Urzędnikom białoruskim zdarzało się łamać przepisy w stosunku do uchodźców. Ale to były drobiazgi w porównaniu z tym, jak działają polscy pogranicznicy

Analizując sytuację na granicy w Brześciu „Oko” korzystało z informacji  Romana Kislaka, białoruskiego prawnika i działacza na rzecz praw człowieka, który jest na miejscu. Nadesłał większy materiał, który publikujemy w całości.

W Brześciu jest co najmniej 500 osób ubiegających się o azyl w Polsce. W większości są z Czeczenii (obywatele Rosji) i Tadżykistanu. Spotkałem też Ormian i Dagestańczyków.

Obóz protestujących na przejściu granicznym Brzeście – Terespol pojawił się około południa w poniedziałek [29 sierpnia 2016] i trwał do 19.30 we wtorek. Według moich informacji władze białoruskie nikogo nie zatrzymały. Milicja tylko podstawiła autobusy, żeby zawieźć ludzi na dworzec. Część odjechała taksówkami.

Obóz został zwinięty, ponieważ służby zaczęły grozić, że jest niezgodny z prawem białoruskim i że protestujący mogą zostać aresztowani i deportowani. Zresztą ludzie byli już bardzo zmęczeni. Miejsce obozu to otwarta przestrzeń, w dzień jest gorąco i pali słońce, a w nocy zimno.Nie mieli żadnych namiotów. Spali na ziemi na kocach.

Poza tym cele częściowo zostały osiągnięte. W czasie trwania obozu przyjechało wielu dziennikarzy, głównie białoruskich, ale też z Polski i Rosji.

Ci ludzie prosili o azyl w Polsce wielokrotnie. Niektórzy próbują dziesięć, a nawet trzydzieści razy. Siedzą w Brześciu od miesięcy. W niedzielę [31 lipca] słyszałem, jak ludzie stali pod oknami oszklonej hali i krzyczeli: “azyl, azyl!”. Pokazywali strażnikom paszporty, a później wracali się z powrotem do Brześcia. Takie rzeczy się zdarzają regularnie.

Zwykle przez punkt graniczny w Terespolu przepuszczają jedną czy dwie rodziny dziennie, czyli od trzech do 10 osób. 31 sierpnia wpuścili pięć rodzin. 1 września jeszcze kilka. To znaczący postęp.

Reszta wraca do Brześcia i próbuje przejechać powtórnie. Niektórzy są tak zniechęceni, że wyjeżdżają do Moskwy. Niektórych nie stać już na wynajęcie mieszkań i nocują na dworcu.

W czasie obozu protestu białoruskie służby zachowywały się prawidłowo. Nie używali siły fizycznej, prowadzili negocjacje. Możliwie, że nie chcą robić złego wrażenia przed wyborami parlamentarnymi. Rozpędzenie obozu w obecności dziennikarzy popsułoby wizerunek. Na miejscu cały czas była milicja, OMON, pogranicznicy i KGB. Ale stali po drugiej stronie drogi i tylko obserwowali, co się dzieje.

Latem tego roku [2016] urzędnikom białoruskim zdarzało się łamać przepisy w stosunku do uchodźców. Główny lekarz służb sanitarnych oficjalnie mówił o tym, że migranci chorują i zalecał Białorusinom, by nie wynajmowali im mieszkań. Napisał, że migrantom będzie lepiej w hotelach. To rozpaliło ksenofobiczne nastroje wśród mieszkańców miasta.

Ale to były drobiazgi w porównaniu z tym, jak działają polscy pogranicznicy

Polscy pogranicznicy nie prowadzą żadnych negocjacji. Fatalnie obchodzą się z cudzoziemcami. W poczekalni, w strefie kontroli granicznej, gdzie setki ludzi czekają na pociąg, nie ma krzeseł, ludzie siedzą na podłodze albo kucają. Nie ma wody pitnej ani żadnego sklepu.

Jeden z polskich pograniczników wziął czeczeńską dziewczynę za rękę. A według czeczeńskich obyczajów mężczyzna nie może dotykać obcych kobiet. Wybuchł bunt, były przewracany stoły. Takie protesty wasi pogranicznicy tłumią siłą. A gdy ludzie zwyczajnie pytają dlaczego nie są wpuszczani do Polski, pogranicznicy nie odpowiadają. Czasem używają  tasera lub gazu.

Najczęściej o azyl ubiegają się Czeczeńcy. Są obywatelami Rosji i bez zameldowania mogą przebywać na Białorusi do 90 dni. Obywatele Tadżykistanu, Armenii, Kirgizji i innych państw są w gorszej sytuacji, dlatego ich nie było wśród protestujących.

Informacje o proteście dotarły już do Czeczenii. Czeczeni boją się, że ich rodziny, które tam zostały, są w niebezpieczeństwie, ponieważ mogą być oskarżane o „hańbienie” swojego kraju.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym