0:00
0:00

0:00

Wieczór 10 sierpnia okazał się dla Białorusi co najmniej równie dramatyczny, co poprzedni, ten powyborczy. W niedzielę Białorusini nie spodziewali się przemocy, której przyszło im doświadczyć. Następnego dnia byli już znacznie lepiej do wszystkiego przygotowani. Reżim stracił odporność i nie potrafi sterroryzować ludzi do tego stopnia, żeby nie wyszli na ulice po raz kolejny.

Był jednak w stanie zastraszyć liderkę opozycji Swiatłanę Cichanouską: aparatowi siłowemu udało się zmusić ją do wyjazdu poza granice kraju.

Zastraszanie Cichanouskiej

Cichanouska została wywieziona do Litwy przez siłowików wraz z szefową swojego sztabu, Marią Moroz, której zwolnienie z więzienia uzależnione zostało właśnie od wyjazdu Cichanouskiej poza granice Białorusi. Po wielogodzinnym przetrzymywaniu w siedzibie Centralnej Komisji Wyborczej, kandydatka została przewieziona przez OMON na granicę litewsko-białoruską.

Białoruskie media rządowe we wtorek opublikowały dwa filmy z Cichanouską. Prawdopodobnie zostały nagrane jeszcze w siedzibie CKW. Podobno nagrano ich więcej. Oświadczenia noszą ślady manipulowania – zostały nagrane w siedzibie CKW i zawierają dyskredytujące ją informacje, Cichanouska wygląda na nich na wyraźnie zmęczoną i zastraszoną oraz czyta z kartki.

"Naród Białorusi dokonał wyboru" - oznajmia na nagraniu i wzywa do zaprzestania protestów: "Z wdzięcznością i ciepłem zwracam się do wszystkich obywateli, którzy mnie popierali: Białorusini, wzywam was, przestrzegajcie prawa. Nie chcę krwi i przemocy. Proszę was, byście nie przeciwstawiali się milicji, nie wychodzili na ulice, by nie stwarzać zagrożenia dla swojego bezpieczeństwa. Chrońcie siebie i swoich bliskich".

Cichanouska stwierdziła też, że głównym powodem jej wyjazdu była chęć dołączenia do dzieci przebywających poza granicami kraju. W więzieniu wciąż przebywa jej mąż, Siarhiej. Para chciała więc uniknąć pozostawienia dzieci bez opieki rodziców. Może tak być, że groźby wysuwane przez władze pod adresem Cichanouskiej dotyczyły również jej męża, który w więzieniu jest poddawany silnym represjom i w zaledwie trzy tygodnie po zatrzymaniu stracił jedną trzecią swojej wagi.

Wyjazd Cichanouskiej to duży cios dla demonstrantów, którzy oczekiwali, że w pewnym momencie przyłączy się ona do ulicznych protestów. Niemniej trudno teraz ocenić długofalowe skutki jej zastraszenia przez władze. Od początku kampanii opozycja już wielokrotnie traciła liderów i liderki, ale każda osoba, która pojawiała się w ich miejsce, zdobywała jeszcze większą popularność. Nie wiadomo, jak będzie tym razem. Z triumwiratu kobiet w Białorusi pozostaje już tylko Maria Kolesnikowa.

Podjazdowa wojna domowa

Poniedziałek był kolejnym dniem, w którym setki tysięcy Białorusinów wyszło na ulice białoruskich miast, żeby żądać demokratycznych wyborów. Znów trudno ocenić dokładną liczbę demonstrantów, ale wysokie szacunki nie są przesadne. W każdej dzielnicy Mińska na ulice wyległo po kilka tysięcy osób, a są jeszcze dziesiątki innych miejscowości, w których też zebrało się tysiące manifestujących.

Pół godziny przed 19.00 10 sierpnia przez Telegram przesłano wskazania, by omijać miejsca najbardziej licznych (i tragicznych) niedzielnych zgromadzeń. W poniedziałek przez cały dzień trwały tam przygotowania OMON-u. Ostrzeżenie odnosiło się głównie do Mińska, ale centra innych miast „wojewódzkich” również zostały obwarowane.

Już kilka minut po 19.00 czasu miejscowego, czyli w chwili startu protestów, odnotowano pierwsze zatrzymania i pobicia. Wybuchały granaty błyskowo-hukowe. Strzały gumowymi kulami padły nie tylko w Mińsku, lecz także w dziesiątkach (!) innych miast. Wydaje się, że milicja od razu uciekła się do wykorzystania wszystkich możliwych środki pacyfikowania manifestantów, chcąc wzbudzić przerażenie również w ludziach dopiero planujących wyjście z domów.

Efekt był jednak odwrotny. Im większe represje stosowały oddziały prewencji, tym liczniej protestowali ludzie w innych miejscach Białorusi. Przez komunikator Telegram demonstranci ustalali, gdzie są najbardziej potrzebni, jak omijać główne skupiska milicji czy też z których miast milicja wyjechała, by rozpędzać protesty gdzie indziej, i gdzie w związku z tym można w miarę bezpiecznie wyjść na manifestację.

Obok stolicy to Brześć okazał się miastem, które 10 sierpnia musiało sobie poradzić z największą eskalacją przemocy resortów siłowych. W Brześciu do centrum miasta skierowano oddział wojsk powietrzno-desantowych. Intensywne represje przeżywali również mieszkańcy Nowopołocka.

W jednym z kilku ognisk najbardziej tłumnych protestów w Mińsku zginął mężczyzna: podobno miał w ręku improwizowany ładunek wybuchowy, który eksplodował, gdy demonstrant dostał się pod ostrzał milicji. Inne źródła podają, że był to kierowca autobusu miejskiego, który przyłączył się do protestujących i po wyjściu z autobusu chciał odrzucić granat hukowy znaleziony akurat w pobliżu.

Rannych od postrzałów gumowymi kulami jest mnóstwo, podobnie jak osób poszkodowanych w wyniku eksplozji granatów hukowo-błyskowych rzucanych protestującym prosto pod nogi. Ludzie, których zdołał złapać OMON, byli brutalnie pałowani i kopani przed wywiezieniem do aresztów i po dowiezieniu do nich.

Zatrzymanych było tak dużo, że koło północy zaczęto ich gromadzić w miejscach innych niż areszty albo zwozić na peryferia miast.

Rosyjskie zielone ludziki w Mińsku?

Około godziny 20.00 w Mińsku zablokowany został duży wiadukt wjazdowy do centrum miasta. W blokowaniu brał udział oddział wojsk wewnętrznych w pełnym umundurowaniu i z bronią długą.

Wczesną poniedziałkową nocą udostępnione zostały nagrania, na których widać, że wojskowi mają rosyjskie oznaczenia. Być może był to kolejny raz, kiedy Rosja użyła swoich „zielonych ludzików”. To chyba najbardziej niepokojąca informacja z tego dnia.

W Białorusi znajdują się ważne bazy rosyjskich wojsk, były też doniesienia o przekraczaniu białoruskiej granicy przez rosyjskie pojazdy wojskowe, dlatego udział rosyjskich żołnierzy w obecnych protestach nie jest niestety nieprawdopodobny.

Tym bardziej, że siły milicji już teraz wyczerpały większość swoich możliwości. W wielu miejscach do tłumienia protestów musianoby w tym momencie wykorzystywać wojsko. Już w poniedziałek około północy do Mińska zmierzały autobusy i ciężarówki z okolicznych baz wojskowych.

Czy wojsko posłucha Łukaszenki?

We wtorek po południu do Mińska zjechały kolejne kolumny wojskowych aut. Wykorzystanie regularnych oddziałów białoruskiego wojska jest jednak dla Łukaszenki ogromnym ryzykiem, ponieważ dużo wskazuje na to, że zwykli żołnierze woleliby przyłączyć się do protestujących, niż ich rozpędzać.

Jednoznaczna deklaracja Władimira Putina, który w poniedziałek rano pogratulował Łukaszence, również może świadczyć o większym zaangażowaniu Rosji w białoruski kryzys. Należy zaznaczyć, że chociaż w miesiącu poprzedzającym wybory białoruskie media państwowe otwarcie atakowały Rosję, kryzys powyborczy natychmiast uciął krytykę pod adresem Kremla.

Białoruś pozostaje terytorium geopolitycznie kluczowym dla Putina, ale w obecnej sytuacji powoli wyślizguje mu się z rąk. Szczególnie, że protesty wzbudzają w Białorusinach silne nastroje patriotyczne, a Rosja jawi się jako zagrożenie dla ewentualnej demokracji.

Według doniesień niezależnej telewizji Nexta we wtorek ma zostać wprowadzony stan wyjątkowy, a Łukaszenko zwołał na rano radę kryzysową. Portal informacyjny opublikował również niepotwierdzone doniesienia, jakoby ewentualne wprowadzenie stanu wyjątkowego było wynikiem ultimatum Putina, który zagroził Łukaszence, że jeśli tego nie zrobi, to straci gwarancje bezpieczeństwa dla siebie i swojej rodziny.

Postrzelona dziennikarka, pobity dziennikarz

Dodatkowo ci sami wojskowi, których oznaczenia wzbudziły taki niepokój, z premedytacją zaczęli strzelać gumowymi kulami do grupy dziennikarzy. Jedna z dziennikarek Nashej Nivy, Natalia Lubnieuska, została postrzelona w kolano. Ataki na dziennikarzy i ich zatrzymania wciąż pozostają wysoko na liście priorytetów aparatu siłowego.

"Służby coraz bardziej brutalne. Memu koledze Jankowi Romanowi z TV Polonia w trakcie zatrzymania OMONowiec wybił 4 zęby uderzając go nogą w twarz. Janek nie uciekał i nie stawiał oporu" - pisze na Twitterze publicysta i działacza Związku Polaków Andrzej Poczobut.

View post on Twitter

Reporterzy z Mińska donoszą, że służby specjalne robią naloty na hotele, w których szukają dziennikarzy zagranicznych, pracujących bez akredytacji. A większość z nich - w tym reporter OKO.press - akredytacji nie dostała. Wjechali do Białorusi na wizach turystycznych.

Prowokacje w Telegramie

Ponadto protestujący raz po raz są prowokowani przez media społecznościowe do przemieszczania w miejsca zasadzek OMON-u. Aparat siłowy stara się przystosować się do technologicznych realiów białoruskiej rewolucji, ale na razie nieskutecznie.

Próby wykorzystania Telegramu do wprowadzania manifestantów w błąd są nieudolne i szybko weryfikowane przez Białorusinów. W pewnym momencie w nocy z poniedziałku na wtorek przez komunikator przetoczyła się informacja o zatrzymaniu Cichanouskiej. Ktoś na Telegramie wzywał protestujących do odbicia kandydatki z rąk władz, jednak już po 5 minutach podżeganie zostało zweryfikowane jako milicyjna prowokacja. Podobna sytuacja miała miejsce przy okazji wezwania do zdobycia budynku stolicznego gorispolkomu (odpowiednika urzędu miasta).

Taktyki oporu Białorusinów

Zamiast sugerować się prowokacyjnymi wezwaniami, Białorusini skupiali się na ograniczaniu mobilności jednostek milicji. W Mińsku i innych miastach kierowcy blokują drogi dojazdu do centrów miast tak, by nie mogły z nich wyjechać ani do nich wjechać więźniarki. W każdej dzielnicy Mińska stanęły barykady, a nawet jeśli były znoszone przez milicję, to protestujący po powrocie prędko ustawiali je z powrotem.

W Mińsku jest reporter OKO.press Maciek Piasecki. Poniżej zamieszczamy jego relację z jednej z blokad urządzonych 10 sierpnia wieczorem przez kierowców by nie przepuścić oddziały OMON-u i milicji.

Największe starcia trwały w Mińsku przy centrum handlowym Ryga (to tam zginął wspomniany mężczyzna). Po dwóch godzinach prób milicji udało się wypchnąć protestujących z bezpośredniej okolicy budynku, ale po odjeździe OMON-owców ludzie wrócili na swoje pozycje, by odbudować barykady. Powtórzyło się to dwukrotnie. To tylko jeden z przykładów taktyk protestowania, z których korzystają manifestanci.

Rozpędzani ludzie często zbierają się ponownie również w innych miejscach. Przy takiej taktyce protestujących dławienie protestów staje się całkowicie nieskuteczne. OMON jeździ od dzielnicy do dzielnicy, od miasta do miasta i nie radzi sobie z chaosem informacyjnym.

Sierakowski w pułapce

OMON-owcy taktycznie starali się zapędzić demonstrantów do podwórek, gdzie łatwiej jest ludzi wyśledzić i pobić lub postrzelić. Część osób otwierała więc protestującym klatki schodowe. W internecie krążyły też kody do domofonów, dzięki którym manifestanci mogli znaleźć schronienie w każdej części miasta.

Po północy z poniedziałku na wtorek okazało się, że schronienia powinni poszukać również dziennikarze z polskiej delegacji. Sławomir Sierakowski zmuszony był spędzić noc w przypadkowym mieszkaniu, po tym jak grupa protestujących, w której się znajdował, została rozpędzona.

Poniedziałkowej nocy trafiały się również przykłady protestujących, którzy nie wytrzymali poziomu przemocy stosowanej przez aparat władzy. Na OMON poleciały pierwsze koktajle Mołotowa, a kilku OMON-owców zostało z premedytacją potrąconych przez samochody osobowe.

OMON-wcy przechodzą na stronę protestujących

W nocy na Telegramie panowała atmosfera nadchodzącego przełomu. Ludzie wierzą i wiedzą, że władzy kończą się możliwości.

Ponownie spływały doniesienia o mniejszych miastach, w których nie było milicji, toteż ludzie udawali się do budynków lokalnej administracji, by wysuwać żądania. A nawet te miasta, w których milicja jest, nierzadko nie musiały się mierzyć z reżimową przemocą, bo milicjanci też już zaczynają mieć dość obecnej sytuacji.

W środku nocy pojawiły się również zdjęcia pierwszych OMON-owców, którzy przeszli na stronę protestujących. To na razie pojedyncze przypadki.

Dzisiaj, 11 sierpnia, o godzinie 12.00 rozpoczął się strajk generalny w całej Białorusi. Już od rana wiadomo, że do strajku przyłączyło się wiele państwowych przedsiębiorstw. W Białorusi nie tylko panuje chaos informacyjny wynikającym z braku internetu, lecz także pogrąża się ona w bałaganie organizacyjnym.

Ewentualne wprowadzenie stanu wyjątkowego mogłoby wbrew pozorom tylko pogłębić bezład. W takich warunkach świetnie czują się protestujący, a ich elastyczność i mobilność pozostawia władzę w niemocy.

Nie wiadomo jeszcze, jak manifestanci zareagują na wywiezienie z kraju Cichanouskiej. Powszechność strajków pozwala jednak wierzyć, że w oczach Białorusinów złamanie jednej protestującej nie złamie wszystkich - nawet jeśli jest ich liderką.

Skoro Białorusini mieli odwagę wyjść ulice w poniedziałek, już po eskalacji milicyjnej przemocy, która miała miejsce w niedzielę, to prawdopodobnie wyjdą też dzisiaj i jutro, i tak do skutku - aż reżim się złamie. I to nawet jeśli zostanie wprowadzony stan wyjątkowy.

Wydarzenia w Mińsku wciąż będzie relacjonował reporter OKO.press. O 16.29, Tuż przed publikacją tego tekstu przesłał nam SMS-a: "Jestem na rondzie przy stacji Puszkinskaja, gdzie wczoraj zginęła protestująca osoba, wszystkie barierki ozdobione kwiatami, kilkudziesięciu ludzie stoi w słońcu z pięściami w górze, wszystkie przejeżdzające samochody trąbią. Od 18 ma być kompletne wyłączenie sieci żeby zagłuszyć tych którzy korzystają z VPN. Byc może stracę połączenie telefoniczne w ogóle".

Solidarni z Białorusią

Po wydarzeniach niedzielnego wieczoru Białorusini i aktywiści praw człowieka na całym świecie zorganizowali pikiety solidarnościowe mające na celu wsparcie białoruskiej rewolucji. W wielu miastach Europy i Polski, między innymi w Warszawie, w sumie tysiące osób zebrały się, by wspierać białoruskie społeczeństwo i żądać od Unii Europejskiej wprowadzenia sankcji uderzających w Łukaszenkę i jego otoczenie. Sformułowania głównych postulatów dotyczących takich sankcji podjęła się Инициатива Free Belarus.

Szefowie MSZ Łotwy, Estonii i Finlandii poparli na wtorkowej konferencji w Rydze inicjatywę ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza, by zorganizować spotkanie krajów UE w sprawie wyborów na Białorusi. Polski minister przedstawił ten plan szefowi unijnej dyplomacji.

W tym samym momencie, kiedy w Mińsku na ulice wychodzili żołnierze wojsk wewnętrznych z bronią długą (albo rosyjscy specnazowcy przebrani za te jednostki), w Warszawie kilkaset osób śpiewało utwory Hraj i Peremen, symbole białoruskiej rewolucji. Szczery płacz kobiet opowiadających o tym, jak ich bliscy znajomi byli bici, towarzyszył ogłoszeniu na temat postrzelenia dziennikarki Natalii Lubnieuskiej. Stworzyło to niezwykle silny przekaz, który powinien trafić do Polaków i uświadomić im powagę represji grożących ich sąsiadom w Białorusi.

Trudne opowieści towarzyszyły pikiecie także na placu Defilad, dokąd udali się solidaryzujący Polacy i Białorusini z różnych powodów przebywający poza granicami swojego kraju. W porównaniu do innych wydarzeń związanych z białoruską rewolucją na tej wczorajszej manifestacji pojawiło się zdecydowanie więcej Polaków zaangażowanych w temat ochrony praw człowieka.

;

Udostępnij:

Nikita Grekowicz

Niezależny dziennikarz specjalizujący się w tematach Białorusi i Europy Wschodniej. Od 2022 pracuje w Dziale Edukacji Międzynarodowej Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Od 2009 roku związany ze Stowarzyszeniem Inicjatywa Wolna Białoruś, członek Zarządu Stowarzyszenia w latach 2019-2021. Absolwent Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW z dyplomem zrealizowanym na kierunku Artes Liberales. Grafik i ilustrator. Z pochodzenia Białorusin.

Komentarze