„Wołyń” jest cenny dla prawicy jako anty-„Pokłosie” i realizacja innej niż Giedroyciowska polityki wobec Ukrainy. Spełnia też marzenie prawicy o „wielkim kinie historycznym”. Choć Wojciech Smarzowski dystansuje się od tego zawłaszczenia, jego „Wołyń” odpowiada na kilka żądań od dawna obecnych w prawicowych szeregach

1. Odwrót od Giedroycia

Film wchodzi na ekrany w momencie, gdy w polskiej polityce wschodniej następuje odwrót od doktryny Giedroycia. W największym skrócie głosiła ona, że warunkiem powodzenia niepodległej, demokratycznej Polski jest wolna Ukraina i w naszym interesie leży wspieranie ukraińskich demokratycznych i wolnościowych aspiracji. Historyczne urazy polsko-ukraińskie (z Wołyniem łącznie) powinny zatem zejść na drugi plan.

Nowy, formujący się dopiero obóz w polskiej polityce wschodniej za swoich patronów obiera „ks. Isakowicza-Zaleskiego i Romana Dmowskiego”, pisał Paweł Kowal. Dla tego obozu w relacjach polsko-ukraińskich najważniejsze jest „rozliczenie zbrodni UPA” i pokajanie się państwa ukraińskiego za zbrodnie na Polakach, dokonane przez ukraińskich nacjonalistów w okresie II wojny światowej – w czasie gdy żadne ukraińskie państwo nie istniało.

Żądania takie stawiał w kampanii prezydenckiej Paweł Kukiz i kandydata Ruchu Narodowego, Marian Kowalski.

Kukiz do dziś ostrzega przed „banderowskim nacjonalizmem” na Ukrainie.

Jego klub złożył latem 2016 r. w Sejmie projekt uchwały o ustanowieniu 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa OUN-UPA. Informując o projekcie, Kukiz napisał o współczesnej Ukrainie „czczącej morderców z UPA”: „Najpierw pokora, przeprosiny i pokuta. W innym wypadku guzik mnie obchodzi, co zrobią z nimi Rosjanie. Może to piekło, jakie mają w Donbasie jest właśnie karą za ich niewyspowiadane grzechy”.

Takie poglądy obecne są też w środowiskach opiniotwórczych na zapleczu szeroko rozumianej prawicy. Ich szczególne natężenie znaleźć można na portalu Kresy.pl – radykalnie niechętnemu pomajdanowskiej Ukrainie, a pełnym zrozumienia wobec argumentów Rosji w konflikcie z Kijowem. W podobne tony uderza gwiazda prawicowej publicystyki Rafał A. Ziemkiewicz. „Jeżeli Ukraina potrzebuje naszej pomocy, to jest to wręcz najwłaściwszy moment żeby dokonać pewnej akcji wychowawczej pod adresem Ukrainy. A mianowicie że nie może liczyć na współpracę Polski i Europy, jeśli będzie u siebie tolerować grupy kontynuujące tradycję zbrodniczą, których cywilizowane kraje tolerować nie będą” – mówił w zeszłym roku.

„Wołyń”  i przedstawiany przez film obraz rzezi używany jest jako dowód przeciw współczesnej Ukrainie po Majdanie.

Ks. Isakowicz-Zaleski tak opisuje scenę przygotowań banderowskiego oddziału do ataku na polską wioskę: „Najpierw «pranie mózgu», a następnie na tle czerwono-czarnych flag trzykrotny okrzyk «Sława Ukrainie – herojom sława». To te same flagi, które powiewały na Majdanie i powiewają nadal w bardzo wielu miastach Ukrainy. To ten sam okrzyk, który niektórzy polscy politycy wznosili nie tak dawno w Kijowie, ku uciesze obecnych tam czcicieli UON-UPA”. Duchowy przywódca środowiska „nowych Kresowian” konkluduje, że film jest szansą na nowe ułożenie polsko-ukraińskich stosunków, będąc przy tym „«kamienieniem obrazy» dla prezydenta Petro Poroszenki i rządu na Ukrainie, którzy tożsamość narodową buduje na ideologii banderowskiej”.

2. „Anty-Pokłosie”

„Wołyniem” prawica obsługiwać próbuje jeszcze jedną narrację: o Polakach jako narodzie ofiar historii XX wieku.

Polacy ofiarami byli, problem z tym, że nie tylko i nie zawsze.

Wszelkie próby dyskusji nad takimi przypadkami spotykały się z bardzo nerwową reakcją związanych z prawicą środowisk opiniotwórczych. Ich zdaniem wszelkie dyskusje nad przewinami Polaków stanowić miały część „pedagogiki wstydu”, przy pomocy której liberalne elity usiłują dyscyplinować naród.

Nowy film Smarzowskiego, z przejmującymi i niepodważalnymi obrazami Polaków jako ofiar, odczytywany bywa po prawej stronie jako szansa na zerwanie z „pedagogiką wstydu” w kinie, której symbolem dla prawicy pozostaje „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego. Ten wątek pojawia się w recenzji „Wołynia” Pawła Lisickiego: „duża część polskich elit wolała skupiać się na uprawianiu pedagogiki wstydu. Polacy mieli się jawić albo jako opresorzy innych, albo współsprawcy mordu na Żydach. Zamiast dumy z własnej przeszłości miało pojawić się poczucie wstydu”. Dalej w lekturze filmu Smarzowskiego idzie w redagowanym przez Lisickiego tygodniku „Do Rzeczy” Piotr Gociek: „«Wołyń» uderza w samo centrum mitu  lansowanego przez wpływowe środowiska III RP, mitu o Polakach, jako narodzie sprawców”.

„Wołyń” jest więc cenny dla prawicy, jako swoiste anty-„Pokłosie”, „anty-gross”.

W miejsce rzekomo postawionego w centrum zbiorowej świadomości przez „pedagogikę wstydu” obrazu „Polaków mordujących swoich żydowskich sąsiadów” ofiaruje obraz Polaków, którzy sami padają ofiarami swoich ukraińskich sąsiadów, pozwalając narodowi zjednoczyć się w żałobie wokół traumy z przeszłości.

Świadectwa Kresowian, makabryczne wspomnienia ocalałych świadków rzezi wołyńskiej, od dawna wykorzystywane były przez prawicę do konstruowania podobnych narracji. Pojawiały się w publicystyce prasowej i telewizyjnej, historycznych rekonstrukcjach i w innych mediach. Towarzyszył im nostalgiczny mit polskiej obecności na Kresach, utrzymany często w silnie naznaczonych kolonialnymi tonami barwach. „Wołyń” pozwala uruchomić raz jeszcze te figury. Numerowi „Do Rzeczy”, z którego pochodzi tekst Goćka, towarzyszy dodatek specjalny „Hekatomba Polaków: Wołyń’43 – ukraińskie ludobójstwo Polaków” pełen materiałów graficznie przedstawiających to, co zdarzyło się z Polakami na Wołyniu.

Dzieło Smarzowskiego nadaje wszystkim tym od dawna powtarzanym świadectwom siłę wielkiego filmowego widowiska.

3. „Kino masowej wyobraźni”

Publicyści i oddelegowani na odcinek kultury politycy PiS od dawna marzą o wielkim historycznym widowisku, „oddającym polski punkt widzenia” i konstruującym nową, polską pamięć historii XX wieku. Miałaby być skupiona wokół takich wydarzeń jak powojenny opór antykomunistycznego podziemia, bohaterstwo czasów wojny czy właśnie rzeź wołyńska.

Jak dotąd prawica nie ma jednak żadnego filmu, który mogłaby wskazać jako przykład kina, do produkcji którego pragnęłaby zachęcić filmowców.

Poświęcony narodowemu podziemiu antykomunistycznemu obraz „Historia Roja” został uznany za artystyczną klęskę nie tylko po lewej stronie.

Inaczej jest z filmem Smarzowskiego: wszyscy zgadzają się, że jest artystycznym sukcesem. W nim prawica zyskuje przykład kina, pod który formatować będzie można konkursy scenariuszowe czy oczekiwania wobec programów Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Wprost mówił o tym tydzień po Festiwalu w Gdyni Jacek Kurski, podczas debaty o kinie historycznym w trakcie festiwalu „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci”. Prezes TVP, oburzony na niedostrzegający „Wołynia” werdykt festiwalowego jury mówił, że potrzebne są zmiany w PISF, pozwalające na takie „połączenie państwowych pieniędzy i talentu”, by już za dwa lata w Gdyni wygrywało „ambitne kino historyczne, przedstawiające polski punkt widzenia”.

Udane zawłaszczenie

Reżyser, który odmówił przyjęcia od Jacka Kurskiego specjalnej nagrody za film, odżegnuje się od takich zawłaszczeń. Czy sprzeciw twórcy jednak wystarczy? Czy zabiegi robiące z „Wołynia” filmowy sztandar „dobrej zmiany” nie okażą się skuteczne? Czy film nie dokona wreszcie reorientacji polskiego stosunku wobec Ukrainy wzmacniając obóz „Nowych Kresowian” kosztem linii Giedroycia?

Obawia się tego część nie-prawicowej strony debaty publicznej. „«Wołyń» może zainfekować wyobraźnię wielu osób na płaszczyźnie politycznej. Nie jest to film służący pojednaniu, lecz odwrotnie: podgrzewa najgorsze stereotypy, firmuje resentyment i lubowanie się we własnej krzywdzie. W żadnym momencie nie przypomina, że po tej koszmarnej wprost historii zdarzyło się coś naprawdę wyjątkowego – kilka lat oddechu i wzajemnego wspierania po upadku komunizmu czy teraz, gdy Ukraina znajduje się w stanie wojny z Rosją” – twierdzą na łamach „Kultury Liberalnej” Karolina Wigura i Jarosław Kuisz.

Rozumiejąc te obawy, mam z nimi pewien problem. Formułujący je autorzy czytają film Smarzowskiego podobnie jak ksiądz Isakowicz-Zaleski, tylko odwrotnie wartościując tę lekturę. Tymczasem

film mimo wszystko opiera się zawłaszczeniu przez prawicę. Jeśli bowiem głęboko wejdziemy w koszmar, jaki opisuje, zauważymy, że to, że to Ukraińcy mordują Polaków, jest w nim najmniej ważne.

Ważne jest ostrzeżenie przed integralnym nacjonalizmem i mechanizmami pogromowej mobilizacji, odradzającymi się w naszym regionie bynajmniej nie przez banderowców. W krótkim okresie wojna prawicy o zawłaszczenie znaczenia „Wołynia” może się powieść. Miejmy nadzieję, że w dłuższej – głęboko uniwersalistyczny, przeciwstawiający się wszelkim partykularyzmom cierpienia i pamięci sens tego filmu, wyjdzie na wierzch.

Abonament na wolność słowa

Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) “Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press