0:00
02 października 2020

Druga fala pandemii w Hiszpanii. Madryt kłóci się z Madrytem, w służbie zdrowia kryzys i strajki

Kilkanaście tysięcy nowych zakażeń każdego dnia, prawie 800 tys. przypadków koronawirusa w całym kraju i 32 tys. zgonów - Hiszpania zajmuje niechlubne pierwsze miejsce w Europie. W walce z koronawirusem nasiliły się spory polityczne i ujawniły podziały społeczne. Relacja z Madrytu

Wydrukuj

Po długiej politycznej przepychance Madryt i okoliczne miasta zamykają się przed koronawirusem. To lockdown nie tak tak rygorystyczny, jak na wiosnę, ale i tak dotkliwy. Z 859 przypadkami na 100 tys. mieszkańców Wspólnota Madrytu jest najciężej dotkniętym epidemią punktem w Europie.

Życie w „nowej normalności”

Od czerwca krzywa wzrostu zachorowań w Hiszpanii idzie w górę w zastraszającym tempie. Niektóre kraje, takie jak Wielka Brytania, wprowadziły obowiązkową kwarantannę dla podróżujących z Hiszpanii. Polska zakazała lotów w tym kierunku do końca września.

Hiszpanie zmagają się z drugą falą epidemii. Jak wygląda życie w „nowej normalności”? Maseczki i zachowywanie odległości jest obowiązkowe w każdym miejscu publicznym, także na ulicy. Do połowy września można było spotykać się w grupach maksymalnie 10-osobowych. Teraz spotkania towarzyskie ograniczono do sześciu osób.

druga fala pandemii w Hiszpanii – wykres nowych przypadków

Nowe przypadki SARS-CoV-2 w Hiszpanii, źródło: Worldometer

Oprócz drobnych różnic, takich jak łokieć zamiast tradycyjnego całusa w policzek na przywitanie, Madryt wydaje się funkcjonować tak jak dawniej. Gdyby nie to, że odnotowuje się tu jedną trzecią wszystkich zakażeń w kraju.

18 września prezydentka Wspólnoty Madrytu Isabel Díaz Ayuso z prawicowej partii Partido Popular wprowadziła nowe regulacje, jednak znacznie łagodniejsze, niż oczekiwał tego rząd. Podczas długo wyczekiwanej konferencji prasowej, ogłosiła zamknięcie 37 dzielnic. Mieszkańcy mogą je opuszczać jedynie w drodze do pracy, szkoły i lekarza. Zamknięto w nich też parki i ograniczono miejsca w barach, które teraz działają tylko do godziny dziesiątej wieczorem.

Kilka dni później, premier Pedro Sanchéz z socjaldemokratycznej partii PSOE i Isabel Ayuso, po miesiącach konfrontacji, postanowili dojść do porozumienia i grać do jednej bramki w walce z epidemią. Zadeklarowali współpracę i koniec wzajemnych ataków w mediach. Powołano też specjalny zespół, tzw. Grupę COVID, który ma za zadanie koordynować działania przeciw rozprzestrzenianiu się wirusa.

Politycy toczą walkę

„Zawieszenie broni” nie trwało jednak długo. Zaledwie dwa dni po objęciu stanowiska Emilio Bouza, rzecznik Grupy COVID Wspólnoty Madrytu i ekspert w zakresie chorób zakaźnych, podał się do dymisji. Powód? Sprzeczności w strategii zwalczania wirusa.

25 września w wystąpieniach, które odbyły się niemal równocześnie, odmienne stanowiska w tej sprawie przedstawili: regionalny wiceminister ds. zdrowia w rządzie Wspólnoty Autonomicznej Madrytu Antonio Zapatero, oraz Minister Zdrowia Hiszpanii Salvador Illa. Władze Madrytu z kolei rozszerzyły obostrzenia na zaledwie osiem kolejnych dzielnic. Tymczasem minister zdrowia powiedział jasno: obostrzenia powinny objąć całą stolicę. W odpowiedzi Ayuso oskarżyła go o „dyskryminowanie” Madrytu i stawianie go na „świeczniku”.

„Należy słuchać tego, co mówi nauka i odłożyć politykę na dalszy plan. Zdrowie obywateli powinno być priorytetem, mówimy to w duchu lojalności, tej samej, którą kierujemy się we współpracy z pozostałymi wspólnotami autonomicznymi” - mówił minister zdrowia. Prezydentka Wspólnoty Autonomicznej Madrytu podkreśliła z kolei, że zrobi wszystko, by Madryt nie został sparaliżowany.

O izolację stolicy apelował do prezydentki Ayuso również prezes Izby Lekarskiej Barcelony Jaume Padrós. Na Twitterze odwoływał się do zasad „odpowiedzialności i solidarności”. Z uwagi na bezpieczeństwo, władze Katalonii odradzają mieszkańcom regionu podróżowanie do Madrytu.

Ostatecznie Ayuso skapitulowała i zgodziła się na zamknięcie od piątku 2 października stolicy i dziewięciu okolicznych miejscowości. Mieszkańcy będą mogli opuszczać je tylko udając się do pracy, szkoły, lekarza i z innych niecierpiących zwłoki przyczyn. Prezydentka zapowiedziała jednak, że zaskarży tę decyzję do Sądu Najwyższego.

Zaniedbana służba zdrowia

Sytuacja w szpitalach jest coraz trudniejsza. Już teraz pacjenci chorujący na COVID-19 zajmują ponad 17 proc. łóżek na oddziałach intensywnej terapii, a w regionach takich jak Madryt, La Rioja czy Aragonia to nawet 30 proc. miejsc dostępnych na tych oddziałach.

Koronawirus uwidocznił ewidentne braki i złe zarządzanie sektorem medycznym w kraju. O zwiększenie środków na publiczną służbę zdrowia i reformę systemu opieki zdrowotnej apelowano jeszcze na początku pandemii. „To krytyczny moment dla publicznej służby zdrowia w Madrycie” – alarmowały we wspólnym oświadczeniu związki zawodowe pracowników ochrony zdrowia i inne organizacje oraz ruchy oddolne. Dodają, że w ostatnich latach system opieki zdrowotnej uległ znacznej prywatyzacji i urynkowieniu. „Służba zdrowia w 100 proc. publiczna i powszechna, która zapewni dostęp do opieki medycznej wszystkim mieszkańcom bez wyjątku, jest naszym dobrem wspólnym i podstawowym prawem” – czytamy w oświadczeniu.

Strajki lekarzy-rezydentów przetoczyły się przez stolicę na początku lipca. Zwracali uwagę na fatalne warunki pracy, podkreślali, że szpitale wykorzystują ich jako tanią siłę roboczą, że nierzadko po 24-godzinnych dyżurach zmuszani są do dalszej pracy. Bez odpoczynku.

Kolejny raz medycy mieli wyjść na ulice we wrześniu. Postulowali wyższe wynagrodzenia, lepszą organizację pracy, protestowali przeciw nadmiernej biurokracji. Pod koniec września doszło jednak do porozumienia z władzami Wspólnoty Madrytu i w efekcie odwołano planowany strajk lekarzy pierwszego kontaktu.

Oprócz niewystarczającej ilości medyków brakuje również tłumaczy, którzy umożliwiliby sprawną komunikację podczas wizyt czy telewizyt lekarskich. Na początku pandemii dzielnicą Lavapiés wstrząsnęła śmierć 67-letniego Mohammeda Abula Hossaina, który przez sześć dni dzwonił na infolinię koronawirusową, nie będąc w stanie się porozumieć. To jeden z problemów, który dotyka społeczności migranckie. Zlikwidowanie obsługi tłumaczeniowej w ośrodkach zdrowia z chwilą wprowadzenia stanu alarmowego ograniczyło dostęp do usług medycznych obcokrajowcom.

Lockdown uderza w najbiedniejszych

Zakaz opuszczania swoich dzielnic uderzył mieszkańców najuboższych części miasta. Formalnie każda dzielnica, w której wystąpiło tysiąc przypadków zakażeń na 100 tys. mieszkańców, miała zostać zamknięta. Spod tej reguły wymknęły się jednak obszary, które są ważne komunikacyjnie. Tak jest choćby w przypadku modnej, imigranckiej dzielnicy Lavapiés, która mimo że przekracza próg zachorowań, nie została zamknięta. Tamtejsze bary co noc wypełnione są po brzegi.

„Już dawno powinni nas zamknąć, ale Lavapiés to dzielnica turystyczna. To jedyny powód, dla którego tego nie zrobili" – mówi Javi, właściciel niewielkiej drogerii. W jego sklepiku toczą się gorące dyskusje na temat epidemii i słychać głośne narzekania na obecną sytuację. Zdaniem części mieszkańców, obawy władz przed ponownym załamaniem ruchu turystycznego zadecydowały o wyłączeniu spod kwarantanny popularnych dzielnic.

Koronawirus uwypuklił nierówności społeczne w Madrycie, na co zwrócił uwagę m.in. poczytny dziennik „El País". Najwięcej zakażeń dotyka bowiem dzielnice najuboższe, gdzie wiele rodzin z dziećmi żyje w niewielkich mieszkaniach, pracownicy mają niskie dochody i zawody, które uniemożliwiają im pracę zdalną.

Mieszkańcy robotniczej dzielnicy Vallecas, najbardziej dotkniętej koronawirusem, apelowali o lepszą opiekę zdrowotną, protestując na ulicach po ogłoszeniu lockdownu dzielnicy. Na transparentach pojawiały się hasła „Vallecas to nie getto” czy „Nie dla segregacji”. Mieszkańcy domagali się też dymisji prezydentki Ayuso, krytykowanej za wypowiedź, w której za wzrost zakażeń w Madrycie po części obwinia „styl życia” imigrantów.

„Naszą dzielnicę całkowicie poszatkowano: są strefy otwarte i strefy zamknięte. Dochodzi do absurdalnych sytuacji – nie możesz odwiedzić znajomego, który mieszka ulicę dalej, lub iść do supermarketu, znajdującego się dosłownie za rogiem. Czujemy się trochę jak w komiksie o Asteriksie i Obeliksie, kiedy Rzymianie podbijali kolejne obszary, a wioska Asteriksa była jeszcze niezdobyta" - opowiada nam Teresa, mieszkanka dystryktu Ciudad Lineal, która działania władz Madrytu ocenia jako: „niesprawiedliwe, nieskuteczne i budzące złość”.

Gospodarka się chwieje

„Dziś na półkach mam o połowę mniej towaru niż przed pandemią. Przychodzi dużo mniej ludzi, jest ciężko" – mówi nam jeden ze sprzedawców w dzielnicy Lavapiés. Prowadzi sklep z indyjskimi i nepalskimi produktami spożywczymi. Podobnych miejsc jest tutaj wiele, ale sprzedawcy są zgodni – utrzymać interes jest coraz ciężej.

I wszystko wskazuje na to, że w najbliższych miesiącach sytuacja będzie się pogarszać.

Hiszpania jest jednym z tych państw europejskich, których gospodarka w związku z pandemią ucierpiała najmocniej. Kraj, w znacznej mierze oparty na turystyce i rozrywce, odnotował największy spadek PKB od 1930 roku - 17.8 proc w drugim kwartale. Z kolei poziom zatrudnienia między kwietniem a czerwcem spadł o 7,5 proc. Dla porównania, we Francji zaledwie o 0,2 proc.

Kryzys mocno odczuli mali przedsiębiorcy, ale nie oszczędził on też dużych hiszpańskich spółek. Na głównej ulicy w Madrycie, Gran Vía, znanej z modnych restauracji i ekskluzywnych sklepów, zamknięto już 30 proc. placówek handlowo-usługowych.

Hiszpanie skarżą się również na nową ustawę o pracy zdalnej, zatwierdzoną przez rząd 22 września. Choć rząd rekomenduje pracę na odległość, decyzja o tym, czy zatrudnieni będą pracować z domu, leży w gestii firmy. Na to narzeka Mari – mieszkanka Madrytu, której firma nie daje zgody na pracę zdalną, mimo że nie ma realnych powodów, by musiała przychodzić do biura.

„Rząd wydał takie zalecenie, ale pozostawia ostateczną decyzję w rękach firm. Kwestia pracy online powinna być uregulowana odgórnie" – mówi Mari i dodaje – „Wszyscy moi współpracownicy dojeżdżają do pracy metrem, a to przecież wylęgarnia koronawirusa".

I rzeczywiście – choć w metrze wszyscy noszą maseczki, to już o zachowaniu bezpiecznej odległości nie ma mowy. Eksperci apelują, że w tak kryzysowym momencie dla zdrowia publicznego prawo powinno nakładać obowiązek pracy zdalnej we wszystkich możliwych przypadkach.

Epidemia w Hiszpanii. Co zawiodło?

Dlaczego to właśnie hiszpańska druga fala jest najbardziej druzgocącą w Europie? Choć danych jest zbyt mało, by wyciągać jednoznaczne wnioski, istnieje kilka hipotez.

Jednym z powodów może być za szybkie rozluźnienie obostrzeń dotyczących przemieszczania się i wakacyjne podróże, zarówno do jak i z Hiszpanii.

Obok widocznych braków w personelu medycznym pierwszego kontaktu, wskazuje się też na wykonywanie niedostatecznej ilości testów oraz brak tzw. „rastreadores”, czyli osób, które mają śledzić rozprzestrzenianie się wirusa i informować potencjalnie zagrożone osoby.

Jeszcze jednym z możliwych czynników są uwłaczające godności warunki pracy imigranckich pracowników sezonowych. Latem wielu z nich przemieszczało się w poszukiwaniu pracy w okolicznych sadach. To tania siła robocza, dzięki której Hiszpania zaopatruje niemal całą Europę w niedrogie owoce i warzywa. Producentów oskarża się o brak zapewnienia pracownikom odpowiedniego zakwaterowania. Ci zmuszeni są żyć w przeludnionych obozowiskach, niepozwalających na zachowanie środków ochrony przed zakażeniem COVID-19. Nie ma mowy o zapewnieniu maseczek czy odpowiedniej odległości.

Miguel Porta, profesor epidemiologii, medycyny prewencyjnej i zdrowia publicznego, tłumaczył na łamach dziennika El País, że „nowa normalność” nie zdała egzaminu przez nieudolność państwa. Jego zdaniem „to nie kryteria deeskalacji zawiodły, a raczej wdrożenie tych kryteriów, To nie problem samych polityków, a raczej machiny państwowej”.

Udostępnij:

Małgorzata Juszczak

Małgorzata Juszczak – dziennikarka, tłumaczka i reżyserka filmowa, korespondentka polskiej edycji „Le Monde diplomatique". Publikowała także na łamach „Newsweeka", „Gazety Wyborczej", „Krytyki Politycznej", brytyjskiego „Novara Media" oraz hiszpańskiego „El Salto", współpracowała również z radiem TOK FM.

Anna Mikulska

Dziennikarka "OKO.press" i reporterka, z wykształcenia antropolożka kultury. Pisze o migracjach, prawach człowieka, pracy przymusowej i edukacji. Laureatka konkursu "Pisma. Magazynu Opinii" - "Między wierszami" za reportaż "Imigracja przez morze plastiku" oraz konkursu Festiwalu Wrażliwego w kategorii twórca szczególnie wrażliwy za dwa reportaże i projekt "Historie o Człowieku". Publikowała m.in. na łamach "Gazety Wyborczej", "Wysokich Obcasów", "Onetu", "Krytyki Politycznej", "Pisma. Magazynu Opinii" czy "Tygodnika Powszechnego".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne