Kiedyś trzeba będzie odwracać skutki decyzji komisji weryfikacyjnej podjętych wprawdzie w szlachetnym celu, ale proceduralnie równie niesprawiedliwych jak decyzje, których same dotyczyły. To jest błędne koło i jego skutków można uniknąć, gdy potraktujemy komplementarnie oba rodzaje sprawiedliwości – materialną i proceduralną - pisze prof. Jerzy Zajadło

„Powoływanie specorganu o charakterze quasi-sądowym prędzej czy później prowadzi do naruszania sprawiedliwości proceduralnej pod pozorem dążenia do osiągnięcia sprawiedliwości materialnej.

W istocie jednak chodzi o kolejny akt demontażu państwa prawa i upadlania organów wymiaru sprawiedliwości, tak naprawdę wyłącznie po to, by przejąć nad nimi kontrolę” – pisze dla OKO.press prof. Jerzy Zajadło, filozof prawa

Oto jego felieton komentujący działanie nadzwyczajnej komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji warszawskiej.


Zacznijmy od niesprawiedliwości

Ostatnio sprawiedliwość jest na ustach wszystkich w kontekście reprywatyzacji – zadość sprawiedliwości ma uczynić komisja weryfikacyjna kierowana przez wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego, sprawiedliwe rozwiązanie zapowiedział również pan Jaki, ogłaszając założenia projektu tzw. dużej ustawy reprywatyzacyjnej.

Warto jednak zapytać: Sprawiedliwość, a cóż to jest sprawiedliwość?

Nie istnieją jedne i uniwersalne kryteria sprawiedliwości, znacznie łatwiej przychodzi nam określenie, co w konkretnym przypadku jest niesprawiedliwością, zwłaszcza jeśli jest to niesprawiedliwość rażąca. I w tym sensie weryfikacja niektórych warszawskich decyzji reprywatyzacyjnych ma oczywiście głęboki sens, ponieważ wszystko wskazuje na to, że wiele z nich obciążonych jest odium rażącej niesprawiedliwości. Z różnych powodów – a to z powodu naruszenia przepisów prawa, a to z powodów proceduralnych, a to wreszcie z uwagi na towarzyszącą im działalność przestępczą.

Ostatnio Naczelny Sąd Administracyjny potwierdził w swoim orzeczeniu, że komisja weryfikacyjna ma ustawowe podstawy funkcjonowania i w związku z tym nie istnieje spór kompetencyjny pomiędzy nią i organem samorządu terytorialnego, prezydentem miasta stołecznego Warszawy. NSA nie odniósł się natomiast do samej ustawy powołującej komisję weryfikacyjną, chociaż mógł to zrobić w uzasadnieniu swojej decyzji.

I tutaj dochodzimy do sedna problemu. Sprawiedliwość w znaczeniu materialnym to tylko szlachetny sen – może, ale nie musi się spełnić z uwagi na brak uniwersalnych kryteriów.

  • Sprawiedliwość materialna oznacza równe wymierzanie korzyści i strat w równych sytuacjach.
  • Sprawiedliwość formalna oznacza równe przestrzeganie prawa przez wszystkich (równość wobec prawa).

Szanse na realizację snu o sprawiedliwości materialnej rosną wówczas, gdy towarzyszy jej jednocześnie sprawiedliwość proceduralna. By nie było wątpliwości – nie daje to stuprocentowych gwarancji, znacznie jednak zwiększa szanse.

Naruszanie sprawiedliwości proceduralnej może bowiem spowodować, że szlachetny sen odwracania skutków niesprawiedliwej decyzji reprywatyzacyjnej zmieni się w swoje przeciwieństwo – w nocną marę decyzji podjętej z naruszeniem elementarnych reguł sprawiedliwości proceduralnej.

Kiedy wiatr historii zawieje w inną stronę

Kiedyś być może wiatr historii zawieje w drugą stronę, i trzeba będzie ponownie odwracać skutki decyzji podjętych wprawdzie w szlachetnym celu, ale proceduralnie równie niesprawiedliwych jak decyzje, których same dotyczyły.

To jest błędne koło i jego skutków można uniknąć tylko wówczas, gdy warunkach demokratycznego państwa prawa potraktujemy komplementarnie oba rodzaje sprawiedliwości – materialną i proceduralną.

Jestem przekonany, że to właśnie miał na myśli Rzecznik Praw Obywatelskich podnoszący swoje wątpliwości co do prawidłowości faktycznego funkcjonowania komisji weryfikacyjnej, a zwłaszcza sposobu prowadzenia postępowania przez jej przewodniczącego.

Spotkała go jednak charakterystyczna odpowiedź – zarzucono mu bowiem, że upominanie się o sprawiedliwość proceduralną oznacza opowiedzenie się po stronie oszustów i złodziei z reprywatyzacyjnej mafii.

To oczywisty absurd, ale charakterystyczny dla pewnej populistycznej retoryki mającej przykrywać brak kompetencji i prawniczą ignorancję.

Ale jest także drugi problem – nie tylko faktyczne funkcjonowanie komisji weryfikacyjnej, lecz także niektóre rozwiązania ustawy, która powołała ją do życia.

Przyjrzyjmy się wreszcie filozofii powoływania specorganu wyposażonego wprawdzie w kompetencje zbliżone do sądowych, ale jednocześnie par excellence politycznego, jedynie z pozorami prawniczo kompetentnego składu.

W normalnie funkcjonującym państwie prawa zadanie powierzone komisji weryfikacyjnej powinny wykonać prokuratura i sądy. Ktoś może odpowiedzieć – powołano speckomisję, ponieważ prokuratura i sądy nie działają jak należy.

W moim przekonaniu daleko bardziej

chodzi o kolejny aktu demontażu państwa prawa i deprecjonowanie, by nie powiedzieć – upadlanie, organów wymiaru sprawiedliwości, tak naprawdę wyłącznie po to, by przejąć nad nimi polityczną kontrolę.

Powoływanie specorganu o charakterze quasi-sądowym prędzej czy później prowadzi do naruszania sprawiedliwości proceduralnej pod pozorem dążenia do osiągnięcia sprawiedliwości materialnej.

Komisarze ds. niewolników

Przypomina mi to pewien epizod z historii amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. W 1850 roku spór o niewolnictwo osiągnął swoje polityczne apogeum i w związku z tym zawarto kompromis pomiędzy Północą i Południem. Kością niezgody był problem wydawania zbiegłych niewolników na podstawie orzeczenia sądowego.

Ponieważ wielu sędziów stanowych z Północy miało przekonania abolicjonistyczne, a sędziów federalnych było zbyt mało, by wykonać ten obowiązek, uchwalono nową ustawę o zbiegłych niewolnikach przewidującą powołanie nowego organu – specjalnych komisarzy wyposażonych wprawdzie w takie prawa jak sędziowie, ale bez obowiązku przestrzegania sądowych procedur i bez gwarancji sprawiedliwego procesu oraz bardzo często bez jakichkolwiek prawniczych kompetencji.

Towarzyszyła temu dosyć dziwna regulacja w zakresie wynagradzania –

jeśli komisarz orzekł wydanie niewolnika, otrzymywał dziesięć dolarów, w przeciwnym wypadku tylko pięć. Jak tłumaczono tę dziwną różnicę?

Otóż uznano, że w przypadku decyzji nakazującej wydanie komisarz ma więcej tzw. papierkowej roboty.

Ktoś może powiedzieć, że to porównanie jest niezbyt adekwatne, ale moim zdaniem są to tylko pozory. W rzeczywistości mamy do czynienia z podobnym mechanizmem o takich samych skutkach – abstrahowaniem od reguł sprawiedliwości proceduralnej, które jest wprost proporcjonalne do braku prawniczych kompetencji.

Polityczny cel

Podobny jest też politycznie zdeterminowany cel.

  • Społeczny odbiór wykazania niesprawiedliwości materialnej nawet kosztem sprawiedliwości proceduralnej jest propagandowo i politycznie bezcenny, wart znacznie więcej niż dziesięć dolarów.
  • Z kolei decyzja komisji potwierdzająca prawidłowość decyzji reprywatyzacyjnej z zachowaniem reguł proceduralnych wprawdzie ucieszy prawników, ale propagandowo i politycznie, z punktu widzenia podstawowego chociaż zakamuflowanego zadania komisji weryfikacyjnej, jest kompletnie nic nie warta, nawet pięciu dolarów.

Prawo raczej nie znosi wszelkich wyjątkowości opatrzonych przedrostkiem „spec”, ponieważ jego naturalnym środowiskiem jest normalność. Używając metafory prof. Ewy Łętowskiej, rytm czasu znacznie lepiej wyznacza tutaj precyzyjny mechanizm proceduralnego zegara niż dźwięk bliżej nieokreślonej sprawiedliwości materialnej wielkiego dzwonu. Zwłaszcza gdy dźwięk wielkiego dzwonu nie zawsze jest czysty – zarówno pod względem intencji, jak i rezultatu.


Prof. dr hab., filozof prawa, kierownik Katedry Teorii Filozofii Państwa i Prawa Wydziału Prawa Uniwersytetu Gdańskiego, Laureat nagrody im. Edwarda J. Wende (2017) oraz Nagrody Wydziału I Nauk Humanistycznych i Społecznych PAN im. Leona Petrażyckiego za książkę "Sędziowie i niewolnicy" (2017), członek Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego. Jest publicystą prawnym „Gazety Wyborczej”.


Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!