To prawda - prawie wszystkie kraje współczesnej Europy przyjęły kiedyś chrześcijaństwo. Tyle że rozwój najważniejszych europejskich instytucji – praw człowieka, społecznej gospodarki rynkowej, wolności słowa i sumienia – odbywał się często wbrew chrześcijaństwu

„Chrześcijańskie korzenie Europy” – to wyrażenie w ciągu ostatniego ćwierćwiecza wraca nieustannie w trakcie polskich i nie tylko polskich dyskusji nad tożsamością Europy i miejscem w niej naszego kraju.

Po raz pierwszy występowało ze szczególnym natężeniem przy okazji sporów nad projektem traktatu konstytucyjnego dla UE z 2004 roku. Spierano się wtedy, czy w jego preambule powinien znaleźć się zapis o chrześcijańskich korzeniach kontynentu. W Polsce panowała co do tego niemal powszechna zgoda. Przywoływano słowa Jana Pawła II, że „nie można odcinać się od korzeni, z których się wyrosło”, a „wspólny europejski dom musi się stać, biorąc za wzór tradycje chrześcijańskie, Europą ducha”. Nawet wywodzący się z lewicy prezydent Kwaśniewski przekonywał, że „zgodnie z prawdą historyczną wartości te muszą znaleźć się w przyszłej konstytucji Unii Europejskiej”. Europa nie dała się przekonać i korzeni do preambuły nie wpisała, a europejska konstytucyjna przepadła odrzucona w referendach w Holandii i Francji.

Dyskusja o „chrześcijańskich korzeniach Europy” wraca dziś, w dobie kryzysu uchodźczego i kontrowersji, jakie budzi miejsce islamu na Starym Kontynencie. Słyszymy, że „odejście Europy od chrześcijańskich korzeni” odpowiada za problemy z „islamizacją i islamskim terrorem” albo że „powrót do korzeni chrześcijańskich” ocali Europę przed radykalnym islamem. Tą ostatnią tezę wyłożył po zamachach w Nicei minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak. Także Viktor Orbán powtarza od ponad roku, że masowy napływ uchodźców z Bliskiego Wschodu stanowi zagrożenie dla utrzymania chrześcijańskich korzeni naszego kontynentu.

Co to znaczy „chrześcijańskie korzenie”?

Fraza o „chrześcijańskich korzeniach Europy” ma dwa wymiary: opisowy i postulatywny. Znaczy tyle, co „Europa ma chrześcijańskie korzenie”. Jednak samo wygłoszenie takiego sądu ma na ogół charakter ideowego i politycznego postulatu. Gdy polityk (zwykle) mówi o „chrześcijańskich korzeniach Europy” nie chodzi mu na ogół o dyskusję o przeszłości, ale o przyszłość polityki na kontynencie.

No dobrze, ale czy określenie „chrześcijańskie korzenie Europy” nie jest po prostu prawdziwe? Trudno przecież negować rolę chrześcijaństwa w europejskiej historii i tożsamości, prawda? Do pewnego stopnia prawda, jeśli jednak głębiej spojrzy się na historię Europy i chrześcijaństwa, łatwo zauważyć, że fraza o „chrześcijańskich korzeniach” jest w najlepszym wypadku problematyczna, w najgorszym – komunałem pozbawionym istotnej treści.

Europa rozwijała się wbrew chrześcijaństwu

Tak, to prawda, że prawie wszystkie kraje współczesnej Europy przyjęły kiedyś chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo przez wieki kształtowało i do dziś kształtuje wyobraźnię, postawy moralne, kalendarz, pejzaż architektoniczny, filozoficzne pojęcia Europy. Jednak metafora chrześcijaństwa, jako korzenia, z którego wprost wyrasta współczesne europejskie drzewo – z jego porządkiem opartym o społeczną gospodarkę rynkową, prawa człowieka, indywidualizm, wolność polityczną, wolność słowa i sumienia, równość kobiet i mężczyzn itd. – jest mocno problematyczna. Pomija rolę pęknięć, zerwań, walk i konfliktów w historii.

Współczesna Europa powstaje z rozpadu średniowiecznej wspólnoty chrześcijańskiej, w napięciu, a często w ramach oporu wobec jej idei. Wiele instytucji, uznawanych za oczywiste dla krajobrazu współczesnej Europy, powstawała w walce o wyjęcie jakiejś części ludzkiej aktywności spod wpływu religii czy zasięgu władzy kościelnej.

Weźmy państwo narodowe, instytucję, która – także w ramach Unii Europejskiej – ciągle pozostaje głównym punktem odniesienia życia większości Europejek. Tworzy się ono między XVI a XIX wiekiem, między okresem wojen religijnych XVI stulecia a Rewolucją Francuską. Wojny religijne toczone między stroną katolicką i protestancką prowadzą do „detronizacji teologów”. Powstaje państwo obdarzone suwerenną, najwyższą władzą na swoim terytorium, zdolne do zdystansowania się od religijnych roszczeń, nie rządzi się ściśle religijną logiką, pozwala żyć wyznawcom różnych religii. Rewolucja Francuska tę formę suwerennej władzy wypełniła treścią obywatelstwa i władzy wypływającej z woli rządzonych.

Chrześcijaństwo: czasem za, zwykle przeciw

Gotycki kościół, jakim była średniowieczna Europa, odmienił cały szereg rewolucji. Oprócz politycznych (od angielskiej z XVII wieku, przez francuską, Wiosnę Ludów, po rewolucję, jaką było powstanie nowoczesnego państwa dobrobytu) wymienić trzeba także rewolucję naukową, przemysłową, kapitalistyczną, wreszcie oświecenie z jego ideami przyrodzonych praw jednostki, możliwości rozumowego poznania i ulepszania świata.

Chrześcijaństwo – w swoich różnych odmianach – wchodziło w bardzo wieloznaczne relacje ze wszystkimi tymi zmianami. Etyka pracy wytworzona w średniowiecznych klasztorach i podchwycona przez kalwinizm była kluczowa dla budowy nowoczesnego kapitalizmu. Jednocześnie chrześcijańskie kościoły nieufnie odnosiły się do właściwych kapitalizmowi procesów uwolnienia pracy, rozbicia tradycyjnych wspólnot wiejskich, tworzenia się miejskiego proletariatu.

W rewolucji angielskiej argumentów wywiedzionych z chrześcijaństwa używały i parlamentarna, i monarchiczna strona.

Głęboko nieufne były chrześcijańskie kościoły wobec rewolucyjnych ruchów – od rewolucji francuskiej do Wiosny Ludów chrześcijańskie. Z oświeceniem sprawa jest bardziej skomplikowana: francuskie było mocno antyklerykalne, a często antyreligijne; anglosaskie i niemieckie – bynajmniej.

Jak widzimy, choć stawania się nowoczesnej Europy z pewnością nie da się przedstawić jako procesu „odchodzenia od chrześcijaństwa”, to tym bardziej nie da się go przedstawić jako harmonijnego wyrastania drzewa z „chrześcijańskich korzeni”. Warto pamiętać, że jeszcze w połowie XIX wieku papież Pius IX w swojej encyklice Quanta Cura potępił idee, które dziś uważamy za fundament europejskiej tożsamości: rozdział kościoła od państwa, zasadę wolności sumienia, polityczny liberalizm, indywidualizm, a nawet rzeczy z pozoru tak niewinne jak towarzystwa biblijne. Przyznajmy uczciwie, że Kościół rzymskokatolicki wycofał się z tego stanowiska – po około stu latach, choć i wtedy nie bez kontrowersji.

Europa niemeczetowa jest wewnętrznie pusta?

Postulatywny wymiar wyrażenia o „chrześcijańskich korzeniach Europy” widać w tym, jak łatwo wyrażenie to łączy się z żądaniami zamknięcia Europy dla migrantów, zaostrzenia przymusowej asymilacji Europejczyków wywodzących się ze świata islamu, czy ograniczenia „islamizacji” Starego Kontynentu (np. w postaci przepisów ograniczających, lub całkowicie uniemożliwiających budowę meczetów, czy minaretów). Towarzyszy temu też niechęć do współczesnej Europy z jej indywidualizmem, wielością stylów życia, tolerancją, prymatem praw jednostki nad roszczeniami wspólnoty itd.

Oparta na tych ideach Europa często odmalowywana jest w czarnych barwach. „Pojawia się również wiele postulatów, które w istocie oznaczają odrzucanie chrześcijaństwa. Mówię o zmianach w dziedzinie obyczajowej, np. o kształcie związków między kobietą i mężczyzną, ale i o nowej relacji między przedstawicielami jednej płci” – mówił o współczesnej Europie Zachodniej już w 2005 roku Jarosław Kaczyński. „[Europa] staje się nie kontynentem katedr, a kontynentem meczetów. Europa niemeczetowa jest wewnętrznie pusta. Nie posiada żadnych wartości poza konsumpcyjnym podejściem do życia, relatywizmem, jednostką podniesioną do miary wszechrzeczy, samotnością” – wtóruje mu 11 lat później dyrektor TVP2 Marcin Wolski.

Takie argumenty padają nie tylko w Polsce. Pierre Manent, francuski filozof, niegdyś asystent liberalnego klasyka Raymonda Arona, dziś coraz bliżej prawicy twierdzi, że błąd Europy polega na tym, że „odcięła się od swojej przeszłości, głównie tej związanej z chrześcijaństwem. […] Europa uznała bowiem, że każdy może dowolnie określać własną tożsamość. Ale podejmując taką decyzję, de facto podjęła inną – że tak naprawdę nie będzie istnieć”.

Co w praktyce miałby oznaczać taki „zwrot ku chrześcijańskim korzeniom”? Czy nie politykę zamknięcia, wymuszonej asymilacji, cofnięcia praw obywatelskich (małżeństwa dla wszystkich), przywrócenia prymatu roszczenia wspólnoty nad prawem jednostki do samorealizacji? Czy taka polityka nie stałaby na radykalnych antypodach chrześcijańskiej idei radykalnej miłości bliźniego? I czy nie szkodziłaby samemu chrześcijaństwu – z uniwersalnej idei, zmieniając je w totem jednej plemiennej wspólnoty?

Może nie przypadkiem papież Franciszek nie mówi tak często o „chrześcijańskich korzeniach”, przypomina za to, że we współczesnej Europie zasada miłości bliźniego oznaczać musi przede wszystkim otwartość na uchodźców, przeprasza gejów i lesbijki za krzywdy, jakich doznali od Kościoła, a nawet potrafi przyznać, że państwa wyznaniowe na ogół nie kończą najlepiej.

Pamiętajmy o tym, gdy znów ktoś zacznie nam wymachiwać przed oczami sztandarem „chrześcijańskich korzeni Europy”.

 

Jakub Majmurek – publicysta, związany m.in. z „Krytyką Polityczną”

Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) “Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym