0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Rafal Mielnik / Agencja GazRafal Mielnik / Agen...

Głośny reportaż "Koszmar Magdy w leśniczówce" ("Wyborcza" z 21 lipca 2020) jest przede wszystkim relacją dorosłej dziś 20-letniej kobiety Magdaleny Nowakowskiej o tym, jak przez przez trzy-cztery lata (2009-2012) była jako 9-letnie dziecko seksualnie wykorzystywana przez starszego o dziewięć lat Zdzisława Kurskiego, syna Jacka, prezesa TVP, wcześniej europosła PiS. Już wcześniej spędzali razem dużo czasu, lubili się.

Odbywało się to w leśniczówce w Danielinie w powiecie Sztumskim, której obie rodziny były współwłaścicielami. Dziewczynka trzymała to w tajemnicy, do czego zobowiązał ją Zdzisław.

Pierwszy raz powiedziała o tym podczas terapii w czerwcu 2015, po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego, gdzie trafiła w wyniku psychicznych zaburzeń, m.in. cięła się i połykała ogromne ilości leków. Potem opowiedziała matce.

Jesienią 2015 matka Magdy zawiadomiła policję, a ta prokuraturę. Wcześniej matka Magdy napisała maila do matki Zdzisława, a ta odpisała: "Zgłoście to jak najszybciej, nie chcę, by mój syn był dalej zagrożeniem dla innych".

Pierwsze śledztwo umorzono w 2017 roku, w tym samym roku Magda usiłowała popełnić samobójstwo. W odpowiedzi na zażalenie pełnomocnika rodziny Magdy, sąd w Kwidzynie uznał, że umorzenie było przedwczesne, ale drugie śledztwo zostaje umorzone w styczniu 2019. Tym razem bez przesłuchania Magdy. W czasie śledztwa Jacek Kurski utrzymywał, że ojciec Magdy próbował "przehandlować zeznania córki za posadę".

W drastycznej relacji Magda opisała w reportażu stosunki, do których była zmuszana przez nastolatka. W jedynym swoim zeznaniu w śledztwie 2015 roku opisywała tylko imitację stosunków seksualnych. Biegli uznali jej świadectwo za wiarygodne.

Reportaż opisuje też zabiegi Jacka Kurskiego o wyciszenie sprawy i zawiłe losy jego konfliktów z ojcem Magdy, asystentem Kurskiego w czasach, gdy był europosłem. W oświadczeniu wydanym po publikacji reportażu Jacek Kurski pisze o "zmyślonych zarzutach" i podważa wiarygodność opowieści Magdy - ironizuje, że o gwałtach przypomniała sobie po pięciu latach. Sprawę przedstawia jako polityczny atak na siebie.

Także Zdzisław Kurski wydał oświadczenie, w którym "stanowczo zaprzecza swoim rzekomo intymnych relacjach z Magdą Nowakowską. Były czysto braterskie".

Dwukrotnie umarzając śledztwo prokuratura nie dała wiary relacji Magdy. Czy działo się tak za sprawą nacisków Jacka Kurskiego? Tego tekst nie przesądza. Ale nawet bez takich nacisków zdarza się, że wymiar sprawiedliwości nie staje po stronie ofiar molestowania seksualnego podważając ich świadectwa.

O traumie osób molestowanych w dzieciństwie, o tym, jak reaguje na nie dziecka i o trudnym dochodzeniu samej ofiary do prawdy o tym, co ją spotkało, czego nie ułatwia jej zwykle otoczenie czy wymiar sprawiedliwości rozmawiamy z prof. dr hab. Marią Beisert, psycholożką, seksuolożką i prawniczką, kierowniczką Zakładu Seksuologii Społecznej i Klinicznej oraz kierowniczką Studiów Podyplomowych Seksuologia Kliniczna na Wydziale Psychologii i Kognitywistyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Katarzyna Sroczyńska: Dlaczego on, ona dopiero teraz sobie o tym przypomnieli? - to pytanie powraca w reakcji na historie osób dotkniętych w dzieciństwie przemocą seksualną, które po latach zaczynają mówić o tym doświadczeniu. Czy to dziwne, że dopiero po latach przypominają sobie o zdarzeniu?

prof. Maria Beisert: Nie, to nie jest dziwne. Wiedza potoczna o wykorzystaniach seksualnych, którą mają niespecjaliści, w wielu punktach różni się od wiedzy specjalistycznej. Dotyczy to nawet ludzi mających kontakt z tym zjawiskiem, jak sędziowie, adwokaci, policjanci. Pytanie, które pani zadała, dotyczy procesu ujawniania. Osoba, która mówi o czymś na zewnątrz, ujawnia zdarzenia, ale to nie znaczy, że ona dopiero dzisiaj sobie o nich przypomniała. Znane jest zjawisko odroczonego ujawniania, czyli informowania otoczenia o zdarzeniu długo po tym, co się stało.

Cały proces zaczyna się od ujawnienia wewnętrznego, kiedy ofiara zaczyna uświadamiać sobie, że stało się coś niewłaściwego. Dotyczy to zwłaszcza dzieci. To wcale nie musi nastąpić tego dnia, gdy doszło do wykorzystania ani w krótkim czasie po nim. Zdarza się dość często, kiedy wykorzystywane są małe dzieci, że dziecko nie wie, że wydarzyło się coś niewłaściwego.

Zwłaszcza jeśli sprawcą jest ktoś bliski, do kogo ma zaufanie. Sprawca może tak przygotować ofiarę, że dziecko długo nie zdaje sobie sprawy, że spotkało je coś złego.

Pierwszym momentem ujawnienia jest moment lub odcinek czasu, w którym dziecko samo przed sobą zaczyna zdawać sobie sprawę, że dzieje się coś, czego nie można robić. To tzw. ujawnienie wewnętrzne.

Jak do niego dochodzi?

Czynnikiem torującym może być każda zmiana działania sprawcy: na przykład dotychczas dotykał narządów płciowych dziecka, a teraz próbuje je penetrować. To oczywiście tylko przykład. Może nim być zmiana czasu trwania wykorzystania: zamiast kilku minut trwa dłużej. Albo zmiana formy: sprawca pokazał dziecku własne narządy płciowe, a wcześniej tego nie robił. Albo świeżo nabyta – z książek, internetu, od koleżanek – wiedza. Otoczenie w ogóle może nie zdawać sobie sprawy z tego, że dziecko to sobie uświadomiło.

Zwykle drugim etapem ujawnienia jest ujawnienie zewnętrzne. Nie musi ono nastąpić wtedy, kiedy dorosłym się wydaje, że powinno się zdarzyć. Następuje, kiedy zaistnieją odpowiednie okoliczności.

Po pierwsze, musi się pojawić tzw. czynnik spustowy, na przykład dziecko widzi w telewizji film, na którym ktoś zachowuje się tak, jak wykorzystujący wobec niego. Dziecko może wówczas zapytać: czy tak można robić? Jeśli usłyszy zachętę, jest szansa, że opowie więcej.

Zainteresowany dorosły to drugi warunek ujawnienia.

Trzecim jest umiejętność dobrego słuchania. Takiego, które sprawia, że dziecko jest przekonane, że ktoś chce się problemem zająć dalej. Ostatni warunek to nieobwinianie dziecka i pokazanie mu, że się jest po jego stronie. Wszystkie te elementy sprzyjają ujawnieniu. I niekoniecznie jest ono tożsame z tym, że dziecku się zdarzenie dopiero teraz przypomniało. Może być tak, że między ujawnieniem wewnętrznym a zewnętrznym mija kilka lat.

Dlatego tak się dzieje?

Bywa, że dziecko dokonuje kilku prób ujawnienia, ale dorośli w ogóle nie zwracają na to uwagi. Jeśli wówczas nie może sobie poradzić z sytuacją, zaczyna o niej informować w sposób ukryty za pomocą objawów wykorzystania.

Co to może być?

To mogą być dziwne – z punktu widzenia dorosłych – zachowania dziecka. Ich zdziwienie budzi na przykład obserwacja, że małe dziecko, sześcio-, ośmioletnie zaczyna odmawiać oddawania moczu i stolca. Odracza moment pójścia do toalety tak długo, aż się zanieczyszcza. Dla wielu dorosłych jest to objaw urologiczny. Nie zdają sobie sprawy z ukrytego znaczenia problemu.

Bywa też, że dziecko informuje – w swoim języku oczywiście – niemal wprost, prosząc: mamo, nie idź do pracy, bo ja nie chcę, żeby tata mnie kąpał. Zazwyczaj w takiej sytuacji mama tłumaczy, że musi pracować, a dziecko jeśli nie chce, to dziś nie musi się kąpać. Albo nie musi myć włosów, bo pewnie chodzi o to, że szampon szczypie je w oczy. Dziecko ze swojego punktu widzenia już ujawniło problem. Dorosły nie zawsze umie zrozumieć rzeczywistą treść ujawnienia.

Zdarza się również, że dorośli bagatelizują to, co dzieci mówią. Chłopiec mówi: mamo, ten wujek się ze mną tak głupio bawi. A mama: nie zwracaj na to uwagi, po prostu uciekaj od niego.

Tym samym daje sygnał: nie licz na moją pomoc. To dziecko może o sprawie opowiedzieć w szkole, dopiero jako czternastolatek, i wszyscy się wtedy zaczynają dziwić: dlaczego w szkole, dlaczego dopiero po ośmiu latach. Tymczasem dzieje się tak ze względu na odmowę, którą po drodze napotyka.

Czy dziecko może nie pamiętać pewnych wydarzeń?

Oczywiście. Wydarzenia o dużym ładunku negatywnych emocji bywają wyparte. Dziecko nie chce do nich wracać. Niepamięć traumatycznych czy przykrych zdarzeń dotyczy i dzieci, i nastolatków, i dorosłych. Dopiero jakieś skojarzenie po wielu latach powoduje, że ktoś odtwarza coś, co zostało ukryte w pamięci. To są rzadsze przypadki.

Częściej dziecko musi po pierwsze zrozumieć, że to, co je spotkało, było niewłaściwe. A otoczenie nie rozumie tego i zadaje pytanie: dlaczego dopiero dzisiaj o tym mówisz? To pytanie hamuje ujawnianie. Zatrzymuje cały proces.

Dziecko czuje, że otoczenie ma do niego pretensje. Że lepiej o tym nie mówić. Mówię o tym tak dobitnie i długo, dlatego że w mediach bardzo często pada pytanie: dlaczego teraz, pojawiają się też sugestie manipulacji ze strony dziecka. Takie pytanie muszę nazwać wprost powtórną wiktymizacją.

Osoby skrzywdzone mówią czasem: przez lata miałam/miałem czarną dziurę w pamięci.

Ta czarna dziura może oznaczać wiele różnych rzeczy. Po pierwsze, nieświadomość tego, że stało się coś niewłaściwego: nie miałam/miałem zielonego pojęcia, że trzeba o tym mówić. Może też znaczyć: wypierałam to, bo było to straszne. Po trzecie może to oznaczać przerwę w wykorzystaniu, a osoba, która wykorzystywała dziecko, pojawiła się znowu nagle w jego życiu po latach, kiedy ono jest nastolatkiem. Czarna dziura może też oznaczać: nie zajmowałem się tym, bo byłem w takim okresie rozwojowym, kiedy seks ma mniejsze znaczenie. Na przykład do wykorzystania doszło, kiedy chłopiec miał sześć lat, potem nie wracał do tego myślami aż do okresu dojrzewania. Wtedy zaczęły napływać wspomnienia.

Interpretacji sformułowania „czarna dziura” jest mnóstwo. Kiedy mamy do czynienia z relacjami pochodzącym od ofiar, to trzeba się bardzo powstrzymywać od interpretowania ich w sposób potoczny.

Z potocznego punktu widzenia dziwi też, że relacje ofiar bywają niespójne, że zmieniają się ich szczegóły.

W potocznym rozumieniu pamięć ludzka przypomina komputer: jest stały zasób informacji, którą komputer posiada, i wystarczy wcisnąć odpowiedni guzik, by mieć do nich dostęp. Tak niestety nie jest. Dlatego nie można oczekiwać, że kiedy w różnym czasie będziemy pytać dziecko o jakieś zdarzenia, to dostaniemy takie same odpowiedzi. Im więcej czasu upływa od zdarzenia, tym większa utrata pamięci. Zmienia się ilość zapamiętanym szczegółów, ocena czasu trwania zdarzeń. To jest ogólna reguła.

Zdarza się, że pokrzywdzeni po latach dodają w relacjach nowe szczegóły.

Oczywiście, bo można wydobyć z pamięci coś, co dawniej nie zostało z niej wydobyte.

I to jest norma, że zeznania, które ofiara składa tuż po zdarzeniu, kilka tygodni po zdarzeniu i rok po zdarzeniu są różne. Muszą być różne. Jeśli ofiara zeznaje pod wpływem silnych emocji, to może wydobyć z pamięci tylko te fragmenty wiedzy, które są zgodne z treścią tych emocji.

Może się bardzo koncentrować na bólu, a zupełnie nie pamiętać, w jakim kolorze była serweta na stole. Jeśli wtedy mówi: tam nie było żadnych mebli, to nie znaczy, że kłamie. Ofiara może w tym momencie nie pamiętać i nie widzieć niczego poza własnym bólem. Po jakimś czasie może wydobywać z pamięci nowe szczegóły, dzięki tzw. pamięci ciała. Komuś się przypomina, że czuł wilgoć na nodze, że było mokro. I wtedy nagle dodaje, że było mokro, bo wazon spadł ze stołu i się rozbił. A wcześniej nie pamiętał ani o istnieniu mebli ani wazonu.

Jest jeszcze jeden czynnik pomijany w kontekście pamięci i relacji pokrzywdzonych: osoba, która przesłuchuje. Wiele informacji umyka na skutek nieumiejętnego przesłuchiwania. Widzę to wiele razy, kiedy oglądam nagrania przesłuchań.

Co to jest nieumiejętne przesłuchiwanie?

Takie, które blokuje ofierze możliwość ujawnienia. Na przykład zadawanie szczegółowych pytań na etapie, na którym nie powinno się ich zadawać. Podawanie komentarzy typu: a czy ty na pewno mówisz prawdę? Albo zadawanie pytań przez klika osób jednocześnie. Czy przesłuchiwanie dziecka przez osobę tej samej płci, której był sprawca. Już nie mówiąc o takim błędzie jak zadawanie pytań sugerujących. Jeśli kolejne przesłuchanie jest prowadzone w bardziej umiejętny sposób, to nic dziwnego, że i szczegółów jest więcej.

Lekkomyślnie ocenia się w notatkach prasowych zeznania ofiar, w ogóle nie biorąc pod uwagę tych wszystkich czynników. Wielkim błędem jest też ocenianie wiarygodności osoby zamiast zeznań. Podważanie kompetencji ofiary sprawia, że nie ma ona możliwości wydobycia z pamięci rzeczy, które może w innych okolicznościach by sobie przypomniała.

W ogóle omawianie w mediach konkretnych historii konkretnej osoby utrudnia dziecku ujawnienie. Obciąża się je odpowiedzialnością za to, co ono ujawni. Intymne, traumatyczne przeżycia, gdy stają się sprawą publiczną, to sytuację ofiary tak utrudniają, że wręcz ja rewiktymizują. Używam tego słowa z pełną świadomością.

Wspomina je Pani po raz kolejny. Rewiktymizują, czyli jeszcze raz czynią ją ofiarą, tak? Zatem skazują na nowe cierpienie?

Tak, na nowe cierpienie i nowe objawy, takie jak: depresja czy powracające nagle, w nieoczekiwanych momentach bolesne wspomnienia. Proszę sobie wyobrazić, jak czuje się ofiara, kiedy ludzie znają intymne szczegóły z jej czy jego życia. Nie jest się już po prostu Jakubem czy Katarzyną, jest się ofiarą. To jest stygmatyzowanie.

Człowiek ma prawo do ochrony swojej intymności. Jeśli chce o czymś mówić, to oczywiście proszę bardzo. Jeśli nie chce, to nakłanianie go czy opisywanie jego historii jest wykorzystaniem tej osoby dla mniej ważnych - niż jej zdrowie - celów.

Dlatego zastrzegłam od razu, że nie będę komentowała konkretnych przypadków. Mogę mówić o zjawisku.

W relacjach i komentarzach dotyczących przemocy seksualnej pojawiają się też czasem wypowiedzi typu: przecież to nie był gwałt; do gwałtu na pewno nie doszło.

To jest świadectwo tego, że dla ludzi z ulicy wykorzystanie, jeśli nie jest surowe, drastyczne, nie jest wykorzystaniem. A cierpienie związane z tym, że ktoś w dzieciństwie musi masturbować wujka, budzi reakcje typu wzruszenie ramion: i cóż takiego się stało. A stało się być może bardzo wiele.

Czy ma znaczenie to, w jakim wieku pokrzywdzony zaczyna mówić o tym, co mu się wydarzyło w dzieciństwie.

Oczywiście, że tak. Wiek nastoletni to jest wiek dość typowy. W przypadku każdej ofiary, zwłaszcza gdy wykorzystanie ma charakter długotrwały, nie jednorazowy, dochodzi do procesu adaptacji do wykorzystania. W czasie wykorzystań domowych, przez bliskich, znajomych, przyjaciół, jeśli dziecko widzi, że zdarzenia się powtarzają, a nie udaje się ich uniknąć, to stara się tak działać, żeby przeżyć, przetrwać w warunkach dla niego okropnych i stara się, by wykorzystanie odbywało się jak najmniejszym kosztem. Bywa, że samo podchodzi o sprawcy i prowadzi go do pokoju, bo chce jak najszybciej odbyć tę część wizyty i mieć to już za sobą. Otoczenie może odbierać tę sytuację zupełnie opacznie.

Sądzić, że dziecko lubi kontakt z tą osobą.

I że ma z nią świetny kontakt. Poza tym jest święty spokój, kiedy ofiara i sprawca się sami sobą zajmują czy razem bawią.

Adaptacja jest świadectwem, że dziecko wykorzystało już wszystkie dostępne mu sposoby poradzenia sobie z sytuacją i więcej już zrobić nie może. Pamiętam sytuację dwóch dziewczynek wykorzystywanych przez przyjaciela rodziny, dentystę. Początkowo nie chciały do niego chodzić, tłumaczyły, że wujek bada im zęby od korzenia. On je „badał” ginekologicznie. Ale ponieważ nikt nie zrozumiał, o co im chodziło, i nie zareagował, starały się zrobić wszystko, by jak najszybciej mieć te wizyty za sobą.

Proces wykorzystania i adaptacji może trwać, dopóki nie zmienią się okoliczności, np. ofiara nie zacznie dojrzewać. To może spowodować zmianę działań sprawcy, czasem w kierunku mniej inwazyjnych, a czasem bardziej inwazyjnych czynności seksualnych. Z reguły kiedy dziecko wchodzi w okres dojrzewania, gromadzi wiedzę, czyta, zdobywa nowe doświadczenia, nowych przyjaciół. Ważnym czynnikiem jest wówczas wsparcie rówieśnicze: jeśli nie można zwierzyć się dorosłym, to można porozmawiać z koleżanką. Dzięki temu dorośli mogą dowiedzieć się i sobie uświadomić, że dochodziło do wykorzystania dziecka w przeszłości.

W wyniku wykorzystania w okresie nastoletnim pojawia się depresja, próby samookaleczania, próby samobójcze.

Objawy ukrywanego wykorzystania są zależne od wieku dziecka. U dzieci do 6. roku życia częstymi objawami wykorzystania są koszmary nocne, niepokój, nieodpowiednie zachowania seksualne, odmowa bycia z jakąś osobą. Potem w okresie latentnym, od 7. roku życia do dojrzewania, pojawia się agresja, problemy szkolne i zachowania regresywne oznaczające utratę już nabytych umiejętności. A w wieku 13-18 lat pojawiają się te objawy, o których pani wspomniała: depresja, wycofanie się z kontaktów z rówieśnikami, tendencje samobójcze, samouszkodzenia, nadużywanie substancji psychoaktywnych.

Poza tym przy długotrwałym wykorzystaniu pojawiać się może fluktuowanie objawów, czyli ich zanikanie i ponowne pojawianie się. Brak wiedzy o tym zjawisku stać się może powodem omyłki diagnosty czy osoby przesłuchującej dziecko. Poza tym jednak, że są objawy typowe dla konkretnego wieku czy dla czasu, jaki upłynął od wykorzystania, to warto podkreślić, że każde dziecko przejawia pewne indywidualne objawy. Trzeba bardzo uważnie obserwować dziecko i to, co się dzieje w jego życiu. Czasem objawów może nawet nie być.

A z czego to wynika?

Każde dziecko ma inne zasoby do tego, by radzić sobie z wykorzystaniem. Jedne, nawet surowo wykorzystane, mając większe osobiste zasoby radzą sobie nawet z bardzo trudnymi zdarzeniami. Mówimy wtedy o tzw. wykorzystaniach asymptomatycznych. U innych ofiar natomiast drastyczne objawy na przykład pod postacią samookaleczenia wystąpią, choć czyny wobec dziecka charakteryzował niższy stopień surowości. Na pewno nie można mówić, że brak objawów jest dowodem na brak wykorzystania.

Wróćmy jeszcze do wypierania wspomnień. Rozumiem, że dziecko może nie pamiętać o jakichś wydarzeniach, bo pamięć o nich jest dla niego za trudna, zbyt bolesna.

Wypieranie wspomnień, które są dla człowieka zbyt trudne, dotyczy wszystkich. Jeśli wykorzystanie jest bardzo trudnym doświadczeniem, a wyparcie jest jedynym sposobem na poradzenie sobie w tej sytuacji, to człowiek z niego skorzysta. Wyparcie to mechanizm obronny. Jest nieświadome, niezależne od woli człowieka i nie można go za to obciążać odpowiedzialnością. Jeden będzie się bronił przez wypieranie, a inny przez bardzo dokładne ujawnianie.

Czasem ktoś zaczyna mówić o wykorzystaniu w dzieciństwie dopiero po latach, na przykład na terapii.

Każde wykorzystanie może mieć konsekwencje krótkotrwałe – do dwóch lat – i długotrwałe. Bardzo rzadko pacjent trafiający na terapię wiąże swoją depresję czy serię nieudanych związków z wykorzystaniem. Częściej zgłasza się do terapeuty z konkretnym problemem, seksuologicznym, takim jak brak zdolności do współżycia czy do odczuwania orgazmu czy emocjonalnym czy relacyjnym. I nie wiąże ich z czymś, co stało się w przeszłości.

Są również pacjenci, którzy wiedzą, że coś się stało, że było to coś złego. Wiedzą nawet, z jaką osobą to się wiąże, ale nie są sobie w stanie przypomnieć, co się dokładnie wydarzyło. Proszą, by pomóc im tamto zdarzenie z pamięci wydobyć. A ono jest tak mocno wyparte, że nie ma do niego dostępu.

Najczęściej jednak pacjenci zgłaszają się z powodu długotrwałych konsekwencji wykorzystania, nie zawsze mając świadomość ich dokładnych przyczyn. Dopiero potem w trakcie terapii związki między przyczynami i skutkami stają się coraz wyraźniejsze. Terapia jest długotrwała, ale skuteczna. Każdy ma szansę – nie pewność, ale szansę – poradzenia sobie z czymś, co było trudne w jego życiu. Jeśli robi to wspólnie ze specjalistą, to te szanse rosną. Możność sięgnięcia po pomoc terapeuty to jeden z zasobów, o których mówiliśmy, który ułatwia wychodzenie z traumy.

A czy w terapii mogą się pojawić fałszywe wspomnienia?

Fałszywe wspomnienia to nie jest kłopot w terapii. Zadaniem terapeuty nie jest ujawnianie prawdy materialnej. To problem śledczych. Fałszywe wspomnienia są trudne do odróżnienia od rzeczywistych. Chociaż specjalista dysponuje wskazówkami, które pomagają mu to zrobić. W wypadku wspomnień rzeczywistych wypowiedź jest bardziej precyzyjna, bogatsza słownikowo, obfituje w więcej szczegółów, wypowiadana z wyższym poczucie pewności. Osobie z ulicy będzie na pewno bardzo trudno to ocenić.

Dzieci, ofiary wykorzystania, mają często poczucie winy, co wydaje się osobom, które obserwują sprawę z boku, trudne do zrozumienia.

Mają je, bo dorośli je wytworzyli. Poczucie winy indukuje dziecku sprawca. Poczucie winy dziecka zapewnia mu bezkarność. Wytwarzają je także osoby, które działają na rzecz sprawcy. Dlatego musimy teraz bardzo uważać, i pani, i ja, żeby przypadkiem nie stać się osobami, które zaczną się teraz zastanawiać, na ile sprawca nie jest skrzywdzony przez dziecko. To byłby dowód ogromnej niekompetencji wynikłe znowu z wiedzy potocznej: że to może dziecko prowokuje sprawcę. Z tej perspektywy zachowania rozwojowe dziecka są traktowane jako coś niewłaściwego, co sprawcę doprowadza do podjęcia działania.

Ten motyw, obecny kiedyś w wypowiedzi abp. Michalika, świadczy o wielkiej społecznej niewiedzy ludzi dobrze wykształconych, dotyczącej zjawiska wykorzystania. Z drugiej strony reperkusją tej fatalnej i skandalicznej wypowiedzi było sprowokowanie dyskusji, wokół której zaczęła się gromadzić wiedza oparta na faktach naukowych: na przykład o tym, że żadne zachowania dziecka nie usprawiedliwiają czynów sprawcy. Może dzięki temu spadła liczba ofiar. I stąd nasza rozmowa.

;

Komentarze