01 kwietnia 2020

Lekarz: Liczba ofiar koronawirusa w Polsce jest zaniżona. Możemy je diagnozować bez testów [WYWIAD]

"Jeżeli nie testujemy wszystkich podejrzanych, to nic dziwnego, że mamy tak niską liczbę zakażonych i zmarłych" - mówi OKO.press Bartosz Fiałek, lekarz reumatolog. Jego zdaniem - i zgodnie z zasadami WHO - do liczby zmarłych z powodu COVID-19 powinno doliczać się także osoby zdiagnozowane w inny sposób, np. tomografią komputerową

Daniel Flis: We Włoszech, Hiszpanii, Francji na COVID-19 zmarło po kilka tysięcy osób. Nawet w Niemczech, gdzie śmiertelność jest wyjątkowo niska, zarejestrowano prawie 700 zgonów. W Polsce - 33 zgony i 2311 osób zakażonych. Jak to się stało, że jesteśmy zieloną wyspą?

Bartosz Fiałek, szef kujawsko-pomorskiego oddziału Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, reumatolog: W naszym kraju poddanych kwarantannie, nadzorowi epidemiologicznemu i hospitalizowanych z powodu koronawirusa jest ponad 325 tys. osób. Wszystkie te osoby są podejrzane o zakażenie, a do wczoraj wykonaliśmy niecałe 53 tysiące testów. Trzeba być wdzięcznym diagnostom, ale obecnie wykonujemy jedynie niecałe 5 tys. testów dziennie, podczas gdy Niemcy zapowiadają, że za kilka dni ich laboratoria będą w stanie wykonać pół miliona testów w tydzień. Liczba wykonywanych testów powinna być przynajmniej równa liczbie osób podejrzanych o zakażenie, a pracownicy medyczni powinni być badani co najmniej raz w tygodniu.

Jeżeli nie testujemy wszystkich podejrzanych, to nic dziwnego, że mamy tak niską liczbę zakażonych i zmarłych. W mojej ocenie te liczby są kompletnie niedoszacowane.

Skąd to wiadomo? Są inne sposoby na diagnozowanie koronawirusa niż testy laboratoryjne?

Według badań chińskich naukowców tomografia komputerowa płuc może być bardziej wiarygodna od testu. Test ma wiarygodność 93-procentową, a tomografia nawet 97-procentową.

Jeżeli okazuje się, że jest pacjent, który ma obustronne, śródmiąższowe zapalenie płuc, które jest potwierdzone tomografią komputerową wysokiej rozdzielczości (HRCT), to w dobie pandemii mamy prawo sądzić, że jego przyczyną jest COVID-19. Nawet w zwykłym zapaleniu płuc nie musimy pobierać plwociny, żeby potwierdzić, że jest tam jakaś bakteria i zdiagnozować zapalenie płuc. Wystarczą zmiany osłuchowe i zdjęcie rentgenowskie. Czasami zapalenie płuc można zdiagnozować bez badania obrazowego. Dodatni wynik testu nie powinien być jedynym kryterium rozpoznania koronawirusa.

Od lekarzy słyszę, ze tomografów i radiologów jest w Polsce za mało, żeby zbadać w ten sposób wszystkich potencjalnie zakażonych.

W medycynie nie zawsze musimy wykonywać wszystkie badania. Są choroby, które rozpoznajemy np. po 11 objawach klinicznych i 6 objawach laboratoryjnych, ale do zdiagnozowania jednostki chorobowej z wysokim prawdopodobieństwem wystarczą 3 kliniczne i jeden laboratoryjny albo 3 laboratoryjne i 1 kliniczny. Tak samo jest z koronawirusem. Myślenie, że koronawirus można rozpoznać tylko tomografią lub testem, jest błędne.

Na grypę również testujemy, ale w Polsce w sezonie 2019/2020 zachorowało już ponad 3 mln ludzi. Nie wszyscy byli testowani! Grypa ma pewien tzw. obraz kliniczny i na podstawie obrazu klinicznego również jesteśmy w stanie rozpoznać, czy to jest grypa, czy coś innego.

Czy obraz kliniczny grypy nie jest podobny do obrazu COVID-19?

COVID-19 i grypa nie przebiegają identycznie. Mogą mieć podobne objawy, ale utrata węchu, smaku, bóle głowy, bóle brzucha, objawy neurologiczne, szybko pojawiające się zapalenie płuc, nie występuje przy grypie. Zdarza się, że pierwszymi objawami COVID-19 są kaszel i duszność, a ciepłota ciała nie zawsze musi być podwyższona. Zakażenie koronawirusem może objawiać się zapaleniem płuc już po 5 dniach.

Z kolei przy grypie trzeba ją najpierw przejść i niedoleczyć, a dopiero później zapalenie płuc może przyjść jako powikłanie. Grypa to najczęściej ból mięśni, wysoka gorączka, osłabienie i odcięcie na trzy dni. W COVID-zie tak nie jest. Symptomy COVID-19 są tak bogate, że nawet po samych objawach jesteśmy w stanie stwierdzić, że to zakażenie koronawirusem.

Powikłanie grypowe, jakim jest zapalenie płuc, jest na tyle rzadkie, że to jest mało prawdopodobne, żeby pojawiało się teraz tak często. Wirus grypy do te pory wywoływał zapalenie płuc w promilu przypadków. Z 3 milionów chorych na grypę zmarło w tym sezonie w Polsce – według danych - 50 osób.

Czyli mogłoby się zdarzyć, że omyłkowo przypadek śmierci wskutek zapalenia płuc wywołanego grypą do liczby ofiar koronawirusa?

Teoretycznie tak, ale takich przypadków będzie tak mało, że to nie byłoby istotne statystycznie.

To dlaczego osób zdiagnozowanych np. tomografem nie wlicza się w Polsce do rządowych statystyk?

Bo nie ma na to procedury.

Jak to?

Jeżeli ktoś mi umrze, klikam w formularz zgonu i mam tam do wpisania trzy rodzaje przyczyn śmierci. Pierwotną (wyjściową), wtórną i bezpośrednią. Na przykład pierwotna to zakażenie koronawirusem, wtórna to wstrząs septyczny, a bezpośrednia - zatrzymanie oddechu i krążenia.

Najważniejsza jest tzw. przyczyna wyjściowa. Muszę wpisać ją do systemu, używając kod z Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób, tzw. ICD-10.

WHO chorobie COVID-19 przypisało najpierw kod U07.1, a tydzień temu dodała także kod U07.2. Nazwijmy je “jedynką” i “dwójką”.

Jedynka oznacza przypadek zakażenia koronawirusem potwierdzony testem laboratoryjnym. Dwójka to rozpoznanie COVID-19 bez przeprowadzenia testu lub gdy jego wynik nie jest jednoznaczny. WHO pozwala na wpisanie dwójki jako przyczyny zgonu na przykład nieprzebadanej osoby, która przebywała na kwarantannie albo miała kontakt z osobą zakażoną i która miała objawy choroby wywołanej koronawirusem.

W Polsce lekarze mogą wpisać do systemu tylko jedynkę. Jeśli wpisałbym U07.2, to po prostu nic mi nie wskoczy, a nawet jak wskoczy, nie będzie brane pod uwagę.

Osoby raportowane przez ministerstwo zdrowia to tylko te, które mają pozytywny wynik testu. Dlatego mamy tak niedoszacowaną liczbę przypadków, bo zrobiliśmy ich tylko nieco ponad 50 tysięcy, a inne zdiagnozowane przypadki nie są raportowane.

Kto decyduje o tym, jakie kody są dostępne w systemie?

Według mnie urzędnicy. Pewnie Narodowego Funduszu Zdrowia. W zależności od tego, jak został zaklasyfikowany pacjent, kody są przeliczane na punkty, a punkty to pieniądze.

A jak zgony z powodu COVID-19 liczą inne państwa?

Na przykład Włosi uznali, że za ofiary koronawirusa będą raportować wszystkie zgony osób, które chorowały na COVID-19, nawet jeśli nie ma pewności, czy właśnie to było przyczyną śmierci. Poza tym robią testy post mortem. Jeżeli wykrywano koronawirusa u osoby zmarłej, kwalifikowano ją jako ofiarę COVID-19. W Polsce, kiedy ktoś umiera na kwarantannie, okazuje się, że Sanepid nie może stwierdzić, na co umarł [przypadek zmarłego 45-latka z Głogowa opisywaliśmy w OKO.press - red.]. A jak wiadomo, koronawirus jest na tyle stabilny, że utrzymuje się w tkankach po śmieci.

Każdy ma takie statystyki, jakie chce. Jeśli chcemy mieć statystyki rzetelne, powinniśmy raportować wszystkie przypadki.

Udostępnij:

Daniel Flis

Dziennikarz śledczy. W OKO.press od 2016 r., wcześniej pisał dla „Gazety Wyborczej”. Absolwent filozofii na UW i Polskiej Szkoły Reportażu, stypendysta OCCRP. Był nominowany do nagród dziennikarskich.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne