Boris Johnson, nowy przewodniczący rządzącej Partii Konserwatywnej, został 24 lipca powołany przez królową Elżbietę II na stanowisko premiera. Jego główną obietnicą jest doprowadzenie do Brexitu do końca października, niezależnie od konsekwencji. Swoją karierę Johnson rozpoczynał jako dziennikarz produkujący fake newsy

Zgodnie z ogłoszonymi 23 lipca 2019 wynikami wyborów na nowego przewodniczącego Partii Konserwatywnej, Johnson pokonał swojego głównego kontrkandydata, urzędującego ministra spraw zagranicznych Jeremy’ego Hunta, uzyskując 66 proc. głosów oddanych przez członków partii. W swoim pierwszym przemówieniu nowy lider torysów podziękował odchodzącej premier Theresie May oraz potwierdził, że jego głównym celem jest doprowadzenie do jak najszybszego rozwodu pomiędzy Londynem a Brukselą, najpóźniej do wynegocjowanego przez May terminu 31 października 2019 roku. 

W czasie prowadzonej przez siebie kampanii Johnson nie wykluczył chaotycznego wyjścia Wielkiej Brytanii bez ustalonej uprzednio umowy z UE, a także pozostał otwarty na scenariusz, w którym decyzja o wyjściu zostanie podjęta bez konsultacji z brytyjskim parlamentem, nawet gdyby takie rozwiązanie groziło kryzysem konstytucyjnym. Jednak jak przekonali się jego poprzednicy, na nakręcaniu eurosceptycznej spirali dużo łatwiej jest zdobyć stanowisko premiera, niż się na nim utrzymać.

Od europejskiego bajkopisarza do burmistrza Londynu

Notki biograficzne Johnsona to niezwykle barwna lektura nawet jak na standardy obecnej sceny politycznej. Urodzony w Nowym Jorku absolwent elitarnego liceum Eton oraz filologii klasycznej na Oxfordzie, nowy premier rozpoczął swoją karierę w dziennikarstwie. 

Z pierwszej posady w prestiżowym dzienniku The Times został zwolniony po zaledwie paru miesiącach, gdy wpierw opublikował zmyślony cytat w artykule o XIII wiecznym królu Edwardzie II, a następnie w odpowiedzi na prośbę o sprostowanie napisał kolejny konfabulujący materiał mający na celu ukrycie pierwotnej fabrykacji. 

Już po paru miesiącach Johnson znalazł zatrudnienie w dzienniku Daily Telegraph, w którym w latach 1989-1994 pełnił funkcję brukselskiego korespondenta. 

W europejskiej stolicy zasłynął jako najbardziej płodny twórca fałszywych mitów o działaniu unijnej biurokracji. 

W swoich artykułach bezpodstawnie przestrzegał, że Bruksela planuje zdelegalizować popularne w Wielkiej Brytanii chipsy o smaku krewetkowym, wprowadzić ograniczenia co do mocy silników w odkurzaczach, a także wprowadzić jednolity rozmiar prezerwatyw w całej Unii Europejskiej wbrew protestom włoskich firm przemysłu gumowego („cytowany” przez Johnsona przedstawiciel włoskich przedsiębiorców zdementował później tę informację).

Po powrocie z Brukseli Johnson trafił najpierw do działu politycznego Daily Telegraph, a następnie został redaktorem naczelnym konserwatywnego tygodnika The Spectator. Od 2001 roku zasiadał również w Izbie Gmin z ramienia torysów, dołączając w 2004 roku do gabinetu cieni będącej w opozycji partii. Ówczesny lider konserwatystów Michael Howard odwołał go ze stanowiska już po paru miesiącach, po tym, jak tabloidy odkryły, że Johnson był w długoletnim romansie z jedną z zatrudnionych przez siebie redaktorek The Spectator

Pomimo wielu wpadek, przebojowa osobowość Johnsona i jego medialna rozpoznawalność uczyniły z niego jednego z najpopularniejszych polityków Partii Konserwatywnej. 

W 2008 roku został wybrany na burmistrza Londynu. Na stanowisku zasłynął z bardzo bliskich relacji z sektorem finansowym, równocześnie promując szereg inicjatyw mających uczynić miasto bardziej przyjaznym i inkluzywnym. 

Uczestniczył w londyńskiej Paradzie Równości, opowiadał się za podwyższeniem pensji minimalnej obowiązującej w stolicy, wprowadził rozbudowany system rowerów miejskich oraz opowiadał się za amnestią dla zamieszkujących miasto nielegalnych imigrantów. Jako burmistrz Londynu Johnson był również gospodarzem Letnich Igrzysk Olimpijskich w 2012 roku, a pozytywny odbiór imprezy umocnił jego ogólnokrajową popularność.

Eurosceptyk kontratakuje

Gdy w styczniu 2016 roku David Cameron ogłosił datę referendum brexitowego na 24 czerwca 2016, media zaczęły spekulować, po której stronie opowie się Johnson. Większość komentatorów była przekonana, że znany z wspierania londyńskiego City oraz promujący centrowe polityki burmistrz stolicy opowie się za dalszym członkostwem w UE. 

Jednak po miesiącu wyczekiwania, Johnson ogłosił w swojej cotygodniowej rubryce dla Daily Telegraph, że będzie nawoływał do głosowania za Brexitem. Argumentując, że brukselskie elity reagują poważnie i z szacunkiem jedynie na jednoznaczny sprzeciw, ówczesny burmistrz Londynu stanął na czele kampanii brexitowej, która jego zdaniem miała doprowadzić do wzmocnienia pozycji przetargowej Wielkiej Brytanii w negocjacjach z UE.

To właśnie zdjęcie Johnsona na tle czerwonego autobusu z napisem „wysyłamy 350 milionów funtów do UE co tydzień – zamiast tego sfinansujmy naszą narodową służbę zdrowia” stało się jednym z symboli kampanii referendalnej. 

Gdy Brytyjczycy opowiedzieli się po stronie Brexitu, Johnson miał nadzieję na przejęcie Partii Konserwatywnej, lecz musiał zadowolić się stanowiskiem ministra spraw zagranicznych w rządzie nowej liderki torysów Theresy May. 

W czasie kampanii Johnson otwarcie mówił, że poparcie Brexitu ma służyć wynegocjowaniu korzystniejszych warunków relacji na linii Londyn-Bruksela. 

Dodatkowo, w wyniku przecieków medialnych wyszło na jaw, że wraz z artykułem, w którym opowiedział się za wsparciem brexitowców, przygotował równolegle artykuł wspierający pozostanie Wielkiej Brytanii w UE, podejmując swoją decyzję w ostatniej chwili. 

Gdy przekazał Cameronowi, że będzie wspierał wyjście z UE, jednocześnie powiedział mu, że jest przekonany co do referendalnej porażki zwolenników Brexitu. 

Jednak w nowej rzeczywistości politycznej Johnson szybko wyczuł, że największe nadzieje na zrealizowanie swoich politycznych marzeń o premierostwie da mu poparcie ze strony radykalnych eurosceptyków, opowiadających się za Brexitem za wszelką cenę. To właśnie w proteście przeciwko rzekomo zbyt koncyliacyjnej pozycji May podał się do dymisji w lipcu 2018 roku. Gdy wynegocjowana przez nią umowa wyjścia została pomiędzy styczniem i marcem 2019 roku trzykrotnie odrzucona przez Westminster, a szefowa Partii Konserwatywnej poddała się do dymisji w maju, droga Johnsona do upragnionego stanowiska stanęła otworem. 

Londyński blef

Johnson przekroczył swój Rubikon w lutym 2016 roku, gdy wbrew namowom Davida Camerona stanął po przeciwnej stronie barykady w czasie kampanii referendalnej. Jednak objęcie po ponad trzech latach pozycji premiera Zjednoczonego Królestwa nie będzie zwykłym ukoronowaniem wyrachowanej politycznej biografii. 

Brexit przeżuł i wypluł na margines dwóch poprzedników Johnsona – Theresę May oraz Davida Camerona – którzy równie cynicznie zbudowali swoją popularność grając europejskimi fobiami w ramach wojny domowej panującej wśród torysów. 

Tymczasem karty, z którymi rozgrywkę zaczyna nowy premier, są gorsze niż kiedykolwiek. Tak jak leitmotivem premier Theresy May było ciągłe powtarzanie, że Brexit oznacza Brexit, tak Johnson zaczął od przypomnienia torysom, że został wybrany po to, żeby szybko i sprawnie doprowadzić do rozwodu Zjednoczonego Królestwa z Unią Europejską. Do daty chaotycznego Brexitu zostało niecałe sto dni, zarówno jednak Westminster jak i instytucje europejskie wrócą do pracy dopiero we wrześniu. 

To oznacza, że Johnson będzie miał niecałe dwa miesiące na wynegocjowanie i ratyfikację lepszej umowy niż ta, nad którą jego poprzedniczka pracowała dwa i pół roku. 

W przeciwnym razie pozostaje mu twardy, chaotyczny Brexit, na który nie ma zgody Izby Gmin ani poparcia większości ludności (choć według najnowszych sondaży cieszy się on wsparciem większości członków Partii Konserwatywnej). 

Wciąż bez odpowiedzi pozostają pytania o kwestie kluczowe dla istnienia Zjednoczonego Królestwa w obecnej formie w wypadku twardego Brexitu. Nieuchronny powrót obostrzeń granicznych pomiędzy Republiką Irlandii a Irlandią Północną znacznie podwyższy ryzyko przywrócenia działań zbrojnych ze strony bojówek, a proeuropejska Szkocja najpewniej podejmie kolejną próbę zdobycia niepodległości za pomocą referendum. Zmiana lidera torysów jedynie zwiększa, a nie zmniejsza, napięcia na obu polach, grożąc rozpadem terytorialnym.

Co ciekawe, w zeszłotygodniowym badaniu opinii publicznej opublikowanym przez YouGov – dwukrotnie więcej brytyjczyków oceniło wyjście z UE w ustalonej dacie 31 października jako mało prawdopodobne niż jako prawdopodobne (56 proc. do 27 proc.). 

Nowo wybrana przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula Von Der Leyen, która obejmie stanowisko w listopadzie, również ogłosiła, że jest otwarta na kolejne przesunięcie tej daty. 

Z punktu widzenia Brukseli, zagrożenia wynikające z niekończącej się sagi brexitowej znacznie opadły – wybory europejskie nie potwierdziły silnego wzrostu partii radykalnie eurosceptycznych, a podział stanowisk unijnych został przeprowadzony sprawnie i nie doprowadził do paraliżu instytucjonalnego. Choć Emmanuel Macron będzie dążył do znalezienia jak najszybszego rozwiązania, to jego kadencja upływa dopiero w 2022 roku, co pozostawia wciąż spory margines czasowy. Wiele wskazuje na to, że kraje unijne są gotowe dalej sprawdzać londyński blef i brać Brytyjczyków na przeczekanie. 

Uważaj na marzenia, bo mogą się spełnić

Czy na taką taktykę może pozwolić sobie Johnson pokażą najbliższe miesiące. Jak wskazuje jego dotychczasowa kariera polityczna, na drodze do znalezienia najkorzystniejszego dla niego rozwiązania na pewno nie staną jego sympatie polityczne, zmieniające się jak w kalejdoskopie.

Choć w 2008 roku ogłosił, że wspiera w amerykańskich wyborach prezydenckich Baracka Obamę, to w po tym, jak prezydent Stanów Zjednoczonych opowiedział się w 2016 roku za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE, Johnson zaatakował go słowami, że jego niechęć do Zjednoczonego Królestwa wynika z jego częściowo kenijskiego pochodzenia. 

W czasie kampanii wyborczej Donald Trump powiedział, że bałby się chodzić po Londynie, ponieważ w niektórych jego częściach obowiązuje prawo Szariatu. Johnson odpowiedział, że boi się chodzić po niektórych częściach Nowego Jorku z racji podwyższonego ryzyka wpadnięcia na Donalda Trumpa. 

Przyznał też, że moment, w którym w czasie wizyty na Manhattanie został przez jednego z turystów wzięty za Trumpa, był jednym z najgorszych w jego życiu. Jednak w czasie niedawno zakończonej kampanii o przewodnictwo torysów Johnson robił wszystko, by uniknąć krytykowania urzędującego prezydenta. 

Poza karierą publicystyczną oraz polityczną, Boris Johnson ma trzecią pasję – historię. W swych przemówieniach oraz artykułach często nawiązuje do Winstona Churchilla, argumentując, że prezentowane przez niego poglądy są godną kontynuacją tradycji politycznych legendarnego premiera. W 2014 roku Johnson opublikował biografię swojego idola pod tytułem „Czynnik Churchilla: Jak jeden człowiek ukształtował historię” (oryg. The Churchill Factor: How One Man Made History). Wyłania się z niej obraz Churchilla jako pozbawionego zasad, znienawidzonego przez rywali egoistycznego oportunistę i ekscentryka, którego siła charakteru i indywidualizm pozwoliły na zawładnięcie zbiorową wyobraźnią Brytyjczyków. 



Komentarze

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press