Przekonanie Dudy, że te dwa szczytne skądinąd cele można osiągnąć za pomocą naszych czterech F16 pełniących funkcje rozpoznawcze dla międzynarodowej koalicji walczącej z ISIS, i 60 komandosów doradzających irackim wojskom specjalnym mogło się niektórym wydać nadmiernie śmiałe. Prezydent nie ma bladego pojęcia o czym mówi

„Mówił o spokoju i pokoju – no bo kto lubi niepokój i wojnę, o biznesie – no bo to w końcu Davos, i o walce z terroryzmem, w której mamy swój udział – a co, miał terroryzm poprzeć albo wyprzeć się tego udziału, bo skromny?” – komentuje wypowiedź prezydenta Andrzeja Dudy na szczycie w Davos Konstanty Gebert*, publicysta i ekspert polityki bliskowschodniej.

Tłumaczy czytelnikom OKO.press, że „[takie] czepialstwo jest nieuchronnym wynikiem potraktowania słów prezydenta poważnie i poddaniu ich starannej logicznej analizie. Tymczasem każdy wie, że w odniesieniu do naszej głowy państwa jest to postępowanie nie fair. Miał pojechać do Davos i zabrać głos – no to pojechał i zabrał”.


Oto cały tekst Konstantego Geberta


Kiedy po wizycie prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Izraelu w 2006 roku w jego otoczeniu zaczęto mówić o powstającym jakoby trójkącie strategicznym Warszawa – Jerozolima – Waszyngton, zakolegowany dyplomata jednego z państw arabskich poprosił mnie o wyjaśnienie tego pomysłu. Odpowiedziałem, że nie potrafię, ale nie tylko ja: w Jerozolimie i Waszyngtonie również nic o tym nie wiedzą.

Po wystąpieniu prezydenta Andrzeja Dudy w Davos, w którym wspomniał miedzy innymi o polskiej polityce bliskowschodniej, tego rodzaju pytań się jednak raczej nie spodziewam. Wypowiedź Dudy bowiem jednoznacznie wskazuje, że nie tylko potencjalni współuczestnicy jego pomysłów, ale i on sam, nie maja bladego pojęcia, o czym mowa.

  • Zobacz całą wypowiedź prezydenta

    O tym wszyscy mówią, aby włączyć się do budowania spokoju, który jest niezwykle ważny dla światowego biznesu. Odzyskanie terenów Bliskiego Wschodu, jest bardzo ważne. (…) Nasi żołnierze są w Kuwejcie. Mamy naszych żołnierzy, którzy wykonują działania w Iraku i Jordanii. Jesteśmy czynnym udziałowcem tych działań i włączamy się, aby pokonać terrorystów i zapewnić pokój na Bliskim Wschodzie. Przede wszystkim przyjechaliśmy, aby realizować polskie interesy. To jest dla mnie najważniejsze.

„O tym wszyscy mówią, aby włączyć się do budowania spokoju, który jest niezwykle ważny dla światowego biznesu”.

Prezydent zaczął od apelu o budowanie spokoju. Spokój to powstrzymanie się od działań. Rozumiem więc, że zdaniem Dudy Palestyńczycy powinny wstrzymać swe zabiegi o niepodległość, Izrael walkę z terroryzmem, Kurdowie dążenia niepodległościowe, Turcja, Irak, Iran i Syria próby stłumienia tych dążeń, Arabia Saudyjska i Iran swą globalną rywalizację, zaś Huti i ich wrogowie z Jemenie wojnę domową – by wyliczyć tylko główne „zakłócenia spokoju”.

Wziąwszy pod uwagę to, że efektem działań, o wstrzymanie których apelował Duda, była do tej pory śmierć dziesiątków tysięcy ludzi, polskiej inicjatywie należałoby przyklasnąć – gdyby nie to, że

nie podano sposobów jej realizacji, co czynić ją może odrobinę nierealistyczną; domyślać się można, że chodzić tu będzie o moralną perswazję.

Jako jej uzasadnienie Duda podał interes „światowego biznesu”.

Wątpliwe jednak, by na przykład ISIS, zawstydzony tym, że utrudnia Exxonowi [ExxonMobile Corporation – potężna spółka paliwowa wyceniana na 400 mld dolarów – red.] nowe odwierty, ogłosił samorozwiązanie. Co więcej, część światowego biznesu czerpie zyski z niepokoju właśnie, a nie spokoju: kontrakty zbrojeniowe na sto miliardów dolarów, jakie prezydent Trump podpisał podczas ubiegłorocznej wizyty w Riadzie [stolica Arabii Saudyjskiej – red.], nie biorą się z braku pomysłu na to, co robić z petrodolarami, tylko z obawy przed Iranem.

Dalej Duda stwierdził że

„odzyskanie terenów Bliskiego Wschodu jest bardzo ważne”.

Nie wyjaśnił wprawdzie, kto miałby tego dokonać, ale samo użycie słowa „odzyskanie” oznacza, że ci, którzy obecnie sprawują nad terenami kontrolę, winni ją utracić. Można jednak przypuszczać, że mogą oni nie przystać na taką perspektywę – co miałoby jednak tę korzyść uboczną, że

zjednałoby ich wszystkich, od Izraela po Iran, w jednym froncie – antypolskim wprawdzie, ale czego się nie robi dla budowania spokoju.

Złośliwi by dodali, że poprzednio, gdy „terenami Bliskiego Wschodu” rządził kto inny niż dziś – europejskie mocarstwa, a przedtem otomańska Turcja, Arabowie i Persowie, Bizancjum, i tak dalej aż do Nabuchodonozora, wyniki niekoniecznie były bardziej zadowalające.

Nasi żołnierze są w Kuwejcie. Mamy naszych żołnierzy, którzy wykonują działania w Iraku i Jordanii. Jesteśmy czynnym udziałowcem tych działań i włączamy się, aby pokonać terrorystów i zapewnić pokój na Bliskim Wschodzie.

Takie trudności nie będą nam jednak przeszkodą. Polska – przypomniał prezydent – ma wojska w Kuwejcie, Iraku i Jordanii, a także, o czym prezydent zapomniał, w Katarze. Są tam po to, „aby pokonać terrorystów i zapewnić pokój na Bliskim Wschodzie”.

Przekonanie, że te dwa szczytne skądinąd cele można osiągnąć za pomocą naszych czterech F16 pełniących funkcje rozpoznawcze dla międzynarodowej koalicji walczącej z ISIS, i 60 komandosów doradzających irackim wojskom specjalnym mogło się jednak niektórym wydać nadmiernie śmiałe.

Konkluzja Dudy jest naprawdę interesująca:

Przede wszystkim przyjechaliśmy, aby realizować polskie interesy. To jest dla mnie najważniejsze”.

Narodowe interesy realizuje bowiem zawsze każde państwo, wszystko jedno – czy na własną rękę, czy w ramach koalicji. To stwierdzenie tak oczywiste, że aż tautologiczne. Polska tymczasem, jak wynika ze słów jej prezydenta, polskie interesy realizuje jedynie „przede wszystkim” – czyli, że można się domyślać, iż w następnej kolejności realizuje już jakieś inne interesy. Co więcej, jest to osobiście najważniejsze dla jej głowy państwa, ale nie wiadomo, co to jest to „to” – narodowe interesy, czy też może te drugie, nienazwane.

W tym momencie czytelnik, o ile nie zrobił tego już wcześniej, z niesmakiem zemnie monitor i stwierdzi, że się czepiam, i to czepiam nieładnie – i będzie miał rację. Tyle tylko, że

czepialstwo to jest nieuchronnym wynikiem potraktowania słów prezydenta poważnie,

i poddaniu ich starannej logicznej analizie. Tymczasem każdy wie, że w odniesieniu do naszej głowy państwa jest to postępowanie nie fair. Miał pojechać do Davos i zabrać głos – no to pojechał i zabrał.

Mówił o spokoju i pokoju – no bo kto lubi niepokój i wojnę, o biznesie – no bo to w końcu Davos, i o walce z terroryzmem, w której mamy swój udział – a co, miał terroryzm poprzeć, albo wyprzeć się tego udziału, bo skromny?

A poza tym, jakby to na przykład Zeman [Milos, prezydent Czech – red.] zabrał głos, to wypadłby lepiej?

Zgoda – tyle tylko, że wystąpienia polityczne głów państw traktuje się jednak nieco poważniej niż zagajenia na potańcówce w remizie.

Duda mógłby zamiast tego, co powiedział, rzec po prostu, że jesteśmy średnim państwem na dorobku, nie mamy na Bliskim Wschodzie autonomicznych celów politycznych, lecz wspieramy tam dążenia Unii Europejskiej, której jesteśmy członkiem, i uczestniczymy w działaniach antyterrorystycznej koalicji, do której żeśmy przystąpili.

Słuchacze uznaliby, słusznie, że polski przywódca nie ma w kwestii Bliskiego Wschodu nic ciekawego do powiedzenia – bo niby dlaczego miałby mieć?

Jaką to na przykład znaczącą politykę bliskowschodnią realizuje, powiedzmy, Tajlandia?

Ale to, że polski prezydent nie udaje, że jest inaczej, budziłoby zaufanie do jego słów. A tak uznali zapewne, że wprawdzie nie ma nic do powiedzenia, ale nie wie też, co mówi, wobec tego nie warto go słuchać i traktować poważnie.

MSWiA: Dopiero Polska wypracuje wspólne stanowisko Unii Europejskiej

Zupełnie inaczej natomiast potraktowały zapewne ambasady odpowiedź, jakiej MSWiA udzieliło senatorowi Bogdanowi Klichowi na jego pytanie o przyczyny, dla których Polska odmówiła przyjęcia choćby kilkorga uciekających przed wojną syryjskich dzieci, o czym OKO.press poinformowało 24 stycznia.

  • Zobacz cały cytat z pisma MSWiA

    Cytat z pisma MSWiA w odpowiedzi na pytanie senatora Klicha o syryjskie dzieci: Sytuacja w rejonie Bliskiego Wschodu, w tym sytuacja ofiar konfliktów zbrojnych, pozostaje w stałym zainteresowaniu Rządu RP i jest tematem dialogu strony polskiej m.in. w ramach UE. Wspomniana kwestia stanowi będzie również przedmiot aktywności Polski jako członka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Niestałe członkostwo Polski w Radzie Bezpieczeństwa ONZ wiąże się z zaangażowaniem w prace nad ostatecznym kształtem Globalnego Porozumienia w Sprawie Migracji oraz drugą fazą prac nad Globalnym Porozumieniem w Sprawie Uchodźców. Polska będzie także wspierać wysiłki Unii Europejskiej w sprawie wypracowania wspólnego stanowiska wobec współczesnych wyzwań migracyjnych.

Tam bowiem konkret gonił konkret: sytuacja na Bliskim Wschodzie, czytamy „pozostaje w stałym zainteresowaniu Rządu RP i jest tematem dialogu”, i „stanowić będzie również przedmiot aktywności Polski”. Co więcej, „niestałe członkostwo Polski w Radzie Bezpieczeństwa ONZ wiąże się z zaangażowaniem w prace nad ostatecznym kształtem Globalnego Porozumienia w Sprawie Migracji oraz drugą fazą prac nad Globalnym Porozumieniem w Sprawie Uchodźców”.

Lepszej odpowiedzi nie udzieliłoby nawet zdrowe jądro trzonu aktywu kolektywu, ale prawdziwa perełka jest dopiero na końcu.

„Polska będzie także wspierać wysiłki Unii Europejskiej w sprawie wypracowania wspólnego stanowiska wobec współczesnych wyzwań migracyjnych”.

Innymi słowy, takiego „wspólnego stanowiska” dotąd w Unii nie ma, ale dzięki polskim staraniom może dojść do jego wypracowania.

Tyle tylko, że od ponad dwóch lat słyszymy, że ze wspólnym stanowiskiem Unii Polska się nie zgadza, i raczej wystąpi, niż je spełni. Dopiero jednak

MSWiA postawiło kropkę nad i: stanowisko nie jest wspólne, skoro Polska je odrzuca. Dopiero takie, które Polska zaakceptuje, będzie prawdziwie wspólne.

A jeśli inne państwa Unii nie będą chciały się nań zgodzić, to staną się tym samym sabotażystami unijnej jedności, Polska zaś – jak podczas głosowania nad reelekcją Donalda Tuska – jedynym, lecz niezłomnym jej obrońcą.

To stanowisko należy jednak, niestety, potraktować jak najbardziej poważnie: MSWiA wie, co mówi. To ja już wolę Dudę.

* Konstanty Gebert, ekspert i publicysta, założyciel i pierwszy dyrektor warszawskiego biura think tanku ECFR (European Council on Foreign Relations), w latach 70. współpracownik KOR, w latach 80. publicysta (ps. Dawid Warszawski) podziemnej „Solidarności”, sprawozdawca rozmów Okrągłego Stołu (książka „Mebel”), wspierał Tadeusza Mazowieckiego jako specjalnego wysłannika ONZ do Bośni (1992-1993; książka „Obrona poczty sarajewskiej”), jeden z animatorów odrodzenia życia żydowskiego w Polsce (założyciel pisma „Midrasz”, 1997), specjalizuje się w tematyce bliskowschodniej, opisuje naruszanie praw człowieka w wielu miejscach świata


Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym