0:00
25 maja 2020

Karuzela z maseczkami: dlaczego są potrzebne i dlaczego nie musimy ich nosić

Zamieszanie z maseczkami sięgnęło już chyba zenitu - najpierw mówiono nam, że do niczego nie są potrzebne, potem, że są konieczne, teraz znowu chcą je z nas zdjąć. Czy to chaotyczne działania władz, czy może całkiem rozsądne działanie? Tylko dlaczego wcześniej kazali je nosić?

Wydrukuj

Pytany w TOK FM minister zdrowia Łukasz Szumowski zapowiedział, że o ewentualnym zniesieniu nakazu noszenia maseczek rząd poinformuje dzisiaj lub jutro. Nakaz ich noszenia funkcjonował więc zaledwie ponad miesiąc i patrząc na polskie ulice, coraz mniej osób się do niego stosowało. Z wcześniejszych wypowiedzi ministra wynikało, że mowa będzie o zniesieniu nakazu noszenia maseczek na świeżym powietrzu, ale w tej chwili już nic nie wydaje się jasne.

Jednym słowem, zrobiło się w Polsce wielkie maseczkowe zamieszanie. Spróbujmy je po kolei wyjaśnić.

Maseczki? Bez sensu

Najpierw, jeszcze w lutym, przed pierwszym przypadkiem koronawirusa w Polsce minister Szumowski na noszenie maseczek kręcił nosem, mówiąc, że nie pomagają w walce z epidemią i powoływał się przy tym na zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia.

Rzeczywiście jest tak, że WHO jest wciąż sceptyczna, jeśli chodzi o noszenie maseczek. Mimo nacisków ze strony wielu krajów, które są zdania, że maseczki jednak pomagają, stoi na stanowisku, że poza personelem ochrony zdrowia, który musi się w ten sposób chronić, inne osoby powinny je nosić tylko wtedy, gdy mają objawy COVID-19, albo opiekują się chorą osobą. WHO zwraca też uwagę, że bardzo trudno jest wkładać i zdejmować maseczkę w taki sposób, żeby uniknąć zakażenia.

Jednak wiele krajów, przede wszystkim azjatyckich, nie zgadza się ze stanowiskiem WHO. George Gao, szef chińskiego Centrum Kontroli i Prewencji Chorób, przekonywał w „Science", że kraje europejskie popełniają wielki błąd, nie nakazując obywatelom noszenia maseczek w miejscach publicznych. Większość ekspertów z Azji Wschodniej jest przekonanych, że ma to bardzo duże znaczenie w walce z epidemią. A mieszkańcy tych krajów nie mają z tym problemu, od dawna noszą jednorazowe maseczki, kiedy są chorzy, żeby nie zarazić innych w komunikacji miejskiej czy na zatłoczonych ulicach.

A może jednak

Tu znowu Światowa Organizacja Zdrowia przypomina, że nie ma przekonujących dowodów na to, iż zwykłe maseczki, bez filtra – takie, jakie nam kazano nosić – chronią przed czymkolwiek. Jednak dokonany ostatnio przegląd badań na ten temat wskazuje, że zasłanianie twarzy, nawet bawełnianą maseczką, znacząco zmniejsza możliwość zakażenia. To dlatego, że jednak każda bariera ogranicza naszą możliwość wykaszlania, wykichania czy wreszcie wydychania wirusów.

To chyba jest najważniejsze, jeśli chodzi o maseczki, i wciąż za mało podkreślane – one służą temu, żebyśmy my nie zarazili innych, a nie chronią nas samych przed wirusem.

Dlatego tak ważna przy ich stosowaniu jest indywidualna odpowiedzialność za zdrowie innych, i to wcale nie naszych bliskich, tylko zupełnie obcych ludzi. Wiemy już, że jakaś część populacji przechodzi zakażenie bezobjawowo, nie wie, że jest chora, albo jeszcze nie ma symptomów. Dlatego zalecenia WHO, żeby nosili je tylko chorzy, wydają się dziś zbyt ostrożne.

Maseczki na świeżym powietrzu

I kiedy minister Szumowski w lutym mówił, że maseczki w niczym nie pomagają, nie był w błędzie – bo wtedy jeszcze nasza wiedza na temat maseczek niemedycznych była o wiele bardziej skąpa. Niestety takie rozbieżne deklaracje wprowadzają jednak wiele zamieszania – podobnie jak wprowadzi je ewentualne zniesienie zakazu noszenia maseczek na świeżym powietrzu.

Pytanie, czy ma sens noszenie maseczek na świeżym powietrzu, na otwartych przestrzeniach, jest jak najbardziej zasadne. Tu znowu dysponujemy coraz większą ilością badań i obserwacji. Wiemy, że wirus najlepiej rozprzestrzenia się w zamkniętych, niewietrzonych pomieszczeniach, gdzie przebywa dużo osób, podczas dłuższej rozmowy twarzą w twarz, albo wspólnych ćwiczeń lub śpiewu. Tak, śpiewu – są znane co najmniej dwa przypadki, jeden w USA, jeden w Azji, kiedy po próbie chóru duża część chórzystów uległa zakażeniu. Oddycha się wtedy głębiej, wdycha i wydycha więcej powietrza, a wraz z nim wirusa.

Wiemy również, że 20 proc. takich wydarzeń odpowiada za 80 proc. wszystkich zakażeń. Do tej kategorii – zamknięte pomieszczenia, ścisk, wysiłek – pasują również ostatnie ogniska zakażeń na Śląsku i w fabryce mebli w Kępnie oraz np. w amerykańskich zakładach mięsnych.

Generalnie należy uważać, żeby nie znaleźć się w zasięgu czyjegoś oddechu, stąd zalecenia, by zachowywać dystans. Stąd też spostrzeżenie, że na świeżym powietrzu, kiedy nie ma tłoku, zakażenie grozi nam w niewielkim stopniu.

Jeżeli rząd zdecyduje się na zniesienie nakazu noszenia maseczek na ulicach, pozostawiając taki nakaz w przypadku sklepów i transportu publicznego, będzie to jak najbardziej logiczne.

Polityka informacyjna ministerstwa zdrowia poszukiwana

Jest to jednak logiczne dla autorki tego tekstu, która od trzech miesięcy od rana do wieczora czyta najnowsze naukowe doniesienia o epidemii. Nie ma szans, żeby było logiczne dla opinii publicznej – bo najpierw maseczki były złe, potem nagle okazały się dobre, a teraz dobre, ale tylko w połowie. To komunikat zupełnie niejasny, bo nikt nie będzie zgłębiał niuansów i śledził nowych metaanaliz na temat zasłaniania twarzy.

Nielogiczne było tak naprawdę wprowadzenie powszechnego nakazu noszenia maseczek, a potem nieegzekwowanie go – najpierw przez przedstawicieli rządu, poczynając od rzecznika ministra zdrowia, który już pierwszego dnia po wprowadzeniu rozporządzenia wyszedł do dziennikarzy bez maseczki, zasłaniając się wykonywaniem czynności służbowych.

Wirus czynności służbowe ma przecież w głębokim poważaniu.

Z dnia na dzień na ulicach polskich miast było widać coraz mniej ludzi z zasłoniętymi twarzami, a patrole policji i żandarmerii, które na początku skrupulatnie to kontrolowały, coraz mniej się przejmowały egzekwowaniem rządowych rozporządzeń. Jakby rząd sam uznał, że wprowadził obostrzenie, które nie ma sensu.

Karuzela z maseczkami to drugi przykład – po zakazie wchodzenia do lasów i parków – restrykcji, która ma wątpliwe podstawy, a kiedy zostaje wycofana, w odczuciu przeważającej części opinii publicznej dlatego, że była bez sensu, na pokaz, dla postrachu. Stąd zresztą już bliska droga do przekonania, że cała ta epidemia to wymysł – rządu, Billa Gatesa, Big Pharmy.

A przecież koronawirus wciąż jest z nami i nadal bardzo ważne jest, żeby zachowywać dystans i ograniczyć liczbę osób, z którymi się kontaktujemy. Podobne zjawiska – frustracja z powodu zamrożenia gospodarki i kilkumiesięcznej izolacji w domu, wypieranie informacji, że wirus może wrócić, zdarzają się i w innych krajach. W Niemczech przeciwnicy lockdownu organizują protesty, we Włoszech młodzież wypełniła bary i restauracje. Wszyscy mają już dość.

Dlatego spójna polityka informacyjna ze strony rządu jest tak ważna. Ale ważna jest też osobista odpowiedzialność każdego za dobrostan wszystkich - Japonia poradziła sobie jak na razie z koronawirusem i wygląda na to, że nie dzięki zdecydowanym działaniom rządu, bo tych wcale nie było, ale dzięki samodyscyplinie Japończyków, którzy postrzegają się jako część społecznego organizmu.

Udostępnij:

Miłada Jędrysik

Miłada Jędrysik – dziennikarka, publicystka. Przez prawie 20 lat związana z „Gazetą Wyborczą". Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku. Publikowała też m.in. w „Tygodniku Powszechnym", kwartalniku „Książki. Magazyn do Czytania". Była szefową bazy wiedzy w serwisie Culture.pl. Od listopada 2018 roku do marca 2020 roku pełniła funkcję redaktorki naczelnej kwartalnika „Przekrój".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne