Prawa autorskie: Albert Zawada / Agencja GazetaAlbert Zawada / Agen...
13 lipca 2020

Borowski: Duda? Nie ten rozmiar kapelusza. Opozycja nie może utonąć w oskarżeniach

"Kluczowe będzie, żeby wypracować model opozycyjności. Ten, który był do tej pory, wyłącznie krytyczny wobec PiS-u, wyczerpał się" - mówi OKO.press senator Marek Borowski. Proponuje utworzenie komisji porozumiewawczej ugrupowań opozycyjnych

Marek Borowski, senator, Koalicji Obywatelskiej: Wszystko jedno, kto wygra te wybory, to nie będzie prezydent wszystkich Polaków.

Agata Szczęśniak, OKO.press: Prezydent połowy Polaków?

Tak. Widać poważny konflikt między połową Polaków, którzy są otwarci na świat, na nowe trendy. I drugą częścią, która jest konserwatywna, trochę niepewna, którą łatwo przestraszyć. Ten konflikt ciągnie się od lat.

O co toczyły się te wybory? Jaka była ich stawka?

Patrzę na te wybory z perspektywy największych zagrożeń na najbliższe lata. Jedno to podział społeczny.

Społeczeństwo, w którym ludzie tak skaczą sobie do oczu, w którym liderzy jednego z ugrupowań wyzywają innych od zdrajców, mord zdradzieckich, gorszego sortu, gestapo - taki kraj ma zaciągnięty ręczny hamulec rozwoju.

Będzie się rozwijał, ale nie będzie się rozwijał szybko. Ludzie muszą ze sobą współpracować, mieć do siebie minimum zaufania, żeby tworzyć oddolne inicjatywy, które popychają kraj do przodu.

Któryś z kandydatów miał większe szanse odpowiedzieć na to wyzwanie?

Rafał Trzaskowski rysował się jako kandydat, który przynajmniej będzie się starał. Duda nawet się nie starał. W żadnej jego wypowiedzi w trakcie kampanii nie padło dobre słowo pod adresem wyborców przeciwnika. Przeciwnie - jeszcze podjudzał.

Drugie zagrożenie to miejsce Polski w Unii Europejskiej. Polska prawie zaliczała się do państw, które będą współdecydowały o kształcie Europy, a została odsunięta na margines. Polityka PiS-u była izolacjonistyczna, konfliktowa, sprawa z praworządnością spowodowała, że Polska została wypchnięta na margines. Oczywiście, z polskim rządem się rozmawia, odbywają się spotkania i szczyty, ale utraciliśmy zdolność obrony naszych interesów w Unii.

Nie mamy siły, żeby współdecydować o Unii. A to jest w tej chwili szalenie ważne, bo Unia jest na rozdrożu, w kryzysie wynikającym z kwestii imigracyjnych, a ostatnio z pandemii. Pojawiły się tendencje odśrodkowe. Są kraje, których rządy świadomie próbują budować swój kapitał polityczny na niechęci do Unii (Polska, Węgry, Włochy). Polska, która zalicza się do pięciu największych krajów UE, może odegrać dużą rolę, zarówno w spajaniu Unii, jak i w jej rozbijaniu.

Co wygrana Trzaskowskiego zmieniłaby pod tym względem?

Podjąłby szereg inicjatyw, które osłabiałyby ten konflikt wewnętrzny. Na pewno zablokowałby wszelkie dalsze próby psucia państwa, w tym psucia praworządności. To byłby sygnał dla UE, że są szanse na zmianę. Oczywiście Trzaskowski nie załatwiłby tego wszystkiego, ale wywierałby presję na rząd i większość parlamentarną. Opinia publiczna, lepiej informowana, bo również przez prezydenta, mogłaby zacząć wymuszać na PiS-ie inne zachowanie.

Trzecie zagrożenie to centralizacja: decyzji, niszczenie inicjatyw oddolnych, które nie są sterowane przez partię rządzącą, walka z samorządami. PiS już zaczął prowadzić taką politykę. Prezydentura Dudy jej nie zmieni.

Pod koniec kampanii Andrzej Duda uderzał w bardziej koncyliacyjny ton. Zapowiedział m.in. rozmowy z PSL-em i Konfederacją.

Andrzej Duda próbował zrzucić ze swoich ramion obciążenie podległością wobec Jarosława Kaczyńskiemu, kiedy mówił, że w drugiej kadencji będzie odpowiedzialny tylko przed Bogiem, historią i narodem. Usiłował dać do zrozumienia, że teraz będzie próbował być niezależny. Tym samym przyznał, że był zależny. Czy można mu wierzyć?

To jest człowiek pozbawiony koncepcji. To nie jest ten rozmiar kapelusza. To nie jest człowiek, który ma własne pomysły, inicjatywy, dobrze rozpoznaje problemy.

Pytanie, czy jego deklaracja będzie miała pokrycie w czynach. Nie dlatego, że konfabuluje. Obecny prezydent nie jest w stanie tego zrobić. To nie jest człowiek, który jest gejzerem pomysłów, ma koncepcję, wiedzę o świecie i potrafi to przekuć w określone działanie. Te 5 lat pokazało, że nie ma pomysłów, nie umie rozmawiać z ludźmi, z ekspertami, fachowcami.

„Rozmawiam z Polakami” - to był jeden z głównych motywów kampanii Andrzeja Dudy.

Jego rozmowa z ludźmi polega na tym, że pyta ich, czy im się żyje lepiej i obiecuje, że pozostanie 500+, wykrzykuje „Niech żyje Polska!” To jazda bez trzymanki na socjalnej polityce PiS. To nie jest żadna koncepcja, nie ma tam głębszej myśli. Jeśli Andrzej Duda deklaruje, że teraz będzie niezależny, to zastanawiam się, wedle jakich kryteriów. Bo on te kryteria określił, to jest państwo narodowo-katolickie i Unia Europejska jako wyimaginowana wspólnota. Musiałby zmienić charakter, a to jest niemożliwe. Może czasami się postawi, ale nie liczę, że nagle się odmieni i zacznie działać inaczej.

Co czeka teraz opozycję?

Najważniejsze pytanie brzmi: na ile opozycja, która przecież gromadzi połowę Polaków, zrozumie, że trzeba działać wspólnie, porozumiewać się. Nie mówię, że trzeba tworzyć jedną partię, ale stworzyć formalną płaszczyznę porozumiewawczą. Prowadzić taką politykę, żeby blokować różnego rodzaju fatalne pomysły PiS-u i w ten sposób wpływać i na PiS, i na Dudę. I przygotowywać się do wygrania wyborów parlamentarnych za trzy lata.

Jeżeli opozycja utonie we wzajemnych oskarżeniach i każdy będzie mówił, dlaczego byłby lepszy od tego drugiego, to będziemy mieli hungaryzację polskiej polityki.

Na czym miałaby polegać taka platforma?

Proponowałem to już przed wyborami do Senatu. Należy utworzyć komisję porozumiewawczą ugrupowań opozycyjnych, demokratycznych. Komisja spotykałaby się permanentnie, omawiała sytuację i ustalała, w jakich sprawach może mówić jednym głosem i tym jednym głosem mówiła. Taka komisja ustalałaby akcje protestacyjne, postępowanie w Sejmie. W tych sprawach, w których to można uzgodnić. Działałaby tak, jak robimy to w Senacie. Żadne ugrupowanie nie ma w Senacie większości. Musimy wszystko uzgadniać i to robimy. Jeżeli tego nie będzie, PiS będzie hulał.

Może być inaczej — opozycja może się pogrążyć w konfliktach. W PO może być kryzys — było blisko zwycięstwa, ale go nie ma. Lewica będzie chciała pokazać, że jej dla niej miejsce, a do wejścia do gry szykuje się Szymon Hołownia ze swoją partią.

Jeśli chodzi o Platformę, nie ma powodu, żeby wynik Rafała Trzaskowskiego traktowała jako porażkę. To jest bardzo dobry wynik. Jeśli Duda wygra bardzo niewielką przewagą, to i tak będzie bardzo dobry wynik Trzaskowskiego i trafny wybór Platformy. Nie ma powodu się biczować.

PO jest i będzie największą partią opozycyjną. Nie ma podstaw do rozliczeń wewnętrznych. Kluczowe będzie, żeby wypracować model opozycyjności. Ten, który był do tej pory, wyczerpał się.

Jaki to model?

Wyłącznie krytyczny wobec PiS-u. Biorąc pod uwagę, że są trzy lata do wyborów, trzeba zacząć wypracowywać propozycje bardziej długofalowe. Przez te trzy lata propagować je i przyciągać do nich ludzi.

Jaką Pan widzi rolę dla Szymona Hołowni i jego partii?

To trudne pytanie. Dotychczasowe próby budowania ugrupowań antyestabliszmentowych paliły na panewce. Z reguły takie próby były na krótko przed wyborami, co pozwalało takim inicjatywom wejść do Sejmu. Tak było z Lepperem, Palikotem, Petru, Kukizem. Ale potem się okazywało, że to się nie daje utrzymać. Te ugrupowania opierały się na jednym haśle, pomyśle, a życie jest bogate, trzeba zajmować stanowisko w wielu sprawach, wtedy się okazywało, że konflikty wewnętrzne takie ugrupowania rozbijają.

Hołownia zdaje sobie z tego sprawę, powiedział, że nie będzie tworzył partii teraz, a na razie, żeby nie stracić impetu, chce założyć stowarzyszeni. Nie odmawiam mu szansy. Wydaje mi się, że spośród tych, których wymieniłem, jest najbardziej inteligentny w sensie politycznym. Ma najwięcej bezpośredniego kontaktu z ludźmi. Może Lepper jeszcze miał, ale z bardzo specyficznym środowiskiem. Pierwsza tura pokazała, że poparcie dla Hołowni było równo rozłożone — na wsi, w małych miasteczkach i w dużych miastach. To jest szansa. Teraz musi wypracować kilka punktów programowych, wokół których zjednoczy ludzi, musi też powiedzieć, co z innymi sprawami, czy zostawia swoim zwolennikom wolną rękę. Pewną szansę ma, ale będzie musiał ducha walki i temperaturę utrzymywać przez trzy lata. Ciężki kawałek chleba. Nie wykluczam, że może mu się udać, ale dzisiaj bym się nie założył.

Jest Pan uczestnikiem życia politycznego od kilkudziesięciu lat. Czy ta kampania była tak wyjątkowa, jak twierdzi wielu komentatorów?

Była apogeum procesu, który toczy nasze życie polityczne od lat. Postępuje degrengolada życia politycznego.

Debata polityczna zamienia się w wymianę fake newsów, obelg, połajanek, kłamstw, fantazji i hurra patriotycznych okrzyków. Wcześniej tego nie było.

Nie mówię, że kiedyś było idealnie, od lat obserwujemy pogarszanie jakości debaty publicznej, jednak ostatnie lata rządów PiS-u to pogłębiły, a ta kampania to pokazała. Merytoryka upadła.

Jest pytanie, czy ludzie nie oczekują niczego innego, czy musi tak być. Ja sądzę, że nie musi. Partia polityczna, która odwróci ten trend, podejmie próbę poważnej rozmowy ze społeczeństwem, biorąc pod uwagę, że jest parę lat do wyborów, powinna zyskać. Bo to, co teraz miało miejsce, to jest jakieś horrendum.

Udostępnij:

Agata Szczęśniak

Dziennikarka, socjolożka. W OKO.press od 2016. Pisze o polityce polskiej i zagranicznej, mediach, prawach kobiet. Wcześniej wicenaczelna „Krytyki Politycznej”. Pracowała też w „Gazecie Wyborczej”. Współtworzyła satyryczny feministyczny program „Przy kawie o sprawie”. Prowadzi audycję „Jest temat” w radiu TOK FM.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne