia ze strony rządowej (tu w roli głównej ponownie nieoceniony minister ds. cyfryzacji Janusz Cieszyński – zwolennik braku regulacji – choć do ich tworzenia jest powołany), to przyszłość scenarzystów spowija mgła.

Co się z niej wyłoni? Scenarzyści mają nadzieję, że świetlana przyszłość, a nie walec.

;

Udostępnij:

Maciej Sobczyk

(rocznik 1975), Z wykształcenia politolog. Scenarzysta z osiemnastoletnim stażem i kilkoma tysiącami odcinków seriali telewizyjnych w dorobku - m.in. „Klan”, Barwy Szczęścia”, „Policjantki i Policjanci”, „Sprawiedliwi. Wydział kryminalny.”. Jako jeden ze scenarzystów wiodących współtworzył popularną „Plebanię”, a także serial „Wszystko przed nami”. Twórca i główny scenarzysta trzykrotnie nagradzanego telekamerą i złotą telekamerą serialu dokumentalno-obyczajowego „Lombard. Życie pod zastaw”. Obecnie główny scenarzysta serialu „Barwy szczęścia”. Laureat niezależnych festiwali za film krótkometrażowy pt. "Sloow”. Członek Zarządu Gildii Scenarzystów Polskich od początku jej istnienia.

Komentarze