Ośrodek strzeżony miał być środkiem ostatecznym, bo to jak więzienie. Ale Javo przedłużono pobyt 3 razy, mimo że ma w Polsce dom i żonę. Nie powiedziano jej nawet, że podejrzewano u niego raka. Kiedy minął termin pobytu Straż wypuszcza go i znów łapie pod bramą. Prawniczka: „Mam po swojej stronie przepisy, ale ci, którzy je wykonują, mają klapki na oczach"

Dlaczego Elżbieta, 54-letnia pracownica ochrony, miałaby zostawić swój dom w Bydgoszczy i zamieszkać we włoskim ośrodku dla uchodźców? Z miłości.

Przez ostatnie pół roku nie było łatwo, męża widziała raz na dwa tygodnie. Jeśli udało się zamienić nockami z koleżankami z pracy. Maksymalny czas widzenia: 90 minut. Zamknięty ośrodek dla cudzoziemców w Lesznowoli dzieli od Bydgoszczy 300 km. Do Włoch będzie ponad 1000. A jeśli stamtąd trafi do Gambii? „Nie wiem co wtedy. Tak skończy się nasze małżeństwo?” – pyta Elżbieta.

„Nasza polityka migracyjna różne sytuacje przewiduje, zostawia furtki – narzędzia i mechanizmy, które pozwalają zapobiegać tragediom, jak rozdzielania rodzin. Ale co zrobić, jeśli urzędnikowi brak dobrej woli, żeby ich użyć?” – mówi mecenas Agnieszka Wołyniec-Ostrowska.

„Mimo że wiem, że mam po swojej stronie przepisy, to wykonują je osoby, które mają klapki na oczach, mówi się do nich jak do ściany. Jako prawnik często widzę te śliczne formuły: »przysługują panu środki prawne do wykorzystania«. Ale co z tego, że te środki mam, skoro nie dają żadnych efektów w praktyce?”.

Historia Javo i Elżbiety

Poznali się, kiedy Elżbieta była na wakacjach we Włoszech. Już miała wracać, ale zaczęli rozmawiać i jednak została. „Zagadaliśmy się i tak się zaczęło”. Gambijczyk Javo we Włoszech był nielegalnie. Nie wiedząc, jak zalegalizować pobyt, złożył tam wniosek o ochronę międzynarodową.

To było w 2015. W ciągu tych 4 lat ciągle rozmawiają. Elżbieta regularnie odwiedza go tam, gdzie akurat był. Z Włoch jedzie do Niemiec, a z Niemiec w końcu do Polski. Zamieszkają razem, idą do sądu w Bydgoszczy, żeby dostać zgodę potrzebną do ślubu.

Kiedy dostają ją w listopadzie, Javo jest już w rękach Straży Granicznej. Ślub biorą w strzeżonym ośrodku dla cudzoziemców w Lesznowoli. „Nie tak to sobie wyobrażaliśmy. Miało być wesele, rodzina. Wyszło inaczej” – mówi Elżbieta.

Straż Graniczna pojawia się w domu, w którym razem mieszkają 28 września 2018. Zatrzymują Javo i przewożą go ośrodka strzeżonego. Na trzy miesiące, przedłużone potem dwa razy łącznie o pięć miesięcy.

„Przetrzymywanie go w ośrodku w sytuacji, kiedy ma tutaj żonę, zapewniony byt i dach nad głową nie miało sensu, szczególnie że stan jego zdrowia się pogarszał” – mówi mecenas Wołyniec-Ostrowska, która walczyła o wypuszczenie Javo z ośrodka od miesięcy.

„Stan pozwala”

Diagnoza: „nowotwór o nieokreślonym charakterze”. Tyle wynikało z wypisu, który 6 lutego 2019 Javo dostaje w szpitalu w Piasecznie. Przewieziono go tam z ośrodka po tym, jak w jego moczu pojawiła się krew.

Javo niewiele rozumiał z tego, co napisano w dokumentacji medycznej – wszystko po polsku. Wysyła zdjęcia żonie.

Dopiero po konsultacji z lekarzem onkologiem udaje się zinterpretować wyniki badań. Zmiany, które pomylono z nowotworowymi, to tak naprawdę destrukcyjne działanie pasożytów. Czy Javo był w ośrodku leczony? Nie wiadomo.

„Stan zdrowia cudzoziemca pozwala na przebywanie w ośrodku”. Niczego więcej nie udało się dowiedzieć ani żonie, ani prawniczce.

„Moje pismo o udzielenie informacji o stanie zdrowia przekazano do Nadwiślańskiego komendanta Straży Granicznej i nie zostało rozpoznane do dzisiaj” – mówi Wołyniec-Ostrowska.

„Przetrzymywanie go w tej sytuacji było niehumanitarne. Także wobec pani Elżbiety, która nie mogła nawet uzyskać informacji o jego stanie. Zamiast tego podważano wiarygodność ich związku i trzymano cudzoziemca w więziennych warunkach, mimo że istnieje wiele alternatywnych sposobów kontroli pobytu cudzoziemca, dzięki którym na decyzję w toczącym się postępowaniu mógłby czekać w ich wspólnym domu. Ośrodek powinien być środkiem ostatecznym i stosowanym na krótko”.

Straż Graniczna z ośrodka łatwo nie rezygnuje.

Wypuszczamy… żeby zatrzymać pod bramą

10 kwietnia mijał termin pobytu Javo w ośrodku. Funkcjonariusze Straży Granicznej pracujący w ośrodku od jakiegoś czasu zagadywali go, sugerując, żeby przygotowywał się na deportację do Włoch.

Zgodnie z ustawą, maksymalny czas przebywania w ośrodku strzeżonym to 6 miesięcy, można go przedłużyć w wyjątkowych okolicznościach.

Straż Graniczna, zamiast złożyć wniosek o przedłużenie, decyduje się na inny zabieg. Wypuszczają Javo tylko po to, żeby pod samą bramą zaraz znowu go aresztować.

„Cudzoziemiec został zatrzymany 10 kwietnia w ośrodku” napisano we wniosku o ponowne umieszczenie w ośrodku, podając jako powód nielegalne przekroczenie granicy sprzed 10 miesięcy. Sąd wniosek odrzucił. „Po funkcjonariuszach Straży Granicznej było widać, że się tego nie spodziewali. Atmosfera zrobiła się bardzo nieprzyjemna” – mówi Wołyniec-Ostrowska.

Sąd uznał, że „ponowne zatrzymanie cudzoziemca (zaraz za bramą ośrodka) bynajmniej nie było prawidłowe”. Dlaczego? Bo ponowne zatrzymanie osoby podejrzanej na podstawie tych samych faktów i dowodów jest w świetle polskiego prawa niedopuszczalne.

Sąd przyznał co prawda, że byłoby to dopuszczalne, gdyby cudzoziemiec uchylał się od przestrzegania nałożonych obowiązków lub wykonania decyzji, która w jego sprawie zapadła, ale „trudno antycypować tak dalece zamiary osoby zatrzymanej. Przecież cudzoziemiec został zatrzymany pod bramą ośrodka. Nie umożliwiono mu swobodnego oddalenia się. Nie wiadomo co by uczynił”.

Wyciągnięcie cudzoziemca z ośrodka strzeżonego było tylko jednym ze zmartwień, które nie rozwiązuje jednak poważniejszego problemu, jakim jest planowana deportacja. Na początku pobytu w ośrodku pozostawiony sam sobie i nieświadomy mnogości przepisów, w jakie się zaplącze, Javo złożył o jeden wniosek za dużo, dając biurokratycznej machinie podstawy do działania.

„Gdyby go w tamtym momencie dobrze pokierowano i poinformowano o tym, jakie ma możliwości prawne, problemu by nie było”.

Jeden wniosek za dużo

Polskie przepisy, chroniąc prawa do życia rodzinnego, przewidują wobec imigrantów wyjątek — nawet będąc na terenie Polski nielegalnie, mogą złożyć wniosek o przyznanie pobytu czasowego ze względu na połączenie z rodziną.

Javo składa taki wniosek w bydgoskim Urzędzie Wojewódzkim, ale popełnia błąd w formularzu. Okazuje się, że na połączenie z rodziną można złożyć kilka wniosków opartych na różnych podstawach wynikających z ustawy. Wiedza niemal tajemna.

„Wypełnianie wniosków w Urzędach Wojewódzkich to wyzwanie nawet dla kogoś mówiącego biegle po polsku” — tłumaczy Wołyniec-Ostrowska. „To nie jest łatwe zadanie ani wiedza powszechna — mnóstwo dokumentów, załączników i rubryczek. Nawet prawnicy mają z tym problem, u nas pracuje nad tym cały wyspecjalizowany dział legalizacyjny. Jak ma się z tym uporać bez żadnej pomocy obywatel Gambii?”

Urząd też musi być tego świadom, bo zamiast odrzucić wniosek, wzywa Javo na przesłuchanie w celu wyjaśnienia sytuacji. „Wystarczyło zrobić korektę wniosku, powołać się na inny artykuł i postępowanie mogłoby toczyć się dalej” – mówi Wołyniec-Ostrowska.

Ale Straż Graniczna nie zawozi Javo na przesłuchanie. „Rozmawiałam ze Strażą przez telefon, powiedziano mi, że go zawiozą. Nie zawieźli. Mówili potem: nie wiemy, z kim rozmawialiśmy, nikt niczego nie obiecywał. Na końcu dowiedziałam się, że pana Javo nie przewieziono na przesłuchanie, bo taka była decyzja komendanta, która »wynika z okoliczności sprawy«”.

Urzędnicy z Bydgoszczy jeszcze raz okazują wiele dobrej woli i ustalają kolejny termin. Javo może go w Polsce nie doczekać.

12 października 2018 składa o wniosek za dużo: wnioskuje o ochronę międzynarodową.

W białych rękawiczkach

„W Gambii są trudne warunki, jest bieda, ale nie spełnia to warunków ochrony międzynarodowej. Część cudzoziemców nie ma o tym pojęcia. Posługują się informacjami przekazywanymi z ust do ust albo przeczytanymi na forach” – tłumaczy Wołyniec-Ostrowska.

„Błąd, który popełnił Javo, polega na tym, że nie wiedząc do końca, jak zalegalizować swój pobyt złożył w Polsce wniosek o ochronę międzynarodową. Pierwszy złożył we Włoszech w 2015 roku. To w opinii Urzędu ds. Cudzoziemców (potwierdzonej decyzją Rady ds. Uchodźców) daje możliwość umorzenia sprawy i przekazania obcokrajowca do kraju, w którym wniosek został złożony po raz pierwszy, na mocy unijnego rozporządzenia Dublin III”.

„Wszystko wskazuje na to, że chcą go deportować w białych rękawiczkach. Wiedzą, że ma tu żonę i ochrona życia rodzinnego zabrania deportacji, ale zasłaniając się procedurami, chcą przekazać go do Włoch. Tam czeka go prawdopodobnie długotrwały pobyt w ośrodku (wniosek, który złożył w 2015 roku, do dzisiaj nie został rozpatrzony), a może także deportacja do Gambii, bo we Włoszech życie rodzinne go nie chroni”.

Prawniczka zaskarżyła decyzję Rady ds. Uchodźców przed sądem administracyjnym i złożyła wniosek o wstrzymanie wykonania decyzji.

To nie przestępcy

„Wiem, że zaraz pojawią się komentarze — przecież można było inaczej, wszystko jest do zrobienia, to wina cudzoziemców, którzy sami są sobie winni. Moje doświadczenia pokazują co innego. Niejednokrotnie nielegalne pobyty, z którymi się stykam, wynikają z tego, że ludzie zostali źle pokierowani albo byli zdani na siebie i popełnili błąd” -tłumaczy Wołyniec-Ostrowska. „To, co w ustawie, to jedno, a praktyka działania urzędów — drugie”.

„W urzędzie trudno się nawet połapać, w której kolejce stanąć. Co to znaczy, że należy złożyć korektę wniosku? A dlaczego tu zaznaczyć to, a tam co innego? Dlaczego, jeśli ktoś wjechał na takiej wizie, to może składać ten wniosek, a na innej, zupełnie inny?”.

A jak się nie zna polskiego? Wtedy ta urzędowa rzeczywistość to kompletny chaos. A zatrzymania, przesłuchania i zamykanie w ośrodku strzeżonym bez kontaktu ze światem i znajomości własnej sytuacji? Horror.

„Musimy sobie w końcu zdać sprawę, że nie walczymy z przestępcami – mamy politykę migracyjną, mamy przepisy, które różne sytuacje przewidują. Nie rozumiem, dlaczego nie możemy z tych narzędzi korzystać wobec ludzi, którym coś po prostu nie wyszło. Są narzędzia i mechanizmy, które pozwalają im pomóc, ale urzędnikom często brakuje dobrej woli. Nie zadają sobie nawet trudu, żeby rzetelnie rozpatrzeć sytuację i uwzględnić całą sytuację”.

„Po co wydalać do Włoch, skoro wniosek od lat nie został tam rozpatrzony, a rozbija się w ten sposób rodzinę?”.

Co by się stało, gdyby zamiast zamykać cudzoziemców zagrożonych deportacją w ośrodkach strzeżonych, pozwolono im na przebywanie na wolności i udzielono rzetelnych informacji na temat ich sytuacji i możliwości prawnych?

Z pilotażowego projektu Stowarzyszenia Interwencji Prawnej wynika, że byłyby szybsze procedury, mniej kosztowne, a cudzoziemcy mniej by się bali i rzadziej uciekali. A Javo z Elżbietą mieliby spokój.


Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym