0:00
0:00

0:00

Śledztwo

Szlamy i koksik nie przeszkadzają. Biznesy na skażonych terenach dawnego Zachemu

  • Grażyna Ostropolska

Przed rokiem syndyk upadłych Zakładów Chemicznych „Zachem” w Bydgoszczy sprzedał 275 ha ziemi, która należała do zakładów za 35 mln zł, czyli niespełna 13 zł za metr kwadratowy. Cena była atrakcyjna, bo teren jest poprzemysłowy, w znacznej części skażony. Dotarły do nas informacje, że ludzie, którzy kupili grunty od syndyka, sprzedają je z kilkunastokrotnym przebiciem - po 120, a nawet 190 zł za metr kwadratowy.

Kupców nie brakuje. Większość z nich nie zdaje sobie sprawy z tego, co kryją pozachemowskie działki. I że, w myśl nowego prawa, koszty badania i oczyszczenia ziemi ponosi ten, kto ją kupił.

Przeczytaj także:

Badania „co hektar”

Wcielamy się w rolę klienta, zainteresowanego kupnem działki od biznesmenów, którzy hurtem nabyli pozachemowskie grunty. Już pierwsze pytanie: „Czy wystawione na sprzedaż grunty przebadano pod kątem skażenia?”, wprawia przedstawiciela spółki handlującej nieruchomościami w konsternację.

„Mamy porobione jakieś badania, ale robiliśmy je co hektar, a nie na każdej działce” - słyszymy.

Prosimy o wskazanie choćby jednej przebadanej, wolnej od zanieczyszczeń parceli. „Będzie ciężko. My tak bardziej mówimy klientowi, żeby sam to zbadał, bo takiej stuprocentowej gwarancji, że działka jest czysta to nie jesteśmy w stanie dać” - przyznaje sprzedawca.

W myśl ustawy Prawo Ochrony Środowiska, przyjętej w 2014 roku, ten, kto zostaje właścicielem skażonej ziemi, musi ją na własny koszt zbadać i oczyścić. Sprzedawca gruntów Zachemu jest tego świadomy. „No tak... i dlatego nasza oferta jest skierowana głównie do sieci korporacyjnych, bo one i tak muszą zrobić własne badania” - przekonuje.

Fenol, ołów, anilina

Porównaliśmy lokalizację wystawionych na sprzedaż działek z mapą najgroźniejszych pozachemowskich zanieczyszczeń opracowaną przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska.

Wygląda na to, że wystawione na sprzedaż nieruchomości leżą w rejonie groźnych dla zdrowia i życia ludzi ognisk zanieczyszczeń.

Prezydent Bydgoszczy i spółka Miejskie Wodociągi i Kanalizacja w Bydgoszczy zgłosili je jako „miejsca wystąpienia szkody w środowisku, w zakresie zanieczyszczenia powierzchni ziemi: fenolem, ołowiem, kadmem, żelazem, chlorkami, sodem i azotem amonowym”.

Toksyczny fenol może powodować wady genetyczne i mutacje genowe, kadm uszkadza nerki i powoduje anemię, może też zaburzyć rozwój płodu. Z kolei ołów jest neurotoksyną, uszkadzającą układ nerwowy i krew.

Nieopodal wystawionych na sprzedaż pozachemowskich działek był niegdyś ogromny dół, w którym przez 30 lat składowano szlamy i smoły pozostałe po produkcji barwników. W 1993 roku dół opróżniono i przysypano piaskiem. Ale monitoring wód podziemnych, prowadzony w tym rejonie do 2009 roku nadal wykazywał skażenie wód fenolem, ołowiem i kadmem.

Jak jest teraz - nie wiadomo, bo kompleksowych badań na ziemiach upadłych zakładów chemicznych nikt już nie wykonuje.

Ograniczono się jedynie do zgłoszenia szkody w środowisku, dając zielone światło tym, którzy handlują skażonym pozachemowskim gruntem.

Szlamy i koksik

Nieopodal rozebranej starej kotłowni, firma energetyczna wystawiła na sprzedaż spory magazyn. Naszą uwagę zwrócił biegnący wzdłuż obiektu szeroki pas, zbitej w bryły, brunatnej substancji.

„To szlamy poanilinowe. Ktoś je tu przed laty wylał, zanieczyścił toksyczną substancją teren” - tłumaczy Andrzej Stróż, były kierownik zachemowskich składowisk, którego poprosiliśmy o diagnozę.

Zmieszane z ziemią szlamy ciągną się długim pasmem wzdłuż betonowych boksów. Tworzą na powierzchni gruntu grubą, twardą skorupę, przez którą trudno się przebić.

Szlamy poanilinowe. Fot. Grażyna Ostropolska

Obok wystawionego na sprzedaż magazynu dostrzegamy dwa betonowe silosy z nieczynną suwnicą.

„Tam przez jakiś czas składowano tak zwany koksik, czyli smoły podestylacyjne z produkcji TDI [składnik pianek poliuretanowych - przyp.red],

a kawałek dalej, za skarpą - różne niebezpieczne odpady, które Zachem, przekazał później do utylizacji” - tłumaczy Andrzej Stróż.

Według niego kupujący pozachemowskie ziemie dużo ryzykują. „Ten grunt należałoby przebadać; pobrać próbki gleby i dowiercić się do wody, by sprawdzić, czy i tam nie ma skażenia” - mówi.

„Jakaś forma błotka”

Czy sprzedający magazyn poinformuje nas, że grunt może być skażony?

„Można być spokojnym, żadnych skażeń nie ma, bo tu nie było takich instalacji, które mogły zanieczyścić grunt” - zapewnia przedstawiciel energetycznej spółki.

I dodaje: „Mieliśmy w tej sprawie spotkanie z prezydentem Bydgoszczy i tam też usłyszeliśmy, że nasza działka nigdy nie była brana pod uwagę jako skażona, więc jesteśmy zwolnieni z badań gruntu”.

Pytany o brunatne wysypisko, tuż obok wystawionego na sprzedaż obiektu, nasz rozmówca bagatelizuje:

„Ja tam niczego nie widziałem. Może to jakaś forma błotka lub komuś coś z samochodu spadło”.

Jak wynika z archiwalnych dokumentów, „błotko” w sąsiedztwie oferowanego na sprzedaż magazynu jest dość specyficzne. To anilinowy szlam. Groźny, bo anilina to substancja toksyczna; rakotwórcza i mutogenna, niszcząca czerwone krwinki i powodująca anemię.

Z drugiej strony magazyn sąsiaduje z terenem starej kotłowni, który prezydent Bydgoszczy zgłosił jako „szkodę w środowisku”.

Według zgłoszenia, działki pod kotłownią oraz tereny z nimi sąsiadujące zatrute są: fenolami, nitrobenzenem, aniliną, nitrotoluenem, manganem i chlorkami.

W betonowym bunkrze przy starej kotłowni przechowywano niegdyś opiłki żeliwne, a potem smoły podestylacyjne z produkcji TDI i TDA (surowiec do syntezy TDI).

„W tym rejonie, mimo wieloletniego używania zbiornika do magazynowania smół podestylacyjnych, nie prowadzono żadnych działań rekultywacyjno - naprawczych” - napisano w uzasadnieniu zgłoszenia szkody. Zgłaszający wskazywali m.in. na silne zanieczyszczenie wód podziemnych, wykryte w piezometrach.

„Konieczne jest pilne podjęcie prac i badań, które określiłyby ognisko zanieczyszczenia i jego zasięg przestrzenny” - konkludowali.

Skażenie na światową skalę

„Teren po byłych Zakładach Chemicznych „Zachem” w Bydgoszczy to jeden z najbardziej zanieczyszczonych obszarów poprzemysłowych, nie tylko w Polsce, ale i na świecie” - twierdzą naukowcy z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, którzy przez 10 lat prowadzili tu badania.

Ich zdaniem grunt i woda zanieczyszczone toksycznymi - w tym rakotwórczymi i mutogennymi - powinny natychmiast zostać oczyszczone, a bagatelizowanie problemu zagraża zdrowiu i życiu ludzi. O wpływie pozachemowskich trucizn na mieszkańców bydgoskiego osiedla Łęgnowo - Wieś pisaliśmy w ubiegłym miesiącu.

Takich składowisk i ognisk zanieczyszczeń na terenie dawnego Zachemu zidentyfikowano do tej pory (głównie na podstawie archiwalnych badań i dokumentów) ponad 20.

Idziemy ich śladem, by sprawdzić, co się dzieje w najbardziej skażonych miejscach.

Zachem byłby dobrą scenerią dla filmów o czasach postapokaliptycznych.

Mijamy na wpół rozwalone, ogołocone przez złomiarzy budowlane rudery, pozostawione na nieczynnych torach cysterny z chemikaliami, wystające z ziemi rury i wiszące w powietrzu resztki przerdzewiałych instalacji. Natykamy się na niezabezpieczone studzienki, wyrwy oraz porozrzucane po całym terenie składowiska odpadów. W większości dzikie - co świadczy o rzadkich wizytach inspektorów na pozachemowskich gruntach.

Niebezpiecznie jest także na legalnych składowiskach. Na jednym z nich natykamy się na setki pojemników z kwasami: solnym, siarkowym, chlorowodorowym, azotowym i fosforowym, posadowionych.

Nikt nie naprawia zwalonego ogrodzenia i nikt tej chemicznej bomby nie pilnuje. Każdy może mieć do niej swobodny dostęp.

Złodziej zawiadamia o kwasie

Sytuacja nie zmienia się od lat, choć wiedzą o niej dobrze władze samorządowe i państwowe.

W 2015 roku o niezabezpieczonych pojemnikach z kwasem powiadomił straż miejską złodziej, którego przyłapano na próbie ich kradzieży. Sprawą zajęły się wtedy z urzędu: Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Bydgoszczy i wydział ochrony środowiska Urzędu Miasta w Bydgoszczy.

Efekt? Liczba pojemników z groźnymi substancjami na otwartym terenie, należącym do firmy „P” zwiększyła się po 4 latach wielokrotnie, a ochrona niebezpiecznych odpadów zmalała do zera.

Pojemniki z kwasem solnym. Fot. Grażyna Ostropolska

O "bombę" zapytaliśmy Grzegorza Boronia, dyrektora wydziału zintegrowanego rozwoju w bydgoskim ratuszu. „Musimy ponownie skontrolować to miejsce” - zapalił się.

To jego podpis widnieje pod zezwoleniem, które wydano firmie P. - na zbieranie odpadów, m.in. kwasów, szlamów, zużytych organicznych chemikaliów, zawierających substancje niebezpieczne oraz materiałów zawierających azbest.

Z zezwolenia wynika, że jedynie odpowiednio oznakowane oleje odpadowe mogą być trzymane na zewnątrz, zaś

odpady, zawierające substancje niebezpieczne, powinny być opatrzone odpowiednią instrukcją i przechowywane w zamkniętym magazynie.

Wyłącznie w atestowanych na bieżąco pojemnikach i nie dłużej niż przez 3 lata.

Nie tylko na tym skrawku wielkiej pozachemowskiej schedy (Zachem miał niegdyś we władaniu 484 km gruntów), prawo działa tylko na papierze.

Groźne trucizny pod instalacjami

Kolejne - potencjalnie groźne punkty na terenach dawnego Zachemu to miejsca pod dawnymi instalacjami do produkcji EPI, TDI i TDA, monomerów czy elektrolizy solanki.

Z dokumentów, którymi dysponują: Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Bydgoszczy, Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska i inne służby, jasno wynika, że tereny te mogą być poważnie zanieczyszczone. Jak wspomnieliśmy wcześniej, miasto Bydgoszcz i miejska spółka wodociągowa zgłosiły je jako miejsca szkody wyrządzonej środowisku.

Jak ustalono, np. po demontażu Instalacji Kompleksu Monomerów, na działce gdzie działała pozostały m.in.: azbest (ze zużytych przepon elektrolizerów i materiałów konstrukcyjnych chłodni), osady z czyszczenia i mycia instalacji oraz zużyte środki chłodnicze m.in. freon i amoniak.

„Należy zbadać, co się z nimi stało i czy te niebezpieczne związki nie zanieczyściły gruntu i wody” - postulowały miasto i miejska spółka.

Zanieczyszczone azbestem (przyczynia się on do chorób płuc, raka oskrzeli, nerek czy jajnika) mogą być także grunty i wody podziemne na obszarze gdzie prowadzono elektrolizę solanki (produkowano tam m.in. ciekły chlor i kwas solny).

Zgłaszający szkodę na tym terenie podejrzewają, że oprócz azbestu, do gruntu i wód podziemnych mogły się dostać: odpady solanki, chlorki, siarczany sodu i szlamy solankowe (tony szlamów nowi właściciele tego terenu bezprawnie wywieźli na składowisko Zielona - pisaliśmy o tym w poprzednim tekście o Zachemie).

Szczególnie groźne mogą być odpady z dawnej instalacji TDA oraz z instalacji TDI, o których wspominaliśmy już wcześniej.

Interes wierzycieli vs interes publiczny

O to, by syndyk nie sprzedawał skażonych terenów pod instalacjami oraz niebezpiecznych składowisk, dopóki nie zostaną one dokładnie zbadane i poddane oczyszczeniu, apelowali naukowcy z AGH i lokalni decydenci.

Tłumaczyli, że na prywatnych gruntach kontrola gruntów będzie niezwykle trudna, a pozyskanie państwowych funduszy na ich oczyszczenie - wręcz niemożliwe.

Apele okazały się bezskutecznie, Syndyk uznał, że jego obowiązkiem jest jak najszybsze zaspokojenie wierzycieli, a to wymaga szybkiej sprzedaży pozachemowskiego mienia. Także skażonego. Tyle, że za... mniejszą cenę.

Pytamy syndyka Grzegorza Floryszaka, czy poinformował przedsiębiorców (trzy spółki, związane ze znaną bydgoską rodziną), którym hurtem sprzedał 275 ha pozachemowskiej ziemi (wraz z instalacjami) o skażeniach, które tam zidentyfikowano.

„Oczywiście. Mieli dostęp do wszystkich materiałów na temat zanieczyszczeń, którymi i ja dysponuje. Było to też odnotowane w akcie notarialnym” - zapewnia Floryszak.

Według byłych pracowników Zachemu, brak działań ze strony odpowiednich instytucji, skończy się tym, że nowi właściciele sprzedadzą skażoną ziemię, gruz i kruszywo np. pod szkoły, żłobki i osiedla.

Potrafią rozpoznać każdy niebezpieczny związek w hałdzie ziemi i gruzu; po jego strukturze i kolorze. Oprowadzają nas po terenie swojego dawnego zakładu.

”To jest utleniony fenol” - nasz przewodnik wskazuje różową substancję w hałdzie ziemi, usypanej obok góry gruzu z rozebranej instalacji i ostrzega: „Proszę tej plamy różu nie rozgrzebywać i nie wdychać, bo fenol potrafi zniszczyć błony śluzowe i wywołać obrzęk krtani”.

W kolejnej: brunatnej hałdzie ziemi, świeżo wysypanej z koparki (dzień wcześniej tego pagórka jeszcze tu nie było) były zachemowiec rozpoznaje anilinę. Jest nieco mniej zbrylona od tej, którą widzieliśmy w pobliżu starej kotłowni, ale równie groźna.

Kruszywo z rozbiórki „idzie” w Polskę

Kruszywo z rozbieranych naprędce pozachemowskich budynków i instalacji sprzedaje się jak świeże bułeczki. Ogłoszenie: „Kruszywo tanio sprzedam” wisi pod jedną z nierozebranych do końca instalacji. Próbujemy je zamówić.

„Sprzedajemy tylko w dużych ilościach, po 25 zł za tonę”, informuje nas właścicielka hałd. Pytamy, czy ma pewność i dokumenty na to, że kruszywo, które sprzedaje nie jest skażone?

Sprzedaż kruszywa z Zachemu. Fot. Grażyna Ostropolska
„Ono ma ładny zapach i nie wyczuwa się w nim chemii, bo my działamy na obrzeżach Zachemu, gdzie nie było tak dużego skażenia” - tłumaczy kobieta.

I dodaje: „Dawaliśmy próbki gruntu do badania pod kątem kruszywa, ale to nie były jakieś szczególnie wnikliwe badania, więc ja gwarancji, że tam czegoś nie ma, nikomu nie daję. Zresztą, kruszywo już nam się kończy i za dwa dni zamykamy działalność na Zachemie”.

Aby gruz z rozbiórki przestał być w świetle prawa odpadem, przedsiębiorca musi spełnić kilka warunków, w tym wykazać, że jest on bezpieczny dla życia i zdrowia ludzi oraz środowiska.

Na zanieczyszczonych pozachemowskich terenach roi się od firm, które takich pozwoleń nie mają.

Kropla w morzu potrzeb

Zgłoszenia szkód w pozachemowskim środowisku zaowocowały wydaniem przez RDOŚ dziesięciu decyzji, zobowiązujących właścicieli skażonych terenów do zbadania zanieczyszczeń gleby i ziemi.

Uchyliła je Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, więc decyzji nie udało się do tej pory wyegzekwować.

Większość wniosków RDOŚ o dofinansowanie badań i monitoringu pozachemowskich terenów też została odrzucana. Pozyskano jedynie z NFOŚiGW 93 425 000 zł na projekt: „Remediacja terenów zanieczyszczonych w rejonie dawnych Z.CH. Zachem w celu likwidacji zagrożeń zdrowotnych i środowiskowych, w tym obszaru Natura 2000, doliny Dolnej Wisły oraz Morza Bałtyckiego”.

Projekt ten obejmie zaledwie 26,9 ha, czyli kilka procent skażonych pozachemowskich gruntów (głównie okolice składowiska Zielona) i powinien się zakończyć w 2023 roku.

Uruchomienie tego projektu uniemożliwiło RDOŚ w Bydgoszczy pozyskanie środków na „Projekt i budowę zintegrowanego monitoringu terenów zdegradowanych w obszarze oddziaływania Z.CH. Zachem w Bydgoszczy”, czyli na zbadanie aktualnego skażenia na całym, liczącym kilkaset hektarów pozachemowskim obszarze.

Swoją rekomendację dla tego projektu wycofał bowiem szef GIOŚ Paweł Ciećko. Uznał, że wykonywanie w tym samym czasie: oczyszczenia i monitoringu... nie jest zasadne.
;

Komentarze