Polityka mieszkaniowa leży w gruzach, a rozdawanie mienia publicznego za bezcen pogorszy sytuację. W sprawie bonifikat Rafał Trzaskowski zatańczył, jak mu PiS zagrał, a teraz próbuje go przelicytować. Na bonifikatach najwięcej zyskają – i tak uprzywilejowani – użytkownicy drogich gruntów. Traci społeczeństwo jako całość, bo kult własności to droga donikąd

Działacze PiS, w tym premier Mateusz Morawiecki, zarzucili Rafałowi Trzaskowskiemu, prezydentowi Warszawy z ramienia Koalicji Obywatelskiej, „złamanie obietnicy wyborczej”. Marszałek Senatu Stanisław Karczewski nazwał działanie władz stolicy „okradaniem Polaków”. Wszystko dlatego, że warszawski ratusz cofnął podjętą w ferworze kampanii decyzję o bardzo wysokiej bonifikacie przy przekształcaniu użytkowania wieczystego we własność.

Platforma w pośpiechu próbuje wycofać się z zamieszania, do którego sama przyłożyła rękę: przywraca decyzję o 98-procentowej bonifikacie dla właścicieli mieszkań w Warszawie i postuluje wysokie bonifikaty już nie tylko w stolicy, ale i w całej Polsce.

W całym tym pasjonującym politycznym ping-pongu umyka jednak ciężar możliwych konsekwencji takiego rozdawnictwa: dalszy rozkład polityki mieszkaniowej w Polsce.

Państwo polskie chętnie bowiem pomaga tym, którym sprawa godnego miejsca do życia nie spędza snu z powiek, bo mają mieszkania na własność. Co z resztą? Niech się martwi sama.

Trzaskowski: nic nie obiecywałem

O co chodzi z bonifikatami?

  • 20 lipca 2018 Sejm jednogłośnie przyjął ustawę o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe w prawo własności gruntów;
  • Ustawa nadaje właścicielom mieszkań prawo do ziemi z automatu, za opłatą wynoszącą 20-krotność opłaty rocznej – w przypadku mienia państwowego z bonifikatą sięgającą 60 proc. Samorządy mogą same decydować o wysokości bonifikaty;
  • 18 października, tuż przed wyborami, w Radzie Warszawy Platforma Obywatelska przegłosowała olbrzymią bonifikatę – 98 proc. – zaproponowaną przez stołecznych radnych PiS;
  • 13 grudnia, nieoczekiwanie obniżyła ją jednak do 60 proc. „Mieliśmy odwagę skończyć z rozdawnictwem” –  skomentował nowy wiceprezydent Warszawy Paweł Rabiej.

Trzaskowski bronił się, że „nigdy nie obiecywał bonifikat”.


„Ja nigdy w kampanii wyborczej nie obiecywałem bonifikat, nigdy na ten temat nie mówiłem”

Rafał Trzaskowski, Rafał Trzaskowski w „Wydarzeniach i opiniach” Polsat News - 21/12/2018

Rafał Trzaskowski, fot. Agencja Gazeta


Bonifikaty zaproponował Patryk Jaki, jednak to Platforma Obywatelska przegłosowała je w Radzie Warszawy przed wyborami. Trzaskowski mógł na to wpłynąć


Ostatecznie jednak nowy prezydent miasta poddał się retoryce PiS. W czwartek 20 grudnia Rada Miasta st. Warszawy wprowadziła 98-procentowy upust w wykupie gruntów przez właścicieli mieszkań. Jednocześnie posłowie PO zaprezentowali w Sejmie projekt podwyższenia ustawowej bonifikaty na gruntach Skarbu Państwa z 60 do 98 proc. PiS zapewne złoży własny podobny projekt.

I na tym właściwie sprawa mogłaby się zakończyć i przejść do historii jako pierwszy kryzys wizerunkowy prezydenta Rafała Trzaskowskiego, który wpadł w pułapkę zastawioną przez PiS, by później podjąć brawurową próbę zastawienia własnej pułapki na partię rządzącą. Niestety, niefrasobliwe gry polityków mają też poważniejsze konsekwencje.

Najważniejsze umyka

W dyskusji dominuje wątek rzekomego oszustwa ze strony Platformy. Faktycznie, wolta warszawskiej Platformy jest zdumiewająca i nie dodaje jej powagi. Dziwnie brzmią tłumaczenia radnej Koalicji Obywatelskiej Agaty Diduszko-Zyglewskiej, że radni PO zostali przez PiS postawieni w sytuacji bez wyjścia, bo „argumenty zawierające finansową analizę możliwości Warszawy nie przebiłyby się w ostatnich trzech dniach kampanii” – tak jakby fakt prowadzenia kampanii wyborczej miał zdejmować z polityków odpowiedzialność za nieprzemyślane decyzje.

  • Co to jest użytkowanie wieczyste?

    Jak pisze dr Łukasz Drozda w książce Dwa tysiące. Instrukcja obsługi polskiej urbanizacji w XXI wieku:

    „Kojarzone nie do końca słusznie z realnym socjalizmem, analogiczne bowiem formy zarządu nad nieruchomościami spotykane są także w różnych wariantach gospodarek kapitalistycznych. Stanowi formę pośrednią między pełną własnością i ograniczonymi prawami rzeczowymi. Użytkownicy wieczyści nie są, formalnie rzecz biorąc, właścicielami nieruchomości, chociaż ich sposób dysponowania nimi gwarantuje zakres praw zbliżony do tego statusu dzięki uprawnieniu do korzystania z nieruchomości gruntowej będącej własnością Skarbu Państwa lub jednostki samorządu terytorialnego. Użytkowanie tego typu, dostępne jest zarówno dla osób fizycznych, jak i prawnych, trwa przeważnie 99 lat”.

    Użytkownicy mają prawo dziedziczenia nieruchomości, płacąc rocznie odsetek jej wartości uzależniony od przeznaczenia użytkowania. Przed wygaśnięciem uprawnienia, właściciel ma obowiązek je przedłużyć na wniosek użytkownika, chyba że istnieje „ważny interes społeczny”.

    Użytkowanie wieczyste regulują artykuły 232-243 Kodeksu cywilnego, ustawa o gospodarce nieruchomościami oraz ustawa o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego w prawo własności.

     

Kwestia wizerunkowej wiarygodności Platformy Obywatelskiej jest jednak mało znacząca wobec bardziej namacalnego problemu. W całej dyskusji na ogół umyka bowiem zasadnicze pytanie: czy rozdawanie publicznego mienia za bezcen to aby na pewno odpowiedzialna polityka?

I czy miasto powinno rezygnować z kilkuset milionów złotych wpływów budżetowych rocznie? Warszawski Ratusz gdy przez moment sprzeciwiał się rozdawnictwu zwracał uwagę, że 98-procentowe bonifikaty uszczuplą budżet miasta o 3,5 mld zł w ciągu kilku lat. Warszawa jest zamożna, ale nie aż tak dochody miasta na 2019 roku zaplanowano na ok. 17 mld zł.

„Bonifikatoza”

Jacek Kisiel, działacz stowarzyszenia Wola Mieszkańców, nazwał przekształcenie użytkowania we własność na takich zasadach przejawem „bonifikatozy”. Co to za choroba?

„Sprowadzają ją politycy, którzy, aby zbić kapitał polityczny, decydują o wykupie [nieruchomości] za ułamek wartości rynkowej, czyli z bonifikatą” – napisał na Facebooku były kandydat ruchów miejskich na radnego stolicy.

Za jej pierwszy przejaw Kisiel uznaje uwłaszczenie na lokalach komunalnych w latach 90., dzięki któremu ich użytkownicy kupowali lokale ułamek wartości rynkowej.

BONIFIKATOZABonifikatoza to złośliwa choroba. Niezwykle zaraźliwa, w zasadzie nieuleczalna. Atakuje nieruchomości…

Opublikowany przez Jacek Kisiel Czwartek, 20 grudnia 2018

Z jednej strony pozwalało to zabezpieczyć użytkownikom prawa do lokalu, w którym mieszkali czasem od lat. Wielu ludzi uchroniło to przed konsekwencjami dzikiej reprywatyzacji. Z drugiej pozbawiło samorządy możliwości pomocy tym, których nie stać na mieszkanie z rynku.

Doprowadziło też jednak do znacznego wzbogacenia tych, którzy zajmowali lokal w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu czy Sopocie – szczególnie względem osób z małych miast czy pozbawionych tytułu do lokalu w ogóle.

Zyskują ci, którzy już mają

Jak mówi OKO.press dr Łukasz Drozda, badacz procesów urbanizacyjnych z Uniwersytetu Warszawskiego, na przekształceniu użytkowania wieczystego we własność znów zyska uprzywilejowana grupa: ci, którzy posiadają mieszkanie na własność. Na dodatek nie zawsze są to osoby, które do tej własności doszły własną mozolną pracą – mogą to być beneficjenci uwłaszczenia na mieniu komunalnym, bądź ich spadkobiercy.

Straty z tytułu opłat, które nie wpłyną do budżetów, nie zostaną z kolei przeznaczone na budowę nowych i remont istniejących mieszkań komunalnych i socjalnych.

„Polityka społeczna opracowywana przez ekspertów przegrywa jednak z kampaniami wyborczymi” – zauważa Drozda. Głosy za publiczne mienie kupowali sobie przedstawiciele władz niezależnie od politycznej opcji:

  1. Pierwsza ustawa pozwalająca mieszkańcom przekształcać użytkowanie wieczyste we własność została uchwalona przed wyborami parlamentarnymi 2005 r. przez rząd Sojuszu Lewicy Demokratycznej, który wbrew socjaldemokratycznemu szyldowi, ale zgodnie z modą panującą wówczas na europejskiej lewicy, realizował politykę zbliżoną do wolnorynkowego „New Labour” brytyjskiego premiera Tony’ego Blaira.
  2. Następnie ustawę znowelizowała w 2011 r. Platforma Obywatelska (znów – przed wyborami). PO dała wówczas możliwość uwłaszczenia się z bonifikatą również przedsiębiorstwom. Po skardze ze strony władz Poznania, nowelizacja została uznana za sprzeczną z ustawą zasadniczą przez Trybunał Konstytucyjny. Warszawa nie protestowała – firmy mogły więc bez przeszkód przekształcać użytkowanie we własność. Miasto straciło na tym duże środki.
  3. Proces prywatyzacji został przypieczętowany przez rząd Mateusza Morawieckiego, z poparciem wszystkich ugrupowań sejmowych (co przy okazji pokazuje, ile warte są rządowe opowieści o „totalnej opozycji”)

Ten ostatni jak na razie akt dramatu, czyli Ustawa z dnia 20 lipca 2018 o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe w prawo własności tych gruntów nadaje właścicielom mieszkań prawo do ziemi z automatu, za opłatą wynoszącą 20-krotność opłaty rocznej – w przypadku mienia państwowego z bonifikatą sięgającą 60 proc. Samorządy mogą same decydować o wysokości bonifikaty, ale kapitał wyborczy może się w tym wypadku okazać ważniejszy (i, jak widzimy na przykładzie Warszawy, okazuje się), niż racjonalne rozporządzanie wspólnym mieniem.

Własne, ale ciasne

Ale może to lepiej? W końcu Polacy bardzo cenią sobie własność prywatną. W badaniu CBOS z marca 2017 65 proc. ankietowanych odpowiedziało, że „ochrona własności prywatnej należy do najważniejszych praw obywatelskich”. Zdania, że „jest wiele praw obywatelskich znacznie ważniejszych od ochrony własności prywatnej” było tylko 25 proc. Dlaczego więc nie odpowiedzieć na ich potrzeby?

Struktura populacji pod względem formy własności mieszkania. Obszary niebieskie to najem, pomarańczowe to własność. Żródło: Eurostat

W dodatku według danych Eurostatu z 2017 roku, 84 proc. z nas mieszka w lokalu własnościowym – wynajmujący po cenach rynkowych to zaledwie 4 proc. – pięciokrotnie mniej, niż wynosi średnia unijna. Beneficjenci uwłaszczenia to ogromna rzesza Polaków, a mało kto chce płacić więcej, kiedy może mniej.

Problem w tym, że tak zorganizowana gospodarka mieszkaniowa po prostu nie działa. Imponujące dane dotyczące własności bledną, gdy zestawimy je ze wskaźnikami przeludnienia mieszkań.

Spośród państw UE, Polska jest na czwartym miejscu pod względem zatłoczenia przestrzeni domowej – 41 proc. z nas żyje w przepełnionych lokalach, zaraz po Chorwacji, Bułgarii i Łotwie. Najgorzej jest w Rumunii (48 proc.), gdzie własnościowych mieszkań jest najwięcej. Średnia unijna to 17 proc.

Część populacji żyjąca w przeludnionych lokalach. Źródło: Eurostat

Nic dziwnego, że blisko dwie piąte dorosłych Polaków (38 proc.) twierdzi, że w ich najbliższej rodzinie jest przynajmniej jedna pełnoletnia osoba, która nie zawarła związku małżeńskiego i nadal mieszka pod jednym dachem ze swoimi rodzicami lub opiekunami (dane CBOS z lipca 2017 r.).

W takiej sytuacji nawet miliardy na 500 plus, ani nawet spoty z króliczkami nie pomogą w rozwiązaniu problemu dzietności Polaków.

Mieszkań budowanych na sprzedaż przez deweloperów jest za mało i są za drogie. W wielu miastach nawet przy względnie przyzwoitych zarobkach pary nie mają bezpiecznej zdolności kredytowej umożliwiającej kupno mieszkania o bardzo przeciętnym metrażu. Na mieszkania stać to za to rentierów masowo kupujących je za gotówkę.

Kolejny problem to mobilność społeczna – brak tanich mieszkań powoduje, że choć np. Warszawie na każdym kroku widzi się kartkę z ofertą pracy, to osobom z regionów z dwucyfrowym bezrobociem (a takich według GUS jest niemało) po prostu nie opłaca się przeprowadzka.

Klęska polityki mieszkaniowej

W świetle powyższych danych duża część właścicieli to osoby niezbyt zamożne, którym bonifakata ulży w wydatkach. Problem w tym, że traktowani są oni na równi z właścicielami kilku nieruchomości na drogich gruntach. Ci, choć zapłacą odrobinę więcej, to zyskają aż 49-krotność tej nadwyżki.

  • Zobacz na przykładzie, jak bonifikata da więcej już bogatym

    Renata mieszka w małym mieszkaniu kupionym na kredyt na obrzeżach Warszawy, płaci 500 zł użytkowania wieczystego rocznie. Wykup gruntu będzie ją zatem kosztował 10 000 zł. Dzięki bonifikacie będzie musiała zapłacić jedynie 200 zł, zatem oszczędzi 9 800 zł.

    Bogdan ma dwa mieszkania w warszawskim Śródmieściu, które odziedziczył. Rocznie płaci 3000 zł za użytkowanie wieczyste. Opłata za przekształcenie go we własność to w jego przypadku 60 000 zł. Jednak dzięki bonifikacie zapłaci tylko 1200 zł. Kosztem podatnika wzbogaci się o 58 800 zł.

Lepszym pomysłem wydaje się tu zatem wprowadzenie upustu do określonej kwoty albo – tak jak planuje magistrat Szczecina – objęcie bonifikatą tylko jednej nieruchomości.

W ten sposób Rafał Trzaskowski obronić się przed atakami populistów, jednocześnie oszczędzając publiczny majątek.

Długofalowym rozwiązaniem byłaby solidna strategia mieszkaniowa realizowana przez państwo lub samorządy. O konieczności prowadzenia przez państwo takiej polityki mówi zresztą Konstytucja RP.

Państwowy program nie udał się jednak ani Platformie (mocno krytykowane programy „Mieszkanie dla młodych” i „Rodzina na swoim” – ten drugi złośliwie określany jako „Deweloper na swoim”), ani PiS-owi z jego Mieszkaniem+, które jak na razie opiera się na pompatycznych deklaracjach (w ciągu trzech lat od wygranej w wyborach, partii udało się oddać 588 lokali).

Tymczasem samorządy pozbawia się wpływów z użytkowania wieczystego, które mogłyby być inwestowane w mieszkalnictwo. Zdaniem dr. Drozdy na uwłaszczeniu „zyskają już uprzywilejowani” – przede wszystkim ci, których nieruchomości stoją na cennych gruntach. Straci społeczeństwo, bo bonifikata będzie drenować budżety.

Nacisk na własność prywatną badacz uważa za charakterystyczną dla gospodarek ogarniętych kryzysem oraz trapionych dużymi nierównościami społecznymi i ekonomicznymi, gdzie politykę lokalową prowadzi się przez zaniechanie, a władza kupuje sobie głosy, np. nadając prawo do ziemi mieszkańcom zbudowanych na dziko slumsów.

„To szczególnie żenujące w wydaniu Platformy Obywatelskiej, której dokumenty strategicznie mówią, że prywatyzowanie zasobów jest niewłaściwe” – mówi Drozda.

To nie koniec

Rafał Trzaskowski dał się zatem złapać w pułapkę postawioną przez ludzi Patryka Jakiego. Dostał łatkę wyborczego kłamcy, a jednocześnie nie udało mu się uratować wpływów do budżetu. Wszystko to było do uniknięcia – inne samorządy potrafiły zachować się odpowiedzialnie. Populistycznej tendencji oparły się m.in. Łódź i Kraków, gdzie bonifikata wyniesie 60 proc.

Choć powinniśmy napisać „zapewne wyniesie”. Deklaracje Mateusza Morawieckiego wskazują bowiem, że 60-procentowa bonifikata na gruntach skarbu państwa i pozostawienie marginesu swobody samorządom nie są ostatnim aktem w tym festiwalu populizmu.

„Poparłbym, jeżeli by to ode mnie zależało, nawet 100-procentową bonifikatę” mówił parę dni temu Patryk Jaki, który podczas kampanii wyborczej rozpętał cały ten wyścig na rozdawnictwo.

„Dlatego, że uważam, że im więcej własności, tym państwo będzie silniejsze” dodał. Brzmi bez sensu? No właśnie.

Maciek Piasecki (1988) – studiował historię sztuki i dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o relacjach między kulturą a sprawami społecznymi, radykalizmie politycznym czy dyskryminacji w dostępie do usług publicznych. Debiutował w „Machinie”, publikował m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Dwutygodniku” i „VICE”. Prowadzi wolontariat „Kotexpol”, który pomaga w opiece nad kotami, promując adopcję ze schronisk.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym