Premier Morawiecki w 50. rocznicę Marca '68 na Uniwersytecie Warszawskim w specjalnym wystąpieniu mówił o dumie z Marca, a wicepremier Gliński ogłosił, że muzeum getta ma „mówić o wzajemnej miłości dwóch narodów”. Wyjaśniamy obu panom, dlaczego opowiadali rzeczy kuriozalne i obraźliwe

Palma pierwszeństwa należy się jednak wicepremierowi Mateuszowi Morawieckiemu, który 7 marca 2018 wygłosił ponad półgodzinne przemówienie na temat stosunków polsko-żydowskich oraz Marca ‘68 przed specjalnie zorganizowaną sesją na Uniwersytecie Warszawskim.

Ktoś mógłby się naiwnie spodziewać, że po licznych publicznych wpadkach – takich jak mówienie podczas konferencji w Monachium o „żydowskich sprawcach” holocaustu – premier Morawiecki będzie teraz uważał. Nic bardziej mylnego.

Kto nie wierzy, niech obejrzy jego wystąpienie (omówione krótko przez „Gazetę Wyborczą” tutaj).

Premier dumny z Marca 1968

Morawiecki wygłosił w nim m.in. taką sentencję:

„Często słyszymy, że za marzec 1968 roku powinniśmy przepraszać, ale Marzec dla Polaków walczących o wolność powinien być powodem do dumy”.

Nie jest to stwierdzenie faktu, tylko opinia, ale wzięta dosłownie jest kuriozalna. Morawiecki wprost mówi tyle, że antysemicka nagonka – i zmuszenie do wyjazdu z Polski kilkunastu tysięcy osób pochodzenia żydowskiego – jest powodem do dumy.

Na taką interpretację prawie nabrała się izraelska gazeta „Jerusalem Post” (tutaj). Dziennik powołał się na relację Polskiego Radia i dodał, że radio nie wyjaśniło, o co dokładnie chodziło Morawieckiemu – chociaż zdaniem dziennikarzy prawdopodobnie nie miał na myśli dumy z antysemickiej nagonki.

Faktycznie też Morawiecki miał na myśli co innego. Mówił:

„Marzec ’68 jest dla mnie symbolem drogi do wolności i symbolem solidarności. Bez Marca ’68 nie byłoby zapewne później Solidarności”.

Cała jego interpretacja powojennych stosunków polsko-żydowskich w trwającym ponad pół godziny wystąpieniu, opierała się jednak na fundamentalnym zrównaniu polskiego i żydowskiego cierpienia w PRL. To komuniści zależni od Moskwy – a nie Polacy – są odpowiedzialni za antysemityzm.

„Kiedy mówimy o antysemityzmie, to też przychodzi mi do głowy, że coraz częściej spotykamy się z antypolonizmem. Ja chcę walczyć z tym antypolonizmem, tak jak skutecznie nasi żydowscy bracia walczą z antysemityzmem”.

Sprowadźmy premiera Morawieckiego na ziemię. W 1968 roku do PZPR należało blisko 2 mln obywateli PRL (na ok. 32 mln mieszkańców, a więc w dużym przybliżeniu co dziesiąty, jeśli nie liczyć starców i nieletnich).

Nie był to ani desant Rosjan, ani inwazja kosmitów. Nie byli to też Żydzi. Byli to Polacy. W 1968 roku Polacy też głosili antysemickie hasła na wiecach, wypisywali antysemickie artykuły w gazetach, a Polacy-cenzorzy zezwalali na ich druk.

Politycy PiS wielokrotnie podejmowali próby wykluczenia wszystkich tych ludzi z „Narodu polskiego” (pisanego koniecznie wielką literą). „Naród” jest nieskalany, a za całe zło odpowiedzialni są komuniści, którzy nie wiadomo, kim byli i skąd się w PRL wzięli w tak dużej liczbie.

Również kuriozalne i obraźliwe dla wielu ofiar antysemityzmu jest zrównywanie go z „antypolonizmem”. Wyjaśnijmy premierowi, że antypolonizm nie jest ideologią o religijnym lub rasistowskim podłożu, głoszoną przez wielu wpływowych ludzi wytrwale od średniowiecza. Z antysemickich powodów wymordowano 6 mln ludzi. „Antypolonizm” w ogóle nie jest ideologią. Byli kiedyś ludzie, w tym w Polsce, dumni z tego, że są „antysemitami”. Nikt nigdy nie powiedział o sobie „jestem antypolonistą” – nawet nie wiemy, jakiej formuły tu poprawnie użyć, bo w przyrodzie po prostu ona nie występuje.

Krótko: antysemityzm jest realnym złem, „antypolonizm” – wymysłem polskiej prawicy, której się wydaje, że naród polski jest nieustannie prześladowany przez bliżej nieznanych wrogów.

Wątpliwe, żeby tak niemądre słowa pomogły premierowi w pozyskaniu przyjaciół w Izraelu (czy USA, bo na nim rządowi PiS najbardziej zależy).

Gafa za gafą

Podobnie nie przysporzą nam przyjaciół słowa wicepremiera Glińskiego, który na konferencji prasowej 7 marca przedstawił kandydata na dyrektora wymyślonego przed kilkoma dniami Muzeum Getta Warszawskiego (został nim Albert Stankowski, dotychczas związany z Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN).

Według relacji portalu Jewish.pl Gliński mówił przy tej okazji:

„Chciałbym, by ta instytucja mówiła o wzajemnej miłości dwóch narodów, które spędziły na ziemi polskiej 800 lat. To będzie solidarność, braterstwo ze wszystkimi aspektami. Nie mamy nic do ukrycia, tak jak strona żydowska. Wierzę, że to będzie instytucja dobrej woli ze wszystkich stron”.

Prawdopodobnie najlepszy komentarz do tej wypowiedzi napisał na Facebooku Piotr Paziński, pisarz i redaktor naczelny żydowskiego miesięcznika „Midrasz”.

„Na Zeusa Gromowładnego, czemuż symbolem i miejscem upamiętniania tej epokowej miłości między Polakami a Żydami ma być zorganizowane przez Niemców getto warszawskie???!!!”

Jest to bardzo dobre pytanie. Wątpimy jednak, aby odpowiedzieli na nie politycy PiS, którzy nieustannie zapewniają o swojej dobrej woli w stosunkach polsko-żydowskich – równocześnie strzelając w nich gafę za gafą.

"Chciałbym, by ta instytucja mówiła o wzajemnej miłości dwóch narodów, które spędziły na ziemi polskiej 800 lat. To bę…

Opublikowany przez Piotr Pazinski na 7 marca 2018

Historyk i socjolog, profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017).
W OKO.press pisze o polityce i historii.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym