Podwyżki dla nauczycieli? Szczerski twierdzi, że "nie mają obowiązku żyć w celibacie" i mogą po prostu pobierać 500 plus. Wg Bielana słowa zostały wyrwane z kontekstu. Tymczasem to nie pierwszy raz politycy PiS przedstawiają 500 plus jako alternatywę dla godnej płacy. Stanisław Karczewski wyliczał nawet na Twitterze, że "piątka dzieci to 30000+ rocznie"

„Nauczyciele nie mają obowiązku życia w celibacie. W związku z powyższym także te transfery, które są dzisiaj dokonywane np. dla rodzin polskich – 500 plus – to też dotyczy nauczycieli”. Słowa Krzysztofa Szczerskiego, szefa Gabinetu Prezydenta z audycji „Śniadanie w Trójce” wywołały skandal. „Chamska, obraźliwa wypowiedź” – komentował szef ZNP, Sławomir Broniarz.

W poniedziałek 4 marca w Radiu Zet próbował je tłumaczyć Adam Bielan, wicemarszałek Senatu: „Myślę, że ta [Krzysztofa Szczerskiego] wypowiedź została zniekształcona. Natomiast, powtarzam, byłem w studiu w trakcie debaty, nikt się całą wypowiedzią, nie tylko tym jednym wyrwanym z kontekstu zdaniem nie oburzył, ministrowi Szczerskiemu nie chodziło o jakieś zachęcanie nauczycieli, żeby – jak to pani określiła – się rozmnażali, tylko chodziło mu o to, że program 500 plus jest programem powszechnym, korzystają z niego zarówno nauczyciele, jak i górnicy, jak i wszystkie inne profesje”.

Wyrwane z kontekstu?


"Myślę, że ta [Krzysztofa Szczerskiego] wypowiedź została zniekształcona".

Adam Bielan, Radio ZET - 04/03/2019

Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta


fałsz. Krzysztof Szczerski wyraził się naprawdę jasno - przedstawił posiadanie dzieci jako sposób na podniesienie swojego "wynagrodzenia"


Podczas trójkowej audycji dyskutowano na temat zapowiadanego protestu nauczycieli. Głos zabierali po kolei europoseł PiS Ryszard Czarnecki, Adam Szłapka z Nowoczesnej, Adam Bielan, Rafał Grupiński z Platformy Obywatelskiej, a wreszcie Krzysztof Szczerski.

Szczerski zaczął od uwag, że choć nauczyciele mają prawo protestować, to muszą dawać dzieciom dobry przykład. Stwierdził, że akcja protestacyjna z „lewymi L4” była głęboko demoralizująca, kompromitowała ich w oczach uczniów, od których wymaga się obecności w szkole. Podkreślał również, że kolejny „protest będzie polityczny”, bo ma przypaść na czas wyborów europarlamentarnych.

Dopiero po tym wstępie padły słowa o celibacie i 500 plus, a następnie – rzeczywiście – stwierdzenia, że 500 plus to „powszechne transfery socjalne”.

Podsumujmy wypowiedź Szczerskiego. Jego zdaniem

  • „nauczyciele mają prawo protestować”,
  • ale jednocześnie – jest to „demoralizujące”, „upolitycznione”,
  • a także „niepotrzebne”, ponieważ istnieje alternatywa w postaci 500 plus.

W rzeczywistości jest gorzej niż twierdzi Adam Bielan, bo cała wypowiedź Szczerskiego jest dla nauczycieli obraźliwa.

Szczerski nie mówi, że „nauczyciele mają dzieci, więc dostaną pieniądze”, ale że „nie mają obowiązku życia w celibacie”. Skąd akurat ten „celibat”? Określenie wprost odnoszące się do praktyk seksualnych?

„Nie mają obowiązku życia w celibacie” znaczy dokładnie tyle co „nie muszą być wstrzemięźliwi”, mogą uprawiać seks. Czyli mogą zacząć płodzić dzieci, a dzięki temu dostaną miesięcznie 500 zł. To nie jest żadne wyrywanie z kontekstu, tylko dosłowny sens jego słów.

Nie pierwszy raz

Adam Bielan na potwierdzenie tego, że Szczerskiemu nie chodziło wcale o to, o co mu chodziło, powiedział, że „w studiu nikogo to nie oburzyło”. Rzeczywiście, nie takie rzeczy mówią politycy na antenie, są przystosowani do demagogicznych chwytów i brutalnego języka.

Ale narracja 500 plus zamiast podwyżek nie jest odkryciem Szczerskiego. Nie był to ani pierwszy, a nie (pewnie) ostatni raz, gdy politycy PiS wypowiadają się w ten sposób.

Na przykład Ryszard Czarnecki w wypowiedzi dla Superstacji:

„Akurat bardzo wielu nauczycieli, mających dzieci, otrzyma 500 plus od pierwszego dziecka. I to bardzo niedługo”.

„Ale oni chcą mieć pieniądze za swoją pracę, a nie za to, że mają dzieci” – zwróciła mu uwagę dziennikarka.

„Tak, ale będą to konkretne pieniądze” – odpowiada Czarnecki.

Powszechne świadczenia jako odpowiedź na poczucie frustracji z dochodów różnych grup społecznych, to ulubiona piosenka polityków PiS. Co z nauczycielkami? Co z osobami z niepełnosprawnościami? Beata Szydło podczas konferencji prasowej 27 lutego miała na te wszystkie pytania jedną odpowiedź:

„Trzeba pamiętać, że zarówno nauczyciele, osoby niepełnosprawne, jak i inne grupy społeczne korzystają chociażby z programu 500 plus, który jest programem powszechnym (…) Chcę powtórzyć to, co mówiłam przed chwilą: między innymi

program 500 plus jest skierowany do wszystkich grup, a więc on będzie programem powszechnym i będą korzystać z tego programu zarówno te rodziny, które opiekują się, wychowują dzieci niepełnosprawne”.

Podczas konferencji prasowej 4 marca powtórzył to wicemarszałek Sejmu, Ryszard Terlecki, również w kontekście strajku nauczycieli: „Nauczyciele z pewnością korzystają także z innych programów, które proponujemy. Ci, którzy mają dzieci, na pewno na tym zyskają, natomiast nauczyciele dostają podwyżkę, teraz dostaną we wrześniu”.

Powszechne świadczenia nie mogą być argumentem w dyskusji na temat wynagrodzeń w strefie budżetowej ani potrzeb osób znajdujących się w szczególnie trudnej sytuacji życiowej. Nauczyciele chcą podwyżek, bo zarabiają zbyt mało w porównaniu z innymi grupami zawodowymi, a osoby z niepełnosprawnością i ich rodziny powinny mieć wyższe świadczenia, żeby choć trochę wyrównać ich poziom życia z pozostałymi obywatelami. Dorzucanie wszystkim nie zaspokaja  tych oczekiwań.

Ponadto, skoro chcemy tak przedstawiać powszechne świadczenia, to dlaczego nie usługi publiczne? „Nauczyciele protestują, a przecież ich dzieci chodzą do szkół publicznych” albo „nauczyciele protestują, ale przecież mają ubezpieczenie zdrowotne”.

Taki rodzaj myślenia zaprezentowała w 2018 roku Bernadetta Krynicka. Do zarzutów, że PiS nie chce przeznaczyć dodatkowych pieniędzy z budżetu na zwiększenie świadczeń dla opiekunów osób niepełnosprawnych, odpowiadała:

„Te strzelnice, obrona terytorialna, te ławeczki, to wszystko też jest dla osób niepełnosprawnych. Ja nie widzę problemu, żeby osoby niepełnosprawne nie mogły korzystać ze strzelnic”.

Krynica mądrości

Znowu merytorycznie na komisji. Grające ławeczki i strzelnice będą, bo niepełnosprawni również z nich skorzystają.

Posted by Szkło Kontaktowe TVN24 on Friday, 18 May 2018

Nie tylko transfer, ale i biznes

Według polityków PiS 500 plus jest nie tylko „ratunkiem” dla niedofinansowanych grup zawodowych. Duża część z populistycznej krytyki programu opiera się na tym stereotypie – „patologia będzie się rozmnażać, żeby zarobić 500 zł”. PiS często punktuje tę narrację, przedstawiając ją jako „pogardę elit dla zwykłego człowieka”. Podkreślają, że to pieniądze „na dzieci” i „dla dzieci”. Opowiadają o dzieciach, które po raz pierwszy mogą dzięki temu wyjechać na wakacje, zapisać się na zajęcia pozalekcyjne, czy dostać nowy strój sportowy.

Jednak w wypowiedziach polityków obozu rządzącego również pobrzmiewa echo przeświadczenia, że 500 plus jest nie tylko pomocą, ale pewnego rodzaju gratyfikacją. Przekonania, że warto zdecydować się na dziecko, bo nasz budżet miesięczny urośnie o 500 zł.

Dokładnie ten rodzaj myślenia zaprezentował na Twitterze Stanisław Karczewski. Marszałek Senatu próbował w następujących słowach przekonać Marcina Dobskiego, dziennikarza, a przez chwilę również rzecznika partii Wolność,  że „piątka Kaczyńskiego” może objąć także jego indywidualny przypadek.

Tweet Karczewskiego jest kuriozalny. Jego wyliczenia wyglądają, jakby 500 plus było świadczeniem, które można sobie odkładać. Jakby te 30000 rocznie miało sobie leżeć na koncie i się kapitalizować. Przez dziesięć lat 300000 złotych! Kto by się nie skusił na tak ogromną kwotę! A przecież to pieniądze na dzieci (patrz wyżej).

Takie wyliczenia to niewiarygodny przejaw utowarowienia dzieci. Przedstawianie ich jako czegoś, co może poprawić naszą sytuację finansową. Choć zupełnie oczywiste jest, że posiadanie dzieci nigdy nie będzie zyskiem w sensie finansowym, chyba że chcemy karmić je chlebem i wodą i ubierać w worki po ziemniakach.

Dodatkowo – jest to zupełnie abstrakcyjny rachunek, w którym mnoży się liczbę dzieci razy kwota świadczenia. Jedno dziecko – 500 złotych, dwoje dzieci – 1000 zł, troje – 1500 zł.

Im więcej dzieci, tym lepszy biznes. Dlaczego więc nie dziesięcioro?

Czy marszałek Senatu zdaje sobie sprawę, że już trójka dzieci stanowi ogromne wyzwanie wychowawcze? I sprawia, że jedno z rodziców pewnie byłoby zmuszone do porzucenia pracy, co przekładałoby się na stratę jednego z podstawowych źródeł dochodu?

Po co nauczycielkom kolejne dzieci?

Potraktujmy jednak propozycje Szczerskiego i Karczewskiego na poważnie i zastanówmy się, jak wpłynie posiadanie dziecka na sytuację finansową nauczycielki. Wyobraźmy sobie, że nasza modelowa nauczycielka zaraz po skończeniu studiów rozpoczęła staż nauczycielski. Miała 23 – 24 lata i zarabiała 2417 złotych brutto. Po roku i 9 miesiącach została nauczycielką kontraktową. Obecnie, po podwyżkach, jej pensja wynosi zatem 2611 złotych brutto, co daje ok. 1885 złotych netto.

Według GUS  w gospodarstwie domowym minimum socjalne przypadające na jednego członka wynosi ok. 900 – 1000 zł, w zależności od ilości dzieci. Na każde 500 plus otrzymane w postaci bezpośredniego transferu, nauczycielka „traci” na dziecku kolejne 500 złotych. A wyliczenia GUS i tak dotyczą starszych dzieci. Jak wyliczają raporty SW Research „Ile kosztuje dziecko?” – w Polsce na samą wyprawkę wydajemy średnio 8 tysięcy złotych. Zaś utrzymanie dziecka do 18. roku życia to wydatek rzędu 305 tysięcy złotych. Czyli tyle, ile według marszałka Karczewskiego „zarabia się” w 10 lat na piątce dzieci.

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o polityce i mediach. Prowadzi relacje LIVE w mediach społecznościowych.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press