Po tym, jak PiS odciął Polki od szybkiego dostępu do antykoncepcji awaryjnej, ruszyły im na pomoc organizacje kobiece oraz lekarki i lekarze. Niestety, nie wszystkie recepty, które oferują pacjentkom w kłopocie, działają. Wyjaśniamy wątpliwości

Karolina Więckiewicz jest prawniczką, ekspertką ds. praw reprodukcyjnych i seksualnych, działaczką związaną z polskimi i chorwackimi organizacjami społecznymi i grupami nieformalnymi; autorka analiz z zakresu praw reprodukcyjnych, doktorantka na Wydziale Prawa i Administracji UW.


Od momentu przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość pojawiały się sygnały, że minister zdrowia będzie chciał ograniczyć dostępność antykoncepcji awaryjnej. W lutym 2017 roku Rada Ministrów przyjęła projekt Ministerstwa Zdrowia zakładający, że tabletki antykoncepcji doraźnej mają być sprzedawane wyłącznie na receptę. Po długiej batalii (od lutego do czerwca 2017), która toczyła się podczas posiedzeń komisji zdrowia, w sejmie, w senacie, a także na korytarzach parlamentu, prezydent ustawę podpisał – weszła w życie 22 lipca. Od tego dnia nie możemy kupić już ellaOne bez recepty.

Na ratunek Polkom ruszyła lekarka z Holandii Rebecca Gomperts, działaczka organizacji Women on Waves i współzałożycielka portalu Women on Web. Wydawało się, że znalazła sposób – będzie wysyłać recepty osobom, które potrzebują tabletki, od ręki, mailem.

Na stronie Women on Web służącej konsultacjom związanym z niechcianą ciążą oraz zamawianiu tabletek poronnych pojawiła się informacja: potrzebujesz recepty na tabletki po – wyślij nam swoje dane. Rzeczywiście – nie trzeba wiele. Podaje się dane, niemal natychmiast przychodzi mail z prośbą o potwierdzenie, czy naprawdę potrzebujemy recepty. Potem się czeka – w przypadku autorki niniejszego tekstu zajęło to 19 godzin. Dostaje się plik pdf z “receptą” do wydrukowania.

Rozwiązanie wydawało się bardzo odkrywcze i proste. Szkoda, że nie zostało sprawdzone. Recepty masowo przychodziły, a na rozmaitych grupach w mediach społecznościowych można przeczytać o tym, jak wiele rodzą problemów i że w zasadzie nie da się kupić tabletek na ich podstawie. A jednak wciąż można je zamawiać na stronie Women on Web. Nie pojawiła się informacja o tym, że nie ma gwarancji, że recepta zadziała.

Zdarzają się historie zakończone sukcesem. 31 maja 2017 roku dziennikarze „Gazety Wyborczej” opisali, jak udało im się kupić tabletkę na podstawie recepty transgranicznej.

Ale nie brakuje historii o tym, że pigułki nie udało się kupić i słów oburzenia na apteki, farmaceutów i farmaceutki, że recepty nie działają.

Brak wyjaśnienia, dlaczego tak jest. Z obserwacji autorki wynika, że w mediach społecznościowych dominuje przekonanie, że to farmaceuci i farmaceutki łamią prawo. Rzeczywiście, robią to, powołując się na klauzulę sumienia przy odmowie. Robią to, gdy informują, że w ich aptece tego środka się nie sprzedaje. Ale czy łamią prawo, odmawiając zrealizowania wydrukowanej z internetu “recepty”? Nie.

Co jest nie tak z receptą?

Czy problem tkwi w tym, że receptę wystawia lekarz lub lekarka z zagranicy? Tak i nie. Obowiązuje dyrektywa, na mocy której można kupić lek w aptece w Polsce, przedstawiając receptę wystawioną za granicą. Jednak przepisy o receptach transgranicznych, które miały być furtką tego rozwiązania, dotyczą Unii Europejskiej i uznawania recept wystawionych w innym państwie członkowskim. Recepta, którą otrzymałam z Women on Web została wystawiona przez lekarza z jednego z krajów Ameryki Południowej.

Tylko recepta wystawiona przez lekarza lub lekarkę z UE mogłaby spełniać wymóg transgraniczności.

A może problem polega na tym, że lekarze używają błędnego formatu? Nie. Nie istnieje wzór recepty transgranicznej. Ma ona zawierać określone elementy. Ta zawiera: są na niej dane lekarza/lekarki (rozporządzenie w sprawie recept lekarskich wyraźnie wskazuje, że nie musi to być pieczątka), jest nazwa leku, jest dawkowanie, są dane pacjentki, jest wreszcie podpis lekarza lub lekarki.

I tu się zatrzymajmy. PODPIS jest kluczowym problemem – to właśnie wokół podpisu narosło najwięcej nieporozumień. Zgodnie z załącznikiem do Dyrektywy ustanawiającej środki ułatwiające uznawanie recept lekarskich wystawionych w innym państwie członkowskim – podpis musi być własnoręczny (nie ma znaczenia, czy jest czytelny, czy zawiera pełne nazwisko itp., ma być przez lekarza lub lekarkę własnoręcznie wykonany) lub cyfrowy (nie należy mylić go z podpisem elektronicznym).

To, jaki podpis obowiązuje, zależy od tego, na jakim nośniku została wystawiana recepta. Istnieją bowiem dwa rodzaje recept – recepta tradycyjna (papierowa) i e-recepta. Papierowa wymaga podpisu własnoręcznego, zaś elektroniczna podpisu cyfrowego. Skan podpisu widniejący na pliku od Women on Web nie jest ani podpisem własnoręcznym, ani cyfrowym.

To niejako próba połączenia dwóch rodzajów recept. Z jednej strony są wystawiane jako plik, z drugiej drukowane i wykorzystywane w formie papierowej. Ta próba jest zdecydowanie nieudolna. Wydrukowana z pliku pdf recepta ze skanem podpisu nie jest tradycyjną receptą papierową.

Wystawiona jako plik pdf recepta nie jest też receptą elektroniczną (tak zwaną e-receptą). Ta bowiem wymaga systemu – recepta jest wypisywana w odpowiednim programie przez lekarza lub lekarkę, posługujących się podpisem cyfrowym i odczytywana w systemie przez farmaceutę lub farmaceutkę w aptece po podaniu przez pacjenta lub pacjentkę odpowiednich danych. E-recepta widnieje tylko w tym systemie. Czasem wystawiana jest dodatkowo recepta papierowa – w sytuacji, gdy w jednym kraju system e-recept funkcjonuje, a w innym nie. Gdyby zatem e-receptę wystawił lekarz lub lekarka we Francji, w której system jest, nadal pacjentka w Polsce potrzebuje recepty papierowej (którą nie jest wydruk pliku pdf).

I teraz najważniejsze: systemu e-recept w Polsce nie ma. Potocznie podpis cyfrowy utożsamia się z elektronicznym (a ten ze skanem podpisu). To prowadzi do przekonania, że recepty od Women on Web są prawidłowo wystawione.

Farmaceuta lub farmaceutka nie musi dokonywać analizy podpisu, rozumieć różnic między poszczególnymi ich rodzajami. Ma prawo odmówić wydania z apteki leku, jeżeli “zachodzi uzasadnione podejrzenie co do autentyczności recepty”. Reguluje to Rozporządzenie w sprawie wydawania z apteki produktów leczniczych i wyrobów medycznych. W sytuacji “dokumentu” wydrukowanego z internetu w dobie nieograniczonych możliwości tworzenia najrozmaitszych formatów i treści, recepta wydrukowana z pliku takie wątpliwości w sposób oczywisty musi powodować.

I słusznie – recepty wysyłane mailem z Women on Web i drukowane przez pacjentkę nie działają, ponieważ NIE SĄ RECEPTAMI. Eksperymentowanie z nimi, zachęcanie do uporczywej walki o realizację i obwinianie farmaceutów/farmaceutki o łamanie prawa nie mają żadnego potwierdzenia w przepisach. Nie ma żadnych prawnych argumentów do tego, aby żądać wydania leku na podstawie tych “recept”.

Na stronie Woman on Web ciągle można zamówić elektroniczne recepty:

Na stronie jest informacja o dwóch rodzajach recept – z podpisem odręcznym i cyfrowym. Nie ma jednak informacji, że oferowane recepty nie są żadnym z tych rodzajów i że w aptece można mieć problem z realizacją recepty.

Jedyną do tej pory skuteczną inicjatywą mającą osłabić negatywne skutki zmiany prawa w Polsce jest akcja „Lekarze Kobietom”. Już w ok. 120 miejscowościach w Polsce są lekarze, którzy za darmo lub za złotówkę przepiszą receptę na pigułkę „dzień po”. O inicjatywie czytaj tu.

  • Historia pigułki

    W 2015 roku decyzją Komisji Europejskiej EllaOne, czyli środek antykoncepcji doraźnej (tak zwanej drugiej generacji, zawierający octan uliprystalu), który jest dopuszczony do obrotu w większości krajów Unii Europejskiej zyskał status OTC (z ang. “over the counter”). Oznaczało to, że w tych krajach, w których lek jest dostępny na receptę musi być sprzedawany bez konieczności jej okazania.

    Zasada ta nie dotyczyła środków pierwszej generacji, czyli leków zawierających lewonorgestrel (Escapelle, Postinor). W krajach, w których były dostępne wyłącznie na receptę (zdecydowana mniejszość w UE) nadal mogą być tak sprzedawane. Polska z tego skorzystała i zakup Escapelle nigdy nie był możliwy bez recepty.

    Po decyzji Komisji pojawiały się głosy postulujące niezastosowanie się do decyzji Komisji i utrzymanie sprzedaży EllaOne na receptę. Tak się jednak nie stało i Minister Zdrowia wydał rozporządzenie, na mocy którego każda osoba powyżej 15. roku życia mogła (teoretycznie) zakupić EllaOne bez recepty. Co do zasady lek powinien był być dostępny w każdej aptece. Na mocy prawa farmaceutycznego istnieje taki obowiązek i żadna apteka nie może dowolnie kształtować zakresu dostępnych produktów leczniczych. W praktyce jest inaczej, ale nie to jest przedmiotem niniejszego artykułu.


Abonament na wolność słowa:


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym