Prawa autorskie: AFPAFP
01 listopada 2022

Czy po śmierci rosną włosy i paznokcie? Nauka zna odpowiedź

Istnieje wiele popularnych przekonań związanych ze śmiercią. Część z nich jest oczywistymi mitami, część - prawdą. Weryfikujemy kilka z nich

Czy to prawda, że po śmierci rosną włosy i paznokcie?

Rosnące włosy i paznokcie to motyw często przewijający się w horrorach, ale i w literaturze. W „Na Zachodzie bez zmian” Ericha Marii Remarque’a jednemu z bohaterów rosną długo po śmierci. Jak jest naprawdę?

Wszystkie komórki potrzebują tlenu i glukozy. To paliwo, które je zasila. Nie inaczej jest z komórkami odpowiedzialnymi za wzrost włosów i paznokci. Gdy ustaje dopływ krwi, która je przenosi, szybko ustaje też biochemiczna produkcja. W macierzy paznokci i mieszków włosowych szybko ustaje proces powstawania nowych komórek.

Po śmierci u człowieka wciąż rosną włosy i paznokcie
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz

Skąd więc to popularne przekonanie, że paznokcie i włosy jednak rosną mimo zgonu?

Po śmierci skóra traci wodę, a mięśnie sztywnieją. Paznokcie mogą wydawać się dłuższe, gdy skóra palców się skurczy, a mięśnie są napięte. Podobnie jest z zarostem na twarzy i owłosieniem ciała. Za złudzenie wzrostu włosów po śmierci odpowiada także to, że sztywnieją również mięśnie odpowiedzialne za „stawanie włosów”. Za życia powodują „gęsią skórkę” (to ewolucyjna pozostałość po stroszeniu sierści). Wskutek pośmiertnego stężenia mięśni włosy się podnoszą.

Być może stąd opisywane złudzenie.

Te i inne medyczne mity wyjaśniono w pracy „Medical Myths”, opublikowanej w 2007 roku w „British Medical Journal”.

Czy geny działają po śmierci?

Jednak niecała biochemiczna maszyneria staje od razu. Z badań na próbkach ludzkiej krwi i wątroby wiadomo, że godziny po śmierci zachodzą w nich jeszcze złożone procesy biochemiczne.

Mikrobiolodzy z Uniwersytetu Stanu Waszyngton w Seattle pod kierunkiem Petera Noble'a byli ciekawi, jak po śmierci zatrzymuje się aktywność genów – czy dzieje się to nagle, czy stopniowo. Przebadali ponad tysiąc próbek martwych ciał myszy i ryb (danio pręgowanych). Ku zaskoczeniu okazało się, że w martwych organizmach setki genów działają jeszcze wiele godzin po śmierci - donosili naukowcy w 2016 roku w preprincie pracy (zrecenzowaną opublikowano w 2017 roku w „Open Biology”).

Aktywność większości genów ustawała w ciągu 24 godzin po śmierci, ale niektóre działały jeszcze przez cztery dni. Były wśród nich geny kluczowe dla obrony organizmu: niektóre zapoczątkowują reakcje zapalne, inne przeciwdziałają biologicznym stresom. Co dziwne, włączały się jednak i geny, które są nieaktywne od urodzenia, a działają tylko w okresie rozwoju zarodkowego i płodowego.

Dlaczego geny działają po śmierci? Niektóre z bardzo prozaicznej przyczyny – bo ucichły inne, które do tej pory hamowały ich działanie. Inne dlatego, że brak tlenu uruchamia szereg reakcji, które mają zapobiec szkodliwym skutkom niedoboru. Geny „nie wiedzą”, że brak tlenu doprowadził już do śmierci organizmu.

Było to odkrycie nieoczekiwane, ale przydatne. Dzięki pomiarowi aktywności genów można mierzyć przydatność organów do przeszczepów.

Poziom ich aktywności można wykorzystać też do precyzyjnego ustalenia chwili zgonu.

Sugeruje to, że śmierć nie jest ostrą linią oddzielającą życie od jego braku, lecz procesem rozłożonym w czasie. Przynajmniej jeśli jest się komórką lub prostym organizmem pozbawionym układu nerwowego – bo neurony pozbawione glukozy i tlenu obumierają w ciągu kilku minut. Neurony obumierają wolniej w niskiej temperaturze. Uratowano już wiele ofiar utonięć, które spędziły pod wodą dłużej niż kilka minut. Niska temperatura wydaje się chronić mózg przed uszkodzeniem spowodowanym brakiem tlenu. Jednak i tego są granice - nie może być za niska ani oddziaływać za długo.

Zaskoczeniem była praca naukowców, którzy w 2019 roku w „Nature” donieśli, że udało się im przywrócić biochemiczne oznaki życia neuronów w mózgach świń cztery godziny po tym, jak ich głowy zostały odcięte od ciał (w rzeźni). W sierpniu bieżącego roku także na łamach „Nature” donieśli, że to samo osiągnęli w przypadku innych organów godzinę po śmierci.

Czy świńskie organy, zanim naukowcy przywrócili je do życia, były niczym kot Schrödingera – martwe i żywe zarazem - to już dyskusja filozoficzna. Ale skoro zawędrowaliśmy w okolice metafizyki, warto wspomnieć o ważeniu duszy.

Ile waży dusza?

W 1907 roku lekarz z Haverhill w amerykańskim stanie Massachusetts, Duncan MacDougall postawił hipotezę, że dusza istnieje i ma masę. Postanowił ważyć ludzi, którzy umierali w ostatnich chwilach życia i tuż po ich śmierci. Eksperyment przeprowadził na sześciorgu. W jednym przypadku stwierdził, że po śmierci ciało straciło na wadze trzy czwarte uncji, czyli 21,3 grama.

Wyniki badań MacDougalla opublikowały naukowy „Journal of the American Society for Psychical Research” oraz „American Medicine”, donosił o nich „New York Times”.

Już współcześni MacDougalla zauważyli, że próba badanych była bardzo mała. Wynik jednego pomiaru z sześciu, który wskazywał na spadek wagi po śmierci, mógł być dziełem przypadku lub skutkiem błędu pomiaru. Eksperyment został skrytykowany przez świat naukowy.

Późniejsze ustalenia pozwoliły stwierdzić, że MacDougall nie miał nawet wystarczająco precyzyjnej wagi, żeby móc stwierdzić zmianę o 21 gramów. Jego badanie jest dziś przykładem patologii w nauce, zwłaszcza wybiórczego przedstawiania wyników tak, by pasowały do założonej hipotezy (selection bias).

Niemniej eksperyment MacDougalla zaczął żyć własnym życiem. W anglojęzycznym kręgu kulturowym pojawiały się od czasu do czasu nawiązania do tego eksperymentu (powstał nawet film fabularny pod tytułem „21 gramów”).

Podobne eksperymenty prowadzone na zwierzętach wykazały raczej, że zwierzęta po śmierci przybierają na wadze (od kilkunastu do kilkuset gramów). Również jednak nie były zbyt solidne.

Nie ma naukowego dowodu, żeby ciało w chwili śmierci zmieniało masę.

Czym w ogóle jest śmierć z naukowego punktu widzenia?

Wydaje się to banalnie proste, skoro jest końcem życia. Ale wbrew pozorom naukowcom bardzo trudno jest śmierć zdefiniować.

Przez tysiące lat oznaką śmierci było ustanie oddychania i krążenia. Rozwój medycyny - metody sztucznego podtrzymywania oddechu i krążenia - sprawiły, że w 1968 roku Światowe Stowarzyszenie Lekarzy w deklaracji z Sydney zmieniło medyczną definicję śmierci. Odtąd nie wyznacza jej ustanie czynności serca, lecz nieodwracalne ustanie pracy mózgu.

Jeśli serce pacjenta nadal bije, stwierdzenie nieodwracalnego uszkodzenia mózgu to złożona procedura. Przeprowadza ją komisja dwóch lekarzy specjalistów, jeden w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii lub neonatologii, drugi w dziedzinie neurologii, neurologii dziecięcej lub neurochirurgii. Po wstępnej ocenie braku odruchów pnia mózgu, po wymaganych kilku (przynajmniej sześciu) godzinach i wykluczeniu innych przyczyn braku aktywności mózgu (takich jak zatrucie, śpiączka, czy hipotermia), na podstawie szczegółowych wyników badań mózgu wskazujących na jego nieodwracalne uszkodzenia oraz brak możliwości leczenia, po ponownym badaniu wielu odruchów pnia mózgu - komisja orzeka śmierć.

Są to rzadkie przypadki. Zdecydowana większość z nas umrze wskutek zatrzymania oddechu i krążenia.

Wyłączną odpowiedzialność za wszelkie treści wspierane przez Europejski Fundusz Mediów i Informacji (European Media and Information Fund, EMIF) ponoszą autorzy/autorki i nie muszą one odzwierciedlać stanowiska EMIF i partnerów funduszu, Fundacji Calouste Gulbenkian i Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (European University Institute).

Udostępnij:

Michał Rolecki

Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i już mu tak zostało. Skończył anglistykę, a o naukowych odkryciach pisał w "Gazecie Wyborczej", internetowym wydaniu tygodnika "Polityka", portalu sztucznainteligencja.org.pl, miesięczniku "Focus" oraz serwisie Interii, GeekWeeku oraz obecnie w OKO.press

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne