Najwięksi producenci rolni, dający 40 proc. krajowej produkcji mleka, wieprzowiny, rzepaku, buraków cukrowych, to dzierżawcy państwowej ziemi. Są teraz zagrożeni likwidacją z powodu ideologicznego zacietrzewienia rządu PiS. Zaczął rząd PO-PSL, zmuszając dzierżawców do oddania ziemi powyżej 429 ha, teraz dobija ich obecny rząd

Jeśli popatrzeć na ranking najlepszych 300 gospodarstw rolnych w Polsce, to od lat królują na nim gospodarstwa dzierżawne, utworzone na bazie dawnych pegeerów. Są nowoczesne, doinwestowane, osiągają najlepsze wyniki w produkcji.

Takich, które mają ponad 429 hektarów jest w kraju około tysiąca.

Mało, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że o dopłaty występuje przecież co roku ok. 1,3 mln rolników.

Ale to ten tysiąc daje prawie 40 proc. całej krajowej produkcji rolnej – najwięcej w mleku, wieprzowinie, rzepaku i burakach cukrowych.

Na ok. dwa miliony hektarów jakie agencja dała w dzierżawę, ta grupa producentów zarządza 1,2 mln ha. Pracuje tu ok. 45 tys. ludzi. Przypomnijmy, że mamy w kraju ok. 16 mln hektarów ziemi rolnej, z czego 4,7 mln trafiło do zasobu Agencji Nieruchomości Rolnych, po przejęciu przez nią pegeerów. Ponad połowę gruntów agencja sprzedała, a ok. 2 mln wydzierżawiła.

Teraz wielu dzierżawcom grozi unicestwienie, bo Agencja (obecnie Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa, który wchłonął ANR) odmawia – często z dnia na dzień – przedłużenia dzierżawy ziemi. Mimo że na odbieraną ziemię nie ma chętnych rolników i leży ona potem odłogiem.

Jest jednak sposób – można się zgłosić do zespołu do odzyskiwania mienia kościelnego o. Tadeusza Rydzyka. Zespół odzyskuje ziemię od państwa i wydzierżawia ją dotychczasowemu dzierżawcy. (Szczegóły dalej w tekście)

Jedyna mleczarnia mleka koziego

Firma Danmis należąca do Macieja Gramowskiego w Bukowcu w Wielkopolsce zajmuje się hodowlą kóz, przetwórstwem i sprzedażą produktów z mleka koziego. Nie ma takiej drugiej w kraju – to jedyna mleczarnia mleka koziego. Robi sery miękkie i długo dojrzewające. Właśnie dostali uprawnienia na eksport do Chin. Mają prawie 2000 kóz i 440 hektarów dzierżawionych od państwa. Zatrudniają 50 osób, większość to byli pegeerowcy.

Problemy zaczęły się w grudniu 2011 roku. Wtedy weszła w życie nowela ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami skarbu państwa, czyli generalnie gruntami popegeerowskimi. Ustawa przymusza dzierżawców, którzy gospodarują na gruntach powyżej 429 ha, do dobrowolnego oddania 30 proc. ziemi z powrotem we władanie Agencji Nieruchomości Rolnych.

W zamian mieli mieć prawo do wykupu pozostałej ziemi dzierżawionej lub przedłużenia umowy dzierżawy na następne np. 15 lat.

Gramowski chciał oddać 30 proc. ziemi, ale resztę, czyli ok. 300 ha chciał wykupić, na taki układ dogadał się z agencją.

Ale w 2015 roku zmieniła się władza i PiS zakazał sprzedaży państwowej ziemi.

Agencja uznała, że porozumienie z Gramowskim przestało obowiązywać, a ten poszedł do sądu z papierami przyrzeczenia sprzedaży. Sąd w Wągrowcu stwierdził co prawda, że agencja zachowała się „nie podżentelmeńsku”, ale prawo jest po jej stronie.

Gramowski jest rozżalony. – Od 25 lat współpracujemy z agencją. Myślałem, że możemy mieć do siebie zaufanie. Kiedy braliśmy to gospodarstwo w dzierżawę  było tu sto kóz, dziś chcemy budować koźlarnię na 10 tysięcy kóz, bo wozimy mleko kozie z Niemiec, naszego nam nie wystarcza do produkcji.

Ja potrzebuję 1200 hektarów do wyżywienia tych zwierząt, a nie 440. Nie oddam ani hektara, nie dajmy się zwariować!

Jeśli popatrzeć na ranking najlepszych 300 gospodarstw rolnych w Polsce, to od lat królują na nim gospodarstwa dzierżawne, utworzone na bazie dawnych pegeerów. Są nowoczesne, doinwestowane, osiągają najlepsze wyniki w produkcji.

PSL kontra dzierżawcy

Ustawę, która zmuszała dużych dzierżawców do oddania 30 proc gruntów wymyślił PSL, a przyjął rząd PO-PSL – to była klasyczna kiełbasa wyborcza dla rolników na jesienną kampanię wyborczą w 2011 roku. Weszła w życie w grudniu 2011 roku.

Pomysł był taki: zabieramy ziemię bogatym i dajemy rolnikom małym oraz średnim na powiększenie ich gospodarstw.

Spodobała się na wsi. Nawet tym, którzy nie zamierzali niczego powiększać. Na zasadzie, że cieszy nas kiedy sąsiadowi krowa zdechnie. Te 30 proc. wedle wyliczeń resortu rolnictwa miało sprawić, że do skarbu państwa wróci ok. 150 tys. ha. Ci, którzy nie oddadzą 30 proc. stracą prawo do przedłużenia swojej umowy dzierżawnej na następne lata i kupna gruntów od państwa.

Nikt nie policzył ilu rolników faktycznie chce kupić te ziemie z odzysku. Ani co dla tych dużych oznacza utrata 30 proc. areału. Ale pomysł spełnił swój cel – w 2011 roku PSL i PO ponownie zdobyli władzę nie przejmując się ekonomicznymi skutkami ustawy.

PiS krytykuje pomysł PO-PSL

Po jej wejściu w życie posłowie PiS nie zostawiali suchej nitki na ustawie. „Jest mi wstyd za tę ustawę. (…) Można śmiało powiedzieć, że jest zła, a jej skutki będą fatalne” – mówił w kwietniu 2012 na posiedzeniu sejmowej komisji rolnictwa Zbigniew Babalski, wtedy poseł PiS, dziś z ramienia tej partii wiceminister rolnictwa.

Jan Krzysztof Ardanowski, wiceminister rolnictwa w rządzie PiS w latach 2005-2007, mówił, że ustawa bardzo mocno uderza w grupę gospodarstw towarowych i doprowadzi do tego, że nie będziemy mieli dużych stabilnych dostaw żywności.

„To przykład złego, krzywdzącego prawa. Ustawa miała tylko jeden cel – polityczny. PSL chciało pokazać przed wyborami, że dba o chłopski interes” – tłumaczył Ardanowski.

Wspierał go Krzysztof Jurgiel – wtedy szef komisji rolnictwa – dziś minister rolnictwa: „Ten rząd (PO-PSL – przyp. red.) nie traktuje rolnictwa i produkcji żywności jako zadania strategicznego. Jestem zwolennikiem wieloletnich dzierżaw, także dzierżawienia ziemi od państwa”.

Poseł Babalski apelował do ówczesnego prezesa Agencji Nieruchomości Rolnych Leszka Świętochowskiego z PSL, by się „nie bał” i złożył wniosek o nowelizację ustawy, żeby ratować „honor ministra” Marka Sawickiego, który tę ustawę przeforsował.

„Trzeba tę głupotę szybko naprawić”.

Ale kiedy PiS przejął władzę w 2015 roku nie tylko nie wycofał się z peeselowskiego pomysłu zabierania bogatym, ale jeszcze go podkręcił – pierwszą ustawą skasował możliwość sprzedaży ziemi państwowej w ogóle. To też pod populistycznym i fałszywym hasłem, że obcy chcą nas wykupić. I też nikt nie przeanalizował skutków ekonomicznych tej decyzji – liczyło się jak elektorat wiejski zareaguje na takie hasło. Zareagował przewidywalnie (znowu porzekadło o krowie) i PiS wybory wygrał.

Obie te ustawy wywołały na wsi potworne zamieszanie

Po pierwsze, szybko się okazało, że ustawa z 2011 roku wcale nie daje gwarancji tym, którzy oddadzą 30 proc., a tylko uprawnienie do przedłużenia dzierżawy lub nabycia ziemi. Uprawnienie to nie to samo co prawo.

Agencja może, ale nie musi, ustawa nie nakłada na nią żadnego obowiązku. Ale to stało się dla rolników jasne dopiero po paru miesiącach obowiązywania ustawy.

Zwykle umowy dzierżawne były zawierane na 15 lat. Warunkiem, jaki stawiała agencja, było przejęcie przez dzierżawców długów PGR, wykupienie budynków, maszyn, inwentarza i zatrudnienie na trzy do pięciu lat byłych peegerowców. Dzierżawca płaci agencji czynsz (teraz to jest średnio w kraju równowartość 12 kwintali pszenicy z hektara), do budżetu gminy podatek rolny, do ZUS składki za pracowników.

W umowach dzierżawnych Agencja gwarantowała sobie, że w każdej chwili może zażądać oddania do 20 proc. wydzierżawionych gruntów. I często z tego prawa korzystała.

Nowak oddał 20 proc., Agencja zażądała jeszcze 30 proc.

Franciszek Nowak, rolnik z dziada pradziada, dzierżawił ponad tysiąc hektarów w Jeziorkach w Wielkopolsce. Jeszcze przed wejściem w życie ustawy Nowak oddał agencji na jej życzenie 20 proc. ziemi. Zostało mu ok. 800 ha.

Był gotów oddać jeszcze 10 proc., czyli razem 30 proc. Agencja uznała jednak, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego i zażądała całych 30 proc., co oznaczało, że rodzinie Nowaków zostanie niewiele ponad 500 ha. To nadal dużo, ale niewystarczająco, by utrzymać gospodarstwo w takim kształcie jak obecnie – jest tu 1500 krów dojnych, które potrzebują pastwisk i ziemi dla produkcji pasz.

Przy 500 ha część bydła trzeba by wyrżnąć. Ale to nie załatwi problemu – budynki są wielkością przystosowane dla tej liczby krów, jeśli ich będzie mniej, w oborach zrobi się zimno, krowy w zimie nie ogrzeją się swoim ciepłem. Są tu cielętniki, osobne budynki dla jałówek, osobne dla krów dojnych. Na modernizację budynków dzierżawca zaciągnął kredyty –

cały biznes plan się wali, a zmniejszona o połowę produkcja nie wystarczy, by te kredyty spłacić. No i z 31 pracowników jakich dziś zatrudnia – połowa zostanie zwolniona.

Nowak wszystko policzył i postanowił, że nie odda już ani hektara. Jego umowa kończy się w 2023 roku, wie, że po tym czasie Agencja nie przedłuży z nim umowy dzierżawnej. Chyba, że coś się zmieni w kraju.

Na 1000 gospodarstw ok. 400 nie oddało swoich 30 proc. – twierdzą w Stowarzyszeniu Dzierżawców i Właścicieli Rolnych. Agencja nie prowadzi takiej sprawozdawczości.

Holender w pułapce

Melse Gilles jest Holendrem, zarządza w lubuskim gospodarstwem przejętym od zbankrutowanej spółki pracowniczej. Byli pracownicy przejęli ją od skarbu państwa w 1993 roku, musieli wykupić tylko teren z budynkami czyli 9 hektarów, reszta  – 900 ha – to dzierżawa. Holendrzy pojawili się w 2000 roku, wykupili udziały w zbankrutowanej spółce.

W obory, silosy, dojarki, zwierzęta zainwestowali ok. 27 mln zł i dziś ich farma daje 30 proc. produkcji mleka w lubuskim. Mają dwa tysiące sztuk bydła, zatrudniają 68 osób, to już jest drugie pokolenie byłych pegeerowców.

W pierwszym okresie Agencja zapomniała o Holendrach i w ustawowym terminie nie przysłała im zawiadomienia o wyłączeniu. Sami wcześniej zgłosili się do siedziby Agencji z propozycją jakie grunty wyłączyć, mieli nawet protokół uzgodnień. Ale Agencja ani razu nie zwróciła się do nich z propozycją wyłączenia jakiegoś terenu. Umowa dzierżawna skończyła im się 1 kwietnia 2017 roku.

I nagle 31 marca dostali pismo, że od 1 kwietnia całą ziemię przejmuje agencja. Zostali z 9 hektarami, z budynkami, z 2 tysiacami krów i kredytem w banku do spłacenia w wys. ok. 10 mln zł.

Polecieli do sądu i o dziwo sąd powierzył dzierżawcy ziemię w zarząd do czasu rozstrzygnięcia sporu z agencją. Dzięki temu przetrwali ten rok. Agencja się odwołała i kolejny sąd przyznał rację jej. Sprawa jest w toku cały czas, ale los spółki i krów jest zagrożony. A raczej dość beznadziejny, bo ustawa obowiązuje.

Holendrów popiera lokalna społeczność – wojewoda, wójtowie w gminach na terenie których gospodarują, także lubuska izba rolnicza, która reprezentuje interesy małych i średnich rolników. To nie ma znaczenia.

Holender mówi mi, że w 2008 roku na polecenie Agencji oddał już 40 ha. Do tej pory ta ziemia leży odłogiem, nikt jej nie przejął, nikt nie płaci za nią czynszu dzierżawnego ani podatku rolnego. Ugoruje. W okolicy nie ma rolników chętnych do jej przejęcia.

I nic dziwnego – rolników po prostu nie stać na kupno ziemi, średnia cena za hektar państwowej ziemi w Wielkopolsce to ok. 60 tys. zł. Kupno dużego gospodarstwa oznacza założenie sobie pętli na szyję. Głód ziemi jest tylko w pobliżu dużych miast, bo tam można je przeznaczyć pod budownictwo i inwestycje.

Dzierżawcy nie mogą więc ziemi kupić, bo od 2015 roku obowiązuje ustawa całkowicie wstrzymująca sprzedaż państwowej ziemi rolnej na pięć lat. A przedłużenie dzierżawy też nie jest pewne, nawet jeśli oddało się 30 proc. gruntów. Sytuacja beznadziejna.

No, chyba że ma się znajomego księdza

Ustawa z 2015 roku, która wstrzymała sprzedaż państwowych gruntów, zrobiła jednak wyjątek dla związków wyznaniowych, co w naszym kraju w praktyce oznacza Kościół katolicki.

Kościół może kupić ziemię, a jeszcze lepiej poprosić o jej zwrot, bowiem nadal ma roszczenia wobec skarbu państwa za ziemie utracone po II wojnie.

W praktyce wygląda to tak: dzierżawca, który nie oddał 30 proc. do zasobów agencji, już wie, że państwo nie sprzeda mu gruntów, na których gospodaruje. I obawia się, że za rok czy dwa kiedy kończy mu się aktualna umowa dzierżawna kolejnej z nim też nikt nie podpisze.

Udaje się więc do znajomej parafii, a jeszcze lepiej wprost do Torunia, do ojca Tadeusza Rydzyka, przy którym działa specjalny zespół do odzyskiwania mienia kościelnego. Zespół w imieniu Kościoła występuje do Agencji (obecnie Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa, który wchłonął ANR) o zwrot tej konkretnej posiadłości, kiedy skończy się tam umowa dzierżawna.

Dostaje ją, a potem zawiera umowę z obecnym dzierżawcą na kolejne np. 15 lat użytkowania gospodarstwa. Czasem też sprzedaje mu ziemię.

Bowiem Kościół, który jest dziś największym w kraju posiadaczem ziemi rolnej, wcale jej nie uprawia tylko wydzierżawia.

Wedle danych ANR z lutego 2017 roku Kościół katolicki ma nadal roszczenia do 7,5 tys. hektarów, ale agencja przyznała, że to wcale nie musi być liczba ostateczna, bowiem nie ma wszystkich danych.

Dzierżawcy pukają do wszystkich drzwi

Dzierżawcy pukają do wszystkich możliwych drzwi, na razie bez skutku. „Tak musi być. To jest decyzja polityczna, a z takimi decyzjami się nie dyskutuje” – tak podobno powiedział im minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel. Zapytaliśmy w ministerstwie resorcie czy ktoś pracuje nad zmianą ustawy z 2011 roku i co dziś wiceminister Babalski myśli o tej ustawie.

W odpowiedzi czytamy, że „projekt zmian został przygotowany i w najbliższym czasie będzie przekazany do konsultacji społecznych. Dopiero po tym fakcie będzie możliwe podanie bliższych szczegółów dotyczących proponowanych zmian”.



Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym