Piotr Duda zagroził ulicznymi protestami, jeśli rząd będzie forsował projekt nowego Kodeksu pracy. Beata Mazurek ogłosiła: „Propozycji Komisji Kodyfikacyjnej nie poprzemy”. PiS przestraszył się „ulicy” czy kolejnego legislacyjnego potworka?

Efekt trwających 18 miesięcy prac Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Pracy idą na marne. Szef NSZZ „Solidarność” Piotr Duda ogłosił w czwartek, że projekt nowego Kodeksu pracy „jest nie do zaakceptowania” i związek wyjdzie na ulice, jeśli rząd będzie go forsował. Niedługo potem rzeczniczka PiS Beata Mazurek napisała na Twitterze, że rząd projektu nie poprze.

Ministerstwo nie opublikowało projektu

Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy (organ ekspercki powołany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej) pracowała nad projektami Kodeksu pracy i Kodeksu zbiorowego prawa pracy od września 2016 roku. Jej przewodniczący był wiceminister pracy Marcin Zieleniecki. Komisja liczy 14 osób, w tym 7 wskazanych przez stronę rządową i 7 wskazanych przez związki zawodowe i organizacje pracodawców.

Po 18 miesiącach pracy przyjęła oba projekty, mimo sprzeciwu przedstawicieli strony społecznej – reprezentantów „S”, OPZZ i Pracodawców RP.

Następnie przekazała je do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Po stronie rządowej też trudno było dopatrzeć się entuzjazmu wobec proponowanych zmian. Jeszcze w trakcie prac komisji budziły spore kontrowersje zarówno wśród pracowników, jak i pracodawców.

Minister rodziny Elżbieta Rafalska zapowiedziała, że resort będzie potrzebował co najmniej miesiąca na analizę i wewnątrzrządowe konsultacje projektów zanim zdecyduje, czy i w jakiej formie przekazać je do dalszych prac. Nie pojawiła się na podsumowaniu prac komisji i nie opublikowała projektów na stronie MRPiPS. Zastrzegała też, że to nie projekt ustawy, a jedynie propozycje niezależnych ekspertów.

Decyzja ministerstwa miała być znana w połowie kwietnia, wygląda jednak na to, że sprzeciw NSZZ „Solidarność” przyspieszył proces decyzyjny i przypieczętował marny los projektu nowego Kodeksu pracy.

O co poszło?

Największy opór związkowców z „Solidarności” wzbudził projekt Kodeksu zbiorowego prawa pracy. Piotr Duda uznał, że niektóre propozycje zmian indywidualnego prawa pracy (Kodeksu Pracy) są do zaakceptowania, natomiast jak mówił: „stosunki zbiorowe są dla nas jakąś tragikomedią”.

Również OPZZ oceniało krytycznie oba projekty, ale wskazało rozwiązania, także z zakresu zbiorowego prawa pracy, które uznało za warte skierowania do dalszych prac.

W przypadku pracodawców największy sprzeciw wzbudziła propozycja likwidacji umów cywilnoprawnych. Uznali, że to będzie szkodliwe dla nich samych i dla pracowników. Argumentowali, że umowa o pracę to nie tylko prawa pracownicze, ale też obowiązki, np. określone czas i miejsce pracy czy zakaz konkurencji, a są sytuacje, w których zawarcie umowy zlecenia czy umowy o stworzenie dzieła jest uzasadnione.

Dla strony pracowniczej kontrowersyjne okazały się również rozwiązania, które komisja zaproponowała w zamian za umowy cywilnoprawne, czyli nowe elastyczne formy zatrudnienia:

  • umowa o pracę na czas wykonywania pracy dorywczej,
  • umowa o pracę na czas wykonywania pracy sezonowej
  • i nieetatowa umowa o pracę.

Żadna nie gwarantuje stabilnego zatrudnienia. Ochrona prawna pracowników ma w tych przypadkach ograniczony wymiar, np. dopuszcza rozwiązanie umowy z pracownicą w ciąży, a nieetatowa umowa o pracę wymagała pełnej dyspozycyjności pracownika.

Plusy i minusy

Projekt nowego Kodeksu pracy to dokument pełen sprzeczności. Obok pomysłów względnie dobrych, pojawiły się jednoznacznie złe, a nawet szkodliwe.

Wśród rozwiązań niewątpliwie godnych pochwały warto wymienić propozycje zwiększenia stawek wynagrodzeń za pracę w nocy, a także zmniejszenia udziału uznaniowych składników (premii) w ramach wynagrodzenia.

Dobrym pomysłem było też wprowadzenie domniemania istnienia stosunku pracy, o ile pracodawca nie udowodni, że jest inaczej. Nadużywanie umów cywilnoprawnych to rzeczywiście plaga. Kontrole PIP w 2015 r. wykazały, że umowy cywilnoprawne w 26,7 proc. przypadków były stosowane niezgodnie z obowiązującym prawem, bo między zleceniobiorcą a zleceniodawcą istniał de facto stosunek pracy.

Także ograniczenie stosowania umów cywilnoprawnych pozostaje słusznym postulatem, ale zaproponowane w zamian rozwiązania trzeba uznać za chybione. Nowe rodzaje umów miały zachęcić pracodawców, by także krótkookresowe zatrudnienie odbywało się w oparciu o umowę o pracę.

Eksperci nie wzięli jednak pod uwagę, że największy problem stanowi długotrwałe stosowanie umów cywilnoprawnych, które jest niezgodne z już obowiązującym prawem. Dlatego

dużo skuteczniejszą metodą walki ze śmieciowym zatrudnieniem byłoby oskładkowanie umów cywilnoprawnych w taki sposób, by pracodawcom nie opłacało się obchodzić przepisów.

Tymczasem projekt w miejsce starych „śmieciówek” wprowadzał nowe, już zgodnie z prawem ograniczające prawa pracownicze i legalizujące złe praktyki na polskim rynku pracy.

Urlop dłuższy, ale pod dyktando pracodawcy

Nowy kodeks pracy miał również uregulować kwestie związane z samozatrudnieniem i częściowo włączyć samozatrudnionych świadczących usługi na rzecz jednego zleceniodawcy w obszar obowiązywania prawa pracy.

Stanowiłoby to pewien postęp wobec status quo. Niestety, projekt jednocześnie zmuszałby do przejścia na samozatrudnienie wszystkich, którzy chcieliby sprzedać zleceniodawcy usługę lub dzieło, co oznaczałoby dla nich zwiększenie kosztów (m.in. składka na ZUS).

Dla wielu osób 26 dni urlopu niezależnie od stażu pracy oznaczałoby dobrą wiadomość. Szkoda, że obok tej pozytywnej zmiany projekt wprowadzał też różne obostrzenia. Skrócenie okresu, w którym można wykorzystać urlop, możliwość narzucenia przez pracodawcę terminu wypoczynku oraz wymóg, aby wykorzystać urlop w jednej lub maksymalnie dwóch częściach, skutecznie ograniczyłyby wolność pracowników decydowania o czasie wolnym. Niezrozumiałe były także proponowane restrykcje w przypadku urlopu na żądanie.

Łatwiej zwolnić, nawet w ciąży

Jako pomysły jednoznacznie złe należy ocenić liberalizację przepisów dotyczących zwolnień, szczególnie możliwość wypowiedzenia umowy o pracę bez uzasadnienia w małych firmach i ograniczenie ochrony pracownic w ciąży.

Ta ostatnia propozycja otworzyłaby furtkę dla typowej formy dyskryminacji ze względu na płeć, czyli zwalnianie kobiet z powodu ich ciąży.

Ponadto szkodliwym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie kont wynagrodzeń zarządzanych przez pracodawców, na które wpłacane byłyby pieniądze przeznaczone na wypłaty za godziny nadliczbowe. W efekcie zamiast walczyć z niewypłacaniem nadgodzin i zmusić pracodawców do comiesięcznego ich rozliczania, nowy kodeks sprzyjałby nadużyciom.

Niepokój wzbudzała także zawarta w projekcie kodeksu dyrektywa interpretacyjna dla sądów pracy. Zobowiązywałaby sądy, by w przypadku roszczeń w równej mierze uwzględniały prawo do pracy, wolność prowadzenia działalności gospodarczej oraz konieczność realizacji celów społecznych.

Taka interpretacja otwierałaby drogę do relatywnego postrzegania praw pracowniczych i unieważniania ich, gdyby przemawiał za tym istotny interes przedsiębiorcy lub interes społeczny (np. w przypadku zawodów medycznych).

Kodeks pracy trzeba zmienić

Nie ma wątpliwości, że obowiązujące prawo pracy wymaga zmian. Brakuje w nim rozwiązań, które odpowiadałyby na potrzeby współczesnego rynku pracy i skutecznie radziły sobie z obecnymi na nim patologiami.

Niestety wiele z istotnych problemów w ogóle nie znalazło odzwierciedlenia w propozycjach nowego Kodeksu pracy. Ponadto niektóre diagnozy postawione przez ekspertów komisji były tylko częściowo trafne, jak w przypadku przyczyn nadużywania przez pracodawców umów cywilnoprawnych, a czasem nie miały właściwie nic wspólnego z rzeczywistością.

Prawdopodobnie jednym z głównych powodów takiego stanu rzeczy był ograniczony czas przeznaczony na pracę komisji, ale również brak pieniędzy na badania rynkowe, analizy finansowe i symulacje kosztów ewentualnych zmian, o czym w wywiadzie dla money.pl wspomina Monika Gładoch, ekspertka strony społecznej, przedstawicielka Pracodawców RP i wiceprzewodnicząca komisji, która głosowała przeciw przyjęciu projektu Kodeksu pracy.

Zastanawiające jest, dlaczego rząd PiS przeznaczył tak mało czasu i niewystarczające środki finansowe na pracę ekspertów, którzy mieli przygotować propozycję rozwiązań prawnych regulujących jedną z najistotniejszych sfer życia społecznego? Zwłaszcza, że obecna władza bardzo  lubi ukazywać swoje socjalne oblicze i na każdym kroku podkreśla, jak ważne są dla niej potrzeby zwykłego człowieka.

Z jakichś powodów jednak w tym przypadku rządzącym zabrakło woli politycznej. Niezależnie od przyczyny, skutek jest taki, że Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy napisała prawnego bubla, który trafi na śmietnik. A problemy na polskim rynku pracy pozostaną.



Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press