Polska szkoła od dawna zadaje dużo za dużo, ale obecna siódma klasa dosłownie wykańcza dzieci, bo razem z ósmą musi przerobić program trzyletniego gimnazjum. Interweniuje Rzecznik Praw Dziecka. "To nie jest OK, gdy dziecko wraca ze szkoły o 17.00 i do nocy siedzi nad lekcjami. Masakra!" - mówi Dorota Łoboda z ruchu Rodzice Przeciw Reformie Edukacji

Polska szkoła dużo zadawała, ale nigdy tyle, co teraz w końcówce wydłużonej przez reformę PiS nowej podstawówki.

Muszą przerobić program gimnazjum w dwa lata

Na całym świecie narzekają na nadmierne obciążenie uczniów zadaniami domowymi. Także w Polsce. Alicja Pacewicz twierdzi, że nadmiar prac domowych w polskich szkołach po prostu zniechęca do nauki. Ale prawdziwy dramat rozgrywa się w siódmej klasie obecnego roku szkolnego (2017/2018). W kość dostają nastolatki, które z wyroku deformy zostają w wydłużonej o dwa lata podstawówce. Ich poprzednicy w tym wieku rozpoczynali naukę  w gimnazjum.

Dlaczego nauczyciele tyle im zadają? Bo w siódmej i ósmej klasie szkoły podstawowej muszą zrealizować cały program, który poprzednio był rozłożony na trzy lata gimnazjum. Więcej prac domowych, to efekt większej liczby zajęć.

Przeciętnie w jednej klasie gimnazjum było 29 godzin lekcyjnych tygodniowo. Teraz uczniowie siódmych klas szkoły podstawowej spędzają na zajęciach 32 godziny (i to nie licząc wychowania do życia w rodzinie oraz religii/etyki).

I nie jest prawdą, że ich rodzice też tak dużo uczyli się w siódmej klasie „starej” podstawówki, czyli sprzed utworzenia gimnazjów (przed 1999 rokiem).

Zarządzenie MEN z 28 maja 1992 roku mówiło, że siódme klasy w szkołach podstawowych mogły mieć 23 godziny lekcyjne w tygodniu.

Nie było wtedy obowiązkowego drugiego nowożytnego języka obcego, nie było informatyki. Było więcej czasu na rozwijanie pasji, kontakty z kolegami, spędzanie czasu z rodziną.

Z tego wszystkiego siódmoklasiści są okradani przez nowy system edukacji.

Na przykład Weronika

WERONIKA z VII klasy łódzkiej podstawówki spędza w szkole 38 godzin tygodniowo. Po lekcjach chodzi na dodatkowy angielski. Do tego dochodzą prace domowe i przygotowania do sprawdzianów. Jest tak zmęczona, że kiedy mama wiezie ją rano do szkoły i po południu do domu, Weronika zasypia w samochodzie.

Nie zawsze zje obiad. W szkole jest tak wielu uczniów, że nie mieszczą się na stołówce. Sklepik szkolny został zlikwidowany, bo po zamieszaniu z zakazem sprzedaży śmieciowego jedzenia, najemca zbankrutował.

„W październiku, po miesiącu nauki, rodzice napisali list do dyrekcji, żeby nauczyciele mniej zadawali i wyhamowali trochę ze sprawdzianami, bo dzieci są tak zmęczone, że nie mają siły się uczyć” – mówi OKO.press tata Weroniki i dodaje, że nauka też na tym cierpi: „Gdy nauczycielka kazała klasie przeczytać „Quo Vadis”, okazało się, że nikt nie przeczytał. Polonistka poddała się i powiedziała uczniom, że mogą obejrzeć film”.

Nauka pamięciowa jest przekleństwem szkoły

„Ilość nauki nie przekłada się na jej jakość” – uważa Dorota Łoboda z Ruchu „Rodzice przeciwko reformie edukacji”. Jej córka-siódmoklasistka ma w tygodniu 39 godzin lekcyjnych.

„To, że dzieci siedzą od godz. 8 do godz. 17 w szkole, co wcale nie wpływa na efektywność uczenia się. Trzeba zmienić cały model nauczania, a nie dopychać kolejne godziny pamięciowej nauki plus prace domowe.

Nauka pamięciowa jest przekleństwem polskiej szkoły i pochłania najwięcej czasu”.

Programów szkolnych nie zmieni się z dnia na dzień, ale powstała inicjatywa – wsparta przez Rzecznika Praw Dziecka – by ograniczyć zadawanie prac domowych. „Prace domowe polegają na nauce pamięciowej. Moja córka musi nauczyć się, ile metrów ma promień Ziemi, albo danych demograficznych. Po co jej ta wiedza? To jest do sprawdzenia w internecie. Ona musi wiedzieć, gdzie te informacje znaleźć” – mówi Dorota Łoboda.

Niestety, niektórzy rodzice tego nie rozumieją. Na forach internetowych piszą, że skoro oni w szkole mieli dużo zadawane, to ich dzieci też powinny. Zdaniem Łobody,

dziecko może uczyć się i rozwijać niekoniecznie ślęcząc nad lekcjami, ale czytając książkę, wychodząc do kina, spotykając się ze znajomymi. Ważne jest też, żeby miało czas odpocząć, poleżeć nic nie robiąc.

„My, dorośli, nie jesteśmy zachwyceni, kiedy wracamy z pracy i po godz. 17 ktoś do nas dzwoni w sprawie służbowej. Ale uważamy, że jest OK, kiedy nasze dziecko wraca o godz. 17 i do  nocy siedzi nad lekcjami” – mówi OKO.press Łoboda, mama siódmoklasistki.

OLA (37 godzin tygodniowo) chodzi do wiejskiej szkoły z woj. łódzkiego. Przeważnie ma po osiem lekcji dziennie. Dojeżdża rowerem. W domu jest po godz. 16. Trzy razy w tygodniu tata wozi ją do pobliskiego miasta na lekcję języków obcych. Po powrocie do domu odrabia lekcje, uczy się do klasówek. Rano wsiada na rower i jedzie do szkoły.

Szkoła nadmiernie ingeruje w życie prywatne uczniów

Marek Michalak, Rzecznik Praw Dziecka napisał do minister edukacji Anny Zalewskiej w sprawie nadmiaru zadawanych dzieciom prac domowych. „Ilość zadawanych prac domowych niejednokrotnie powoduje, że dzieci i młodzież mają ograniczoną możliwość aktywnego uczestniczenia w życiu rodzinnym, w tym kultywowania tradycji wspólnego spędzania czasu z rodzicami i rodzeństwem, a także wywiązywania się z obowiązków domowych, które również odgrywają istotną funkcję wychowawczą” – uważa Michalski.

Zdaniem rzecznika, szkoła nadmiernie ingeruje w sferę życia prywatnego uczniów i ich rodzin. Dzieci nie mogą realizować swojego prawa do wypoczynku i zabawy. A to narusza art. 31 Konwencji o prawach dziecka.

  • Zobacz artykuł 31

    Artykuł 31:

    1. Państwa-Strony uznają prawo dziecka do wypoczynku i czasu wolnego, do uczestniczenia w zabawach i zajęciach rekreacyjnych, stosownych do wieku dziecka, oraz do nieskrępowanego uczestniczenia w życiu kulturalnym i artystycznym.
    2. Państwa-Strony będą przestrzegały oraz popierały prawo dziecka do wszechstronnego uczestnictwa w życiu kulturalnym i artystycznym oraz będą sprzyjały tworzeniu właściwych i równych sposobności dla działalności kulturalnej, artystycznej, rekreacyjnej oraz w zakresie wykorzystania czasu wolnego.

Artykuł ten mówi, że

Polska uznaje „prawo dziecka do wypoczynku i czasu wolnego, do uczestniczenia w zabawach i zajęciach rekreacyjnych, stosownych do wieku dziecka, oraz do nieskrępowanego uczestniczenia w życiu kulturalnym i artystycznym”.

Rzecznik Praw Dziecka chce, by minister Zalewska powołała zespół, który przyjrzy się nadmiernemu zadawaniu uczniom prac domowych. I wraz z pedagogami i psychologami opracuje odpowiednie standardy dla nauczycieli. Zadeklarował pomoc przy pracach zespołu.

MICHAŁ z VII klasy spędza w łódzkiej podstawówce osiem godzin dziennie. Po południu ma zajęcia dodatkowe, które czasem rodzice odwołują, gdy nauczyciele dużo zadadzą do domu, albo trzeba przygotować się do klasówki. Tata Michała: „W tygodniu nie ma mowy o wyjściu z rodziną. Jedyny relaks to godzina odpoczynku po zjedzeniu obiadu, a potem czas na naukę. Wyjścia rodzinne są tylko w soboty, bo w niedzielne popołudnie trzeba się już przygotowywać do poniedziałku”.

Rodzice, którzy uważają, że ich dzieci mają za dużo zadawane, mogą pisać w tej sprawie do Rzecznika Praw Dziecka ([email protected]).

Polska w czołówce prac domowych

W badaniach Międzynarodowej Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), które towarzyszą słynnemu programowi PISA, sprawdzającemu umiejętności 15-latków w kilkudziesięciu krajach świata, zawsze byliśmy w czołówce obciążania dzieci pracami domowymi, czyli na szarym końcu edukacyjnego zdrowego rozsądku.

W badaniu z 2012 roku za nami była tylko Irlandia, Włochy i Rosja, gdzie zadaje się jeszcze więcej niż w Polsce.

W tych samych badaniach sprawdzano, czy obciążenie dzieci pracami domowymi poprawia wyniki w badaniu PISA (w zadaniach matematycznych). Okazało się, że

w niektórych krajach im więcej uczeń „odrabia”, tym lepiej wypada na testach. W Polsce – takiej zależności nie było! Dziecko ślęczy nad lekcjami, a efektu nie ma.

W badaniu z 2015 roku średni wynik był podobny – 4,6 godzin na prace domowych tygodniowo. Najwięcej uczą się w domu uczniowie z Szanghaju (średnio 13,8 godziny tygodniowo). Na kolejnych miejscach: Rosja, Singapur i Kazachstan.

Polskie nastolatki zajęły tym razem 9. miejsce – 6,6 godziny, czyli tyle, co w 2012 roku. Młodzi Polacy wkładają więc w naukę w domu więcej czasu, niż uczniowie z 50 krajów badanych przez OECD.

Nie widać jednak zależności między tym, jak kraj obciąża uczniów pracą domową, a tym jak wypada w rankingu umiejętności edukacyjnych PISA.

Jak wynika z badań z 2012 i 2015 roku,

dręczą dzieci lekcjami zarówno kraje, które wypadają w PISA fatalnie (Rosja, Kazachstan, Włochy) jak i takie, które wypadają genialnie (rejon Szanghaju) i bardzo dobrze (Polska). I odwrotnie, kraje dające w domu luz, mogą mieć zarówno efekty wybitne (Finlandia), jak kiepskie (Czechy).

Uderzający jest zwłaszcza fenomen fińskiej edukacji. Młodzi Finowie uczą się w domu zaledwie 2,8 godziny tygodniowo, a szkoła odchodzi od egzaminów, testów i rankingów, na rzecz indywidualnej pracy z uczniami. I Finlandia jest regularnie w czołówce PISA i innych edukacyjnych rankingów świata.

Szkoła bez prac domowych?

Czy możliwa jest więc szkołą bez prac domowych? Tak. Dwa lata temu jedna ze szkół publicznych na Manhattanie zrezygnowała z zadawania prac domowych. Nauczycielka, Jane Hsu, wyjaśniła rodzicom, że badania nad efektami pracy domowej w szkole podstawowej nie udowodniły, że tradycyjne odrabianie lekcji ma związek z przyszłym sukcesem akademickim. Rodzi tylko frustrację dzieci, brak czasu dla innej aktywności i rodziny i brak zainteresowania nauką. Kolejne szkoły w Finlandii, Stanach Zjednoczonych czy Australii przyjęły zasadę nie zadawania prac do domu.

W ubiegłym roku tysiące hiszpańskich rodziców i nauczycieli ogłosiło strajk z powodu przeciążania dzieci pracą po lekcjach. 80 proc. rodziców uważało, że zadań jest za dużo, a ponad połowa – że źle wpływa to na ich życie domowe.

Rok temu zrezygnowano z zadawania prac w warszawskiej Szkole Podstawowej nr 323 na Ursynowie. Odrabiają je tylko ci uczniowie, które same o to poproszą, lub jeśli rodzice chcą indywidualnych zadań dla swojego dziecka. W domu uczniowie robią dłuższe autorskie projekty na tematy, które ich interesują. „Dom nie jest filią szkoły. Dom jest po to, żeby dziecko nawiązywało w nim relacje rodzinne” – mówiła Wioletta Krzyżanowska, dyrektorka szkoły w „Faktach” TVN.

Oczywiście, niektóre rzeczy warto jeszcze powtórzyć w domu, jeśli wymagają utrwalenia (np. słówek z języków obcych), przemyślenia (historia, postawa bohatera z lektury szkolnej), ale powielanie tego, co już było w szkole, nie ma sensu. Prace domowe powinny zachęcać do samodzielnej pracy badawczej, poszukiwania innych rozwiązań, korzystania z wiedzy starszych pokoleń, przekazywania zdobytej wiedzy w atrakcyjnych formach np. kręcenia filmików na komórce itd. Lepiej, żeby praca domowa była przygodą, zachęcała do kreatywności, niż ciężką orką, której sens trudno uczniom zrozumieć.

MATEUSZ (34 godziny tygodniowo) kończy lekcje o godz. 15.30. Chodzi do szkoły katolickiej, więc w piątki cała klasa uczestniczy w mszy. Mateusz dojeżdża do szkoły autobusem. Zajmuje mu to pół godziny. Prace domowe i przygotowanie do klasówek to kolejne dwie godziny. „Jest tak zmęczony, że czasem nie ma siły wstać na pierwszą lekcję. Wtedy piszę mu zwolnienia” – mówi OKO.press tata Mateusza.



Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press