25 grudnia 2021

"Ciapatym pomaga - śmiali się ze mnie w klasie". Dzieci z granicy

"Daliśmy im pluszowego misia, jeszcze nie miał imienia. Jak potem do nich dzwoniliśmy, to miś był już w Niemczech. Na wakacjach. A ja nigdy w Niemczech nie byłem. Dziwne, co?". Dzieci z przygranicznych wiosek opowiadają o życiu w strefie stanu nadzwyczajnego.

Idziemy przez las, wałem wzdłuż torów kolejowych. Wczorajszy śnieg skrzypi pod butami. Rozglądamy się uważnie.

- Ślady! I to w moim rozmiarze – 7-letni Patryk przymierza but do odcisku na ziemi, przestaje marudzić, że nie wziął rękawiczek.

- Wczoraj ich tutaj nie było – dodaje pięć lat starszy Kamil. Nałożył do lasu dwie pary dżinsów, bo kalesony to obciach.

Jak Państwo może zauważyli, w OKO.press zagościł ostatnio reportaż. Tym trudnym gatunkiem opowiadania o tym, co dzieje się w Polsce (i nie tylko) opiekuje się od października Włodzimierz Nowak, sam świetny reporter, przez wiele lat redaktor "Dużego Formatu". Dziś kolejny tekst - Szymona Opryszka ze strefy stanu nadzwyczajnego. Wcześniej opublikowaliśmy serię reportaży Opryszka z jego wyprawy ze Stambułu przez Mińsk na granicę białorusko-polską. Za jeden z nich "Jestem zwierzyną łowną. Odebrali mi człowieczenstwio. Reporter OKO.press na szlaku uchodźców" Szymon był nominowany do nagrody Grand Press. Ciekawi jesteśmy Państwa opinii, a także sugestii - jakimi tematami powinni zająć się reporterzy. Prosimy pisać do Wł[email protected]

Dzieci uczą mnie czytać las

- Jest ich więcej, zobaczcie, tutaj przebiegli przez wał, pewnie schowali się za konarami zwalonych drzew, jak zawsze – pokazuje 14-letni Michał trzeci z braci. Ma z nich największe doświadczenia z migrantami, spotkał już kilkudziesięciu. Mówi, że większość, nawet dzieci, miała rozdarte kurtki na plecach, bo Białorusini kazali im czołgać się pod drutami kolczastymi.

Opowiada, że jeden z Irakijczyków schowanych w lesie dał mu dziesięć dolarów, poprosił, by kupił mu wodę i papierosy. W sklepie zapłacił swoimi pieniędzmi, z kieszonkowego, oddał resztę, a dolary schował do świnki skarbonki, na wakacje.

Chłopcy uczą mnie czytać las. Jakbyśmy grali w straszne podchody, szukają obozowisk po migrantach i zgadują dlaczego ten baton jest niedojedzony. Dlaczego śpiwory są niezwinięte, a ubrania porzucone. Wiedzą. Ci ludzie z lasu uciekali, pewnie wystraszył ich helikopter lub głośniki na pace policyjnego wozu, z których dzień i noc leci szczekanie psów.

Pokazują mi zwęglone kawałki drewna. – Obozowisko uchodźców - zgaduję. Patrzą na mnie jak na pierwszaka, który nic nie rozumie. Przecież w tym lesie tylko żołnierze rozpalają ogniska!

Następnego dnia bracia prowadzą mnie nad Narewkę, wdrapują się na wieżę widokową. Od granicy, w linii prostej, dzieli nas 1300 metrów. - Psst – uciszają się nawzajem. – Słyszysz krzyki? – popiskuje najmłodszy. Może to wiatr, może kaczki. Stoimy na wieży, zza krzaków wybiega mężczyzna w maseczce z trupią czaszką. - To żołnierz – szepczą – tylko oni uprawiają teraz jogging w Białowieży, dbają o formę.

Z wieży widok na rozlewisko Narewki, dalej, tuż przy samej granicy, Rezerwat Wysokie Bagno strzeżony pilnie przez wojsko. Po horyzont cisza i spokój, to złudzenie. Kluczymy po trzęsawisku, chłopcy je dobrze znają, w wakacje dzieciaki chodzą tu podsłuchać bulgotania wody, wycedzić przez zęby jakąś straszną historię rodem z Wiedźmina, postraszyć młodziaków wciągającymi wszystko bagnami. Ale teraz to prawdziwy strach, bo życie dogoniło wyobraźnię.

Zapadamy się w błotnistej brei, szukamy twardego gruntu, chłopcy zastanawiają się, jak migranci radzą sobie bez kaloszy. Ścieżka prowadzi wzdłuż koryta Narewki, gdzieniegdzie odciski dziecięcych butów. Uchodźcy? Miejscowi? Zamiast zmarzniętej brei, która rozstępuje się z sykiem, wciągają nas plotki, które bracia słyszeli od dorosłych.

- Miejscowy leśnik odnalazł nieżywych migrantów.

- Znajomy rodziców widział, jak polscy i białoruscy żołnierze przepychają ciała przez granicę.

- Ktoś chodzi po lesie i zaciera ślady, bo przecież śmieci z obozowisk znikają, każdego dnia jest ich mniej i mniej, jakby ktoś sprzątał dowody.

Wchodzimy na polanę, wiatr rozpycha się między trzcinami, chłopcy zatykają nosy. – Fuj, śmierdzi trupem, czuje pan?

Miś jest już w Niemczech

Przyjechałem na Podlasie, przedostałem się do strefy, żeby zobaczyć jak żyją dzieci w stanie nadzwyczajnym. Jak sobie z tym radzą. Chciałem wziąć udział w lekcjach, pogadać z uczniami, nauczycielami, ale żadna ze szkół się nie zgodziła. To nienajlepszy czas, ucinali dyrektorzy.

- O ciapakach nie gadamy – mówi zakapturzony nastolatek pod sklepem w Hajnówce. Tłumaczę, że chcę porozmawiać, jak im się tu żyje, kiedy pełno żołnierzy i policji – O psach tym bardziej – ucina drugi rzucając okiem na policyjny wóz, który mija kościół.

Trzeci w kapturze podrzuca kapsel „Warka”, opowiada, że jak kilka ulic dalej policja zatrzymywała kuriera migrantów, to młodzi polecieli tam szybko z komórkami, żeby skręcić filmiki na TikToka, ale mundurowi oślepiali ich światłami.

- W szkole o tym wszystkim się nie rozmawia. – przyznaje uczennica z liceum w Hajnówce, chodzi do klasy o profilu wojskowym. - Raz robiliśmy plakaty do zbiórki dla żołnierzy, jako pracę dodatkową, ale mi się nie chciało. Robili ci, którzy chcieli poprawić oceny, zdobyć plusa.

13-letnia dziewczynka spod Michałowa chce być w tekście Matyldą, bo jest fanką Dawida Podsiadło. Rozmawiamy w jej domu, mama angażuje się w zbiórki odzieży dla migrantów. Matylda ma ciekawsze tematy do rozmowy. – Zna pan Ekipę, tych influencerów od lodów? To są bohaterowie. A co moich rówieśników obchodzą migranci? Przyszli i pójdą, wszyscy to wiemy. Ale jak mi koleżanka opowiedziała, że widziała takie dziewczyny w naszym wieku, brudne i przerażone, to dałam na zbiórkę moją starą puchówkę.

Dzwonię do koleżanki Matyldy, tej która spotkała uchodźców: – Babcia mi mówiła, że ludzie trzymają tamtych ludzi po stodołach jak kiedyś Żydów. Babcia czasem przesadza, przecież żadnej wojny nie ma, wszystko się normalnie toczy. Co się zmieniło? Myślę sobie, że czas się zdecydować na jakiś pewny zawód, pójdę do technikum uczyć się na fryzjerkę lub kosmetyczkę. To się zawsze przyda, nawet jak islam nas zaleje.

Aleks ma sześć lat, lubi „Psi Patrol”, chciałby być jak piesek Chase – policjantem. A jak się nie uda, to strażnikiem granicznym. Jego trzy lata starszy brat Daniel, przyszły piłkarz, ostatnio przeczytał „Asiunię” książkę Joanny Papuzińskiej, pokazuje II wojnę światową z perspektywy dziecka. Siedzimy na tylnej kanapie auta, jedziemy do Białegostoku odwiedzić Syryjczyków, którym kilka tygodni wcześniej pomogli rodzice chłopców. Rozmawiamy niby o wojnie, niby o strefie, słyszę, że im się te dwa światy wymieszały. Kłócą się czy do Hajnówki dotrze wojna. I czy oni też będą kiedyś uchodźcami.

Zaczął Aleks: - Mój kolega mówi, że uchodźcy są najgorsi. I bogaci.

Daniel na to: - Wcale nie są bogaci!

- Są. Koleżanka mówiła, że mają dobre telefony.

- No mają, ale nie takie dobre aż. Powiedziałeś im, że widzieliśmy takich prawdziwych w lesie?

- Zapomniałem. Wie pan, oni są czarni i brudni.

- Głupi jesteś, niech pan nie słucha. Są czarni, jak wejdą do bagna!

- Ale tak powiedzieli w szkole! Na lekcji białoruskiego strażnicy graniczni pokazywali nam kajdanki, mówili, że tamci to ludzie biedni i że nie wolno przechodzić przez granicę.

- Jak zostaniemy uchodźcami, to będziemy musieli uciekać przed wojskiem.

- Przez druty! Nie złapią nas!

- Jak ta dziewczynka z lasu. Była poraniona. Miała dwóch braci, wzięli muchołapki i zaczęli się bić, to było śmieszne.

- Proszę pana, ona rozumiała po polsku! Jak zapytałem, czy lubi się bawić, powiedziała „yes”.

- I daliśmy im pluszowego misia, jeszcze nie miał imienia. Jak potem do nich dzwoniliśmy, to miś był już w Niemczech. Na wakacjach. A ja nigdy w Niemczech nie byłem. Dziwne, co?

Koniec tematu, wyciągamy podręczniki!

Dziecięcy pokój z widokiem na parking i śmietnik. Biurko, terrarium i żółw Sam. Z szafy wystają nogawki dżinsów, a z wyrwanego kontaktu ładowarka do telefonu. Chłopak rzuca tornister w kąt. - Napisz, że jestem Mateusz, lat 14, nikt mi nie kazał pomagać, sam chcę.

Migranci to teraz najlepszy temat, żeby przeleciała lekcja. Jeden, co chojraka lubi zgrywać, rzuca: „Co pani o nich sądzi?”, i się zaczyna. Nauczyciele różnie reagują, są facetki, takie fifty-fifty, pewnie by pomogły, jakby była potrzeba, ale wolą się nie wychylać. One nie łapią haczyka. Ale większość łapie. Zapowietrzają się i jadą tych ludzi z góry do dołu. Baba od angielskiego powiedziała, że nas zgwałcą albo obrzucą kamieniami. Inna, że idą do Polski żeby rozszerzać islam. Też się wtrącam, dociskam nauczycielki do piekła, mówię, że to przecież ludzie, wtedy słyszę „koniec tematu, wyciągamy podręczniki”.

Z uczniów to prawie wszyscy są przeciwko. – Mateusz kręci się na obrotowym fotelu. - U mnie w klasie gadają, że migranci to darmozjady, złodzieje i biedaki, że nawet chleba by im nie dali. Raz, jak była taka akcja, to wstałem i mówię do typa, co ciągle chwali się hajsem, że niby jego matka więcej od burmistrza zarabia, że by nie zbiedniał, jakby oddał kromkę chleba. Zamurowało typa.

Siedzimy w klasie, koło jedenastej było, przez okno zobaczyliśmy trzech migrantów na przystanku przy szkole. Sensacja się zrobiła, ktoś zadzwonił na policję, kucharka ledwie zdążyła im ciepłej zupy wynieść. Skoczyłem do plecaka, wybiegłem dać butelkę wody i dwie bułki, co miałem na drugie śniadanie. Policjant miły, nie robił problemów. Ale potem w klasie się ze mnie śmiali, „ciapatym pomaga”, szydzili.

Wszystko zaczęło się w wakacje, wojsko już się tu fajnie bawiło. Usłyszałem o Usnarzu, zacząłem czytać, sprawdzać na takich stronkach z radarami na samoloty, widziałem ich pełno nad Białorusią, zaczęło mnie to ciekawić. Podsunąłem pomysł rodzicom, jedźmy do Usnarza zobaczymy, co się dzieje. Zacząłem zbierać numery do aktywistów, do ambasad, i tak zaczęło się to nasze pomaganie.

Potem zrobili strefę, no i masakra, helikoptery nam latają nad szkołą. Chcesz się wychillować z kumplami na kebabie, to musisz czekać, bo wojsko przyjechało i czterdzieści chłopa stoi w kolejce. Jak idziesz rano do budy, to przez pasy na legalu nie przejdziesz, bo pędzą na sygnale.

Patrz, na dwa monitory jadę, zrobiłem sobie w pokoju centrum dowodzenia. Żadne TikToki mnie nie kręcą, lubię wiedzieć, co się dzieje. Czytam wiadomości z poważnych źródeł, nie tam TVP, czy Twitter MON-u, to przecież parodia, tylko śledzę fora pomocowe, sprawdzam każdą pinezkę. Gdy pierwszych ludzi zabraliśmy w bezpieczne miejsce, wziąłem ich powerbanki, naładowałem i odniosłem do lasu. Mieli białoruskie karty, więc im ogarnąłem polskie, by podłączyli się do neta. Zrobiłem konto Google, podpiąłem ich numer, żeby widzieć, co się z nimi dzieje. Nauczyłem się tego, jak kiedyś zgubiłem swój telefon w szkolnym autobusie. Po co to robię? No jakby im zrobili push-backa, to będę widział, gdzie są, żeby ich ewentualnie wyciągnąć.

To się zmieniło, telefon już nie jest tylko do grania, w lesie to podstawa przetrwania. Wpisz do swojego *#21#, zobaczymy, czy mają cię na podsłuchu. Po co? Jak to, przecież teraz każdy, co pomaga, sprawdza. A ja pomagam. Będzie już kilkadziesiąt osób, pomagam dzięki technologiom. W przyszłym roku pójdę do technikum, chcę kiedyś pracować w serwerowni, znam się na tym.

Radzić se radzę, choć dużo widziałem, dziewczynkę i jej matkę pogryzione przez psy. Tylko raz płakałem. Wujek znalazł rodzinę z dziećmi w ruinach, nie kąpali się 44 dni, 17 razy ich wywozili, dzieci zmarznięte, wystraszone. Pozakładałem im konta na Google, WhatsApie, Signalu, połączyłem telefony z moim kontem. Widzę, gdzie się logują, mogę im telefony doładować. Pięć dych im ostatnio doładowałem. Klikną i mogą zadzwonić na mój koszt. Śledzę teraz pięć takich telefonów.

Tej rodzince z dziećmi nosiliśmy jedzenie kilka dni, ciepłe zupy, herbatę, ubrania. Wiedzieliśmy, że w końcu pójdą. Niby miałem wszystko pod kontrolą, włączyli GPS, znałem ich trasę przez puszczę, miałem pinezkę z kierowcą, co miał ich wziąć do Niemiec, ale ciary były. Bo wystarczy, że polscy strażnicy połamią im karty i nic nie mogę zrobić. Jak się żegnaliśmy, to się popłakałem. Ruszyli o piątej rano, jak dojechałem do szkoły, byli już w Warszawie. A potem nagle wyłączyli telefony. Siadłem w ostatniej ławce, na chemii nawet książek nie wyciągnąłem, tylko cały czas w telefonie, ale żeby nauczycielka nie sczaiła. Ciągle nic. Wróciłem do domu, już było ciemno, nagle patrzę, są w Niemczech. Była ulga. Patrz, teraz wysyłają mi serduszka z obozu w Niemczech, traktują nas jak rodzinę.

A takim z Syrii to do pierwszej w nocy skanowałem papiery do interimu, to taki europejski papier, że już pogranicznicy nie wypchną cię z tym na Białoruś. Rano do szkoły, o wagarach nie ma mowy. Ale w pandemii nauka to takie łatanie, ciągle zastępstwa, luźne lekcje, więc moje pomaganie nic mi w szkole nie komplikuje. Z angielskim było tylko słabawo, a teraz ogarniam, dzięki migrantom. Na początku w lesie używałem Google Translatora, ale jak brakowało zasięgu, to był zonk. W te trzy miesiące podłapałem dużo nowych słówek, get lost, zgubić się, sleepover, nocowanie, single parent, samotny rodzic. Wszystkie moje gierki poustawiałem na angielski. Muszę uczyć się języka, bo jak nie, to z pomaganiem będzie lipa.

Martwy Mikołaj w zielonym lesie

Strefa nawet alfabet wywróciła do góry nogami. Teraz zaczyna się od końca: „Ż” jak żołnierze, „Z” jak zakazy, „W” jak wywózka.

Na telewizorze w dużym pokoju leci na żywo nagranie z monitoringu w Hajnówce. Nie ma kłótni o pilota, cała rodzina przy sobotnim śniadaniu śledzi stan wojenny, tak to nazywają. Na ekranie wojskowy wóz z eskortą policji na sygnale przecina rondo, normalnie tnie przez środek. - O, dziewiąta, wiozą śniadanie do bazy – mówi nastolatka.

Dzieci już wiedzą, że jak ciężarówka ma plandeki zapięte, to wiozą migrantów.

Matka ze strefy opowiadała mi, że jej dziecko uczy się liczyć w drodze do przedszkola dodając na głos wojskowe wozy pędzące przez Białowieżę.

Inna zauważyła, że jej pociechy zaczęły bawić się żołnierzykami w wojnę.

Ojciec siedmiolatki mówi, że córka od trzech miesięcy ani razu nie zasnęła w swoim łóżku. Boi się wojska.

W Białowieży mundurowi są wszędzie, spacerują po wiosce, ustawiają się w sklepowych kolejkach z bronią.

Nastolatek wrócił ze sklepu z workiem ziemniaków, śmietaną, ogórkiem i nagraniem z dyktafonu. „Dla żołnierza kiełbaska zawsze świeża, a wódeczki ile?”, słychać sprzedawczynię.

Mundurowi patrzą też z plakatów, tego na kościelnym ogrodzeniu i na sklepie, które informują o tym, że trwa zbiórka żywności dla żołnierzy. Najlepiej widać ich z przedszkola przy ul. Sportowej, plac zabaw sąsiaduje w wielką wojskową bazą.

Dyrektor zespołu szkół, do którego należy też przedszkole nie widzi problemu. Bo zimą dzieci i tak nie wychodzą na plac zabaw. - Każdy ma swoją percepcję. – Mówi mi przez telefon. - Jedni mogą to odbierać, że to przerażające, inni nie. Jesteśmy w strefie, ale nie widzę, żeby powodowało to jakiekolwiek sytuacje stresogenne. Dzieci mogą skorzystać z psychologa, ale to rodzice powinni z nimi rozmawiać

Zapytałem w kuratorium oświaty w Białymstoku o pomoc psychologiczną dla uczniów. Małgorzata Palanis, rzeczniczka przyznaje, że na początku grudnia były badania ankietowe w 70 szkołach, przedszkolach z miejscowości przy granicy. „9304 uczniów, 8594 rodziców oraz 1940 pracowników pedagogicznych i niepedagogicznych objętych jest różnymi formami pomocy psychologicznej”. Jakie to formy? Warsztaty, pogadanki, spotkania z żołnierzami WP, WOT, Strażą Graniczną i policją oraz udostępnianie materiałów informacyjnych i telefonów zaufania. Do Podlaskiego Kuratora Oświaty nie wpłynął wniosek o objęcie honorowym patronatem akcji „Murem za Polskim Mundurem”, ale wiele szkół i przedszkoli włączyło się samo do tej inicjatywy.

Przeglądam galerie obrazków malowanych przez dzieci dostępne na szkolnych stronach. Uczeń z Sokółki narysował żołnierza, który trzyma coś, co przypomina granat. Inny namalował mapę Polski z podwójną linią graniczną, w środku napisał „Polska to my”.

W Hajnówce przedszkolaki pozowały na pace wojskowego auta, gdy mundurowi przyjechali odebrać obrazki i ciasta upieczone przez rodziców.

Ten kryzys ma dwa kolory. Czerwoną kredką pociągnięte są granice Polski, flaga i serduszka z podziękowaniami za obronę kraju. Zielone są drzewa, czołgi i mężczyźni w mundurach, zawsze uśmiechnięci, z karabinami skierowanymi w las. Do kogo celują? Napastników nie ma na żadnym z obrazków.

Po drugiej stronie granicy reżim też tworzy propagandę za pomocą kredek. Dzieci migrantów z ośrodka w Bruzgach na Białorusi używają tych samym kolorów. Od Irakijczyków z tamtego obozu dostałem zdjęcia. Dzieci trzymają przed obiektywami rysunki ze świętym Mikołajem, który leży martwy w zielonym lesie. „Kazali nam”, pisze znajomy.

Zadanie domowe dla dorosłych

Za oknem mróz, znów pada śnieg. W podręczniku do fizyki lekcja o cząsteczkowej budowie materii. Zastanawiamy się z Matyldą, czy w wyższej temperaturze średnie szybkości cząsteczek są mniejsze czy większe.

Pytam, czy wie, że za oknami trwa lekcja historii. Uśmiecha się nieśmiało. – A może to Wiedza o społeczeństwie? – zastanawia się. - W szkole, jak czegoś nie zrozumiesz, to musisz sobie poradzić samemu w domu. Tak samo z migrantami. Nauczycieli nie zapytasz, bo na lekcji nie ma czasu. A rodzice tak się znają na migrantach, jak na fizyce.

13-latka raz zapytała mamę, czy uchodźcy są dobrzy, czy źli. Usłyszała, że to skomplikowane. – Nie wiedziałam, co odpowiedzieć – rozkłada ręce matka, gdy pijemy kawę, a Matylda walczy z fizyką w swoim pokoju.

Dzieci strefy mają dużo pytań.

- Tato, czemu nie możemy im pomóc?

- Mamo, a co będzie jak wojsko nas rozdzieli?

- Czemu ten pan wymiotował krwią?

- Czy czołgi będą strzelać do ludzi?

- Mamo, czemu nie możemy mówić, że pomagamy?

- To trudne pytania i trudne uczucia. Z moimi dziećmi rozmawiam szczerze, ale innym językiem z 6-latkiem, a innym z 12-latkiem. Gdy młodszy syn pyta o migrantów i słyszy, że dzieci w jego wieku nie mogą wrócić do domu, zaczyna płakać. Ale szczera rozmowa, nazwanie lęków, jest ważne. Gdyby do szkoły czy przedszkola w strefie przyszedł psycholog, porozmawiał z dziećmi, to uchroniłoby ich psychikę przed traumą - mówi Katarzyna Żywno, psychoterapeutka z Grupy Granica.

Zgadzamy się, teraz najtrudniejsze zadanie domowe przed nami, dorosłymi.

- Jeśli nie tłumaczymy dzieciom, co się dzieje, to pozostawiamy je same sobie. W instytucjach edukacyjnych najczęściej obowiązuje narracja rządowa: nic się nie dzieje. A jeśli już jest jakaś rozmowa, to raczej z perspektywy wdzięczności do Straży Granicznej czy indukowanego lęku przed obcymi. „Inny” zagraża, jest niebezpieczny, więc dzieci ze strefy się boją, ale widzą też „innych”, jak błagają o wodę. I widzą w ich oczach lęk – wzdycha terapeutka. - Badania mówią, że bycie świadkiem przemocy, traumatycznej sytuacji, obciąża dziecko tak samo, jakby to ono było ofiarą.

Uczucie bezsilności w sytuacji zagrożenia życia wpływa na doświadczenie traumy i rozwój Zespół Stresu Pourazowego, (PTSD). Mogą mieć koszmary, lęki, bóle brzucha i głowy.

Wojenna rzeczywistość wdarła się do bezpiecznego świata. Dzieci są bezradne, to my, dorośli musimy je chronić, a nie wiem, czy w codziennym życiu w strefie jest to możliwe.

Psychoterapeutka mówi, że jeszcze nikt z mieszkańców strefy nie poprosił jej o pomoc dla dziecka. Tylko raz zadzwonił dziadek. Jechał z wnuczkami, zobaczyli grupę migrantów, którzy klęczeli przed Strażą Graniczną i błagali o wodę. Zatrzymał się, rzucił butelkę, ale na pytania wnuczek, dlaczego strażnicy nie pozwoliła im tej wody przekazać, nie potrafił już odpowiedzieć.

- Nam dorosłym też brakuje słów – wzdycha. - Bo ta sytuacja jest trudna do opowiedzenia. A nienazwanie problemu jest lękotwórcze. Odzywają się w nas traumy nigdy nienazwane i nieprzeżyte. Także te transgeneracyjne, z poprzednich pokoleń, przede wszystkim wojenne. Wszyscy, bez względu na polityczne przekonania, przeżywamy lęki, które mogą być przenoszone na dzieci.

Puzzle Taisira i Mohameda

Z trójką braci układamy puzzle na parkiecie, za oknem Puszcza Białowieska.

Puzzle to zabłocone, zmięte papiery: kopie paszportów, rezerwacje lotnicze, potwierdzenie zakupu wycieczki na Białoruś, polisy, nawet wnioski o wizę. Ze sterty wysuszonych przy kozie kartek, które znalazła w lesie mama chłopców, staramy się ułożyć historię przeprawy Syryjczyków Taisira i Mohameda.

Zaczynamy od wycieczki, którą Syryjczycy kupili w białoruskiej agencji „1000 Journeys” z Mińska. Za 15-dniowy tour dla 14 osób zapłacili 800 rubli, czyli ok. 1200 zł. To podejrzane, zgadzają się chłopcy. A plan zwiedzania to już czyste zazdro, tak mówią. Wycieczka „Mińsk - nowoczesna stolica Białorusi” nie robi na nich wrażenia, ale gdy czytam o łódce wikingów czy dniu śladami białoruskiego sportu świecą im się oczy. No mega, ekscytuje się 7-latek, bo na wieczór 1 listopada agencja zaplanowała wizytę w kasynie.

- Ciekawe, czy coś wygrali – zastanawia się Patryk.

Michał wyciąga test covidowy Mohameda, skanuje telefonem kod QR i już wiemy, że kasyno i cała wycieczka po Mińsku to „wielka ściema”, bo test zrobiono 1 listopada jeszcze w Bejrucie.

Puzzle już same się układają. 2 listopada Mohamed nie zwiedzał Muzeum Kultury i Życia Dudutki, bo dopiero czekał w Bejrucie na samolot. Chłopcy odkrywają, że zapłacił 899 dolarów za lot w dwie strony. Wylądował po północy, spał w kompleksie zdrowotnym Sputnik w Żdanowiczach, rezerwacja opiewa na 74 osoby, a następnego dnia podpisał umowę z firmą Life, być kupić kartę SIM. Ślad po Mohamedzie urywa się o godz. 14:06 w kantorze, gdzie wymienił 50 dolarów na ruble. Mały Patryk mruży oczy jak detektyw, ale teraz zrywa się i piszczy w wniebogłosy. - Krew! Ratunku, nie dotykajcie!

- Głupku, to notatki, tusz się rozmazał – strofuje go Kamil.

Wpatrujemy się w „arabskie robaczki” zapisane czerwonym tuszem. Nad puszczą słychać helikopter, chłopcy wybiegają przed dom.

Kilka dni później z dokumentów wyłuskuję numery telefonów, do białoruskiego taksówkarza, sprzedawcy biletów lotniczych w Damaszku i do Taisira. Pisze do mnie z ośrodka w Norymberdze, jego kolega Mohamed trafił do Stuttgartu. Opowiadają, że poszli grupą 22 osób, dwa razy polskie służby wywiozły ich na białoruską stronę. W koczowiskach przy granicy zostali pobici, białoruscy pogranicznicy ukradli im jedzenie i sprzedali innym migrantom. Za trzecim razem udało się, siedem dni chowali się w polskim lesie. W końcu 14 listopada przyjechał kurier. Wpakowali się do auta i uciekli. W pośpiechu porzucili dokumenty w lesie.

Piszę wiadomość do chłopaków, że „nasi” Syryjczycy są bezpieczni i rozpoczęli procedurą azylową. To jakby jednak wygrali w tym kasynie, cieszą się chłopcy.

* Z dziećmi rozmawiałem za zgodą rodziców. Autoryzowały też tekst z razem z opiekunami.

Udostępnij:

Szymon Opryszek

Szymon Opryszek - niezależny reporter, wspólnie z Marią Hawranek wydał książki "Tańczymy już tylko w Zaduszki" (2016) oraz "Wyhoduj sobie wolność" (2018). Specjalizuje się w Ameryce Łacińskiej. Obecnie pracuje nad książką na temat kryzysu wodnego. Autor reporterskiego cyklu "Moja zbrodnia to mój paszport" nominowanego do nagrody Grand Press i nagrodzonego Piórem Nadziei Amnesty International.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne