„Unijne muzeum szkaluje Polaków i wychwala komunizm” – tak mógłby wyglądać pasek w „Wiadomościach”, gdyby sztandarowy program propagandowy TVP zainteresował się otwartym niedawno Domem Historii Europejskiej w Brukseli. A jak jest naprawdę?

Właściwie taki materiał nietrudno sobie wyobrazić. Mógłby rozpocząć się od wspomnienia o budynku, który mieści ekspozycję i przypomina stylem domy z okresu stalinowskiego. Zapewne usłyszelibyśmy, że znajdowała się tam kiedyś klinika dentystyczna, a wizyta w muzeum jest jak wyrywanie zębów. Lektor zapewniłby nas, że muzeum usuwa chrześcijańskie korzenie Europy, na wystawie stałej nie zobaczymy Jana Pawła II, a i o samych Polakach nie dowiemy się zbyt wiele. Jeżeli już, to że Piłsudski był faszystą, a Polacy jednymi z głównych sprawców Holocaustu. Na koniec usłyszelibyśmy, że według wystawy komunizm jest dobry, w ruchu oporu przeciwko nazizmowi brali przede wszystkim Niemcy, a narody są do niczego i w przyszłości powinny zniknąć. Wniosek? Indoktrynacja! I ostateczny dowód na to, że Unia Europejska to twór neomarksistowski.

Dom Historii Europejskiej to inicjatywa Parlamentu Europejskiego. Pomysł skrystalizował się 10 lat temu, a 6 maja 2017 otwarto placówkę oraz jej wystawę stałą, która wywołała falę kontrowersji. Wśród oburzonych awangardę stanowi polska prawica. Prawicowi recenzenci wystawy solidarnie wyszli z niej niezadowoleni. Problem w tym, że przedstawiane przez nich argumenty są często nie tylko chybione, ale też oparte na nieprawdzie. Oczywiście, podczas kilkugodzinnego zwiedzania, wiele rzeczy zwyczajnie umyka, niemożliwością jest równą uwagę poświęcić każdemu detalowi. Być może chodzi o przeoczenia. Łatwo jednak dopatrzyć się złej woli.

Polski nie ma? Nieprawda. Jest

Profesor Andrzej Nowak w obszernym tekście o wystawie dla Teologii Politycznej pisze, że „nie wiadomo dlaczego, ale chyba z dobrego serca (bo o żadnej wcześniejszej opozycji nie ma tu mowy), władcy PRL decydują się spokojnie podzielić odpowiedzialnością za kraj ze społeczeństwem”. Być może profesor przeoczył polski plakat promujący „Solidarność” i nie zdołał przez to przeczytać jego opisu w tablecie, który pomaga dowiedzieć się czegoś o każdym artefakcie.

Twórcy wystawy określają „Solidarność” jako jedyny tak duży, zorganizowany ruch oporu wobec komunizmu.

Uwagę profesora Marka Cichockiego z jego komentarza dla „Rzeczpospolitej” o tym, że na ekspozycji prezentuje się komunizm jako dobry, w opozycji do złego nazizmu trudno brać na poważnie. W sali, gdzie zestawione są oba systemy, otwarcie mówi się o ich podobieństwach i zbrodniczości obu.

Piotr Semka uważa, że jednym z „nielicznych elementów ekspozycji, gdzie pojawia się nasz kraj” są słowa przeprosin Aleksandra Kwaśniewskiego w imieniu Polaków za Jedwabne. Tymczasem Polska jest na wystawie uwzględniana często. Powstanie listopadowe wśród innych zrywów narodowościowych pierwszej połowy XX wieku. „Pan Wołodyjowski” koło m.in. fińskiej „Kalevali” ilustruje kulturalny aspekt przebudzenia narodowego tej samej epoki. Gdy prezentowane są zdjęcia klas szkolnych z różnych krajów europejskich, jako ilustracja zmian w systemach edukacji w II połowie XX wieku, to oczywiście znajdziemy tam również klasę polską. I tak dalej.

Muzeum jest inicjatywą instytucji unijnych, nie może być więc zaskoczeniem, że prezentuje integrację europejską w pozytywnym świetle. Nie jest też tajemnicą, że współczesna prawica jest do projektu integracji europejskiej w dzisiejszej formie nastawiona sceptycznie. Dlatego nie może być zadowolona z wystawy, która przedstawia historię ostatnich dwóch wieków w Europie jako drogi, którą wieńczy coraz silniejsza integracja państw europejskich. Dlaczego jednak robi to w tak niedbały sposób? Dlaczego taka krytyka musi odwołać się do wąskiego, prawicowego imaginarium, w którym jedyne siły rządzące dziś polityką to wspaniały naród i zły „neomarksizm” w postaci unijnych instytucji?

Niezadowolenie wyrazili nie tylko publicyści. W październiku Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotr Gliński wystosował list do przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Antonio Tajaniego, w którym pisze, że jest „zaniepokojony narracją wystawy” i oznajmia: „wiadomo mi bowiem, że ta wystawa narusza w kwestiach fundamentalnych prawdę historyczną”. Europosłowi PiS Ryszardowi Czarneckiemu zabrakło Jana III Sobieskiego.

Propaganda?

Wśród zarzutów, jednym z najczęściej powtarzanych jest ten, że na wystawie brakuje chrześcijaństwa, brakuje przekroju europejskiej historii przez wszystkie epoki historyczne. Rzeczywiście, nie ma pierwszych papieży. Nie ma Karola Wielkiego. Brakuje średniowiecznych Jagiellonów, Burbonów i Habsburgów. Nieobecna jest reformacja. Kto był kiedykolwiek w Muzeum Żydów Polskich POLIN wie, jak karkołomnym zadaniem jest opowiedzenie pełnej historii jednego narodu na danym terytorium. Od nikogo, kto POLIN zwiedzał, nie usłyszałem jeszcze, żeby nie wyszedł z niego intelektualnie i fizycznie wyczerpany, przytłoczony ogromem informacji i przeżyć. Spróbujmy sobie wyobrazić taką wystawę na temat całej historii Europy.

Pomysłodawcy Domu Historii Europejskiej postawili na inne rozwiązanie. Propagandowe? Jeżeli tak należy określić pozytywne podejście do integracji europejskiej, to zgoda, propagandowe. Czym jest w takim razie ingerencja obecnej ekipy rządzącej w Muzeum Drugiej Wojny Światowej, jeżeli nie propagandą na rzecz martyrologicznej, polskocentrycznej wersji historii? W Brukseli wybrano próbę opowiedzenia nowoczesnej historii wszystkich narodów unijnych, szukając tego, co wspólne. W całkiem udany sposób, choć nie wystrzegając się błędów.

OKO sprawdza, czy politycy mówią prawdę o historii.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Absolwent historii na UJ, arabistyki na UAM i Polskiej Szkoły Reportażu. Publikował m.in. w Res Publice Nowej, magazynie Kontakt, miesięczniku Znak i Tygodniku Powszechnym. W OKO.press pisze o polityce.


Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!